Architektura lat 60 niszczeje i jest burzona

aktualizacja: 27.05.2011, 23:43
Pawilon Chemii w Warszawie, wybitne dzieło Jana Bogusławskiego i Bohda...
Pawilon Chemii w Warszawie, wybitne dzieło Jana Bogusławskiego i Bohdana Gniewiewskiego, pokonały buldożery dwa lata temu. Stanęła tu galeria handlowa
Foto: cfk forum

Niepozorne pawilony, awangardowe dzieła lat 60., są burzone i niszczeją przez anachroniczną doktrynę konserwatorską

Odwiedzających Pałac Ślubów przy al. Korfantego 14 w Katowicach od razu dopada atmosfera dekadencji. Wysłużone połamane szafki i wybebeszone wnętrzności komputerów wiele mówią o kondycji służb powołanych do chronienia dóbr kultury. Piętrowy pawilon z lat 60., w którym udzielano ślubów i rejestrowano zgony, dzieło Mieczysława Króla, kiedyś nagradzane i naśladowane w innych miastach, już w przyszłym tygodniu może trafić pod piły, wiertnice i przecinarki. Zastąpi je... parking.

Hipnotyzujący efekt

– Wdrażamy plan zmian urbanistycznych według projektu, który zwyciężył w konkursie SARP w 2006 roku. Przebudowę i wyburzenie niektórych obiektów zaakceptowali mieszkańcy Katowic w społecznych konsultacjach – tłumaczy mi Krzysztof Rogala, pełnomocnik prezydenta miasta ds. przebudowy śródmieścia. – Parking to tymczasowe rozwiązanie. Teren po pałacu, 8 tys. mkw. będzie zaoferowany do zbycia. Ogłosimy konkurs na jego zagospodarowanie. Docelowo staną tu budynki powyżej dziewięciu kondygnacji. To mogą być obiekty usługowe, biurowe, handlowe czy nawet mieszkalne.
Zobacz więcej zdjęćPod wrażeniem tych dalekosiężnych, choć niepokojąco nieokreślonych planów (burzy się, choć nie ma inwestora?), zwiedzałam Pałac Ślubów w marcu z grupą studentów. – To miejsce kojarzy mi się z Neue Nationalgalerie w Berlinie autorstwa Miesa van der Rohe, ojca nowoczesnej architektury – mówiła dr Irma Kozina, historyk sztuki z Uniwersytetu Śląskiego – Budynek jest lekki i transparentny. Architektura pięknie się tu integruje z plastyką, płaskorzeźby Teresy Michałowskiej-Rauszer i Jerzego Egona Kwiatkowskiego przy wejściu są jak z Picassa!
Milczący urzędnik wyekspediowany przez władze miasta wprowadził nas tylnym wejściem. Może liczył, że dziennikarze nie dotrą do pulsującej czarno-białej posadzki, która skojarzy się im, nie daj Boże, z zasysającymi oko, opartowskimi dziełami brytyjskiej malarki Bridget Riley. – To jedyny przykład op-artu w Polsce, który bezpośrednio nawiązuje do twórczości tej artystki – tłumaczy dr Kozina. Posadzkę w czynie społecznym usunie osobiście. Na razie nie ma co z nią zrobić. Zdemontowano już lustra flankujące główny hol, które dawały hipnotyzujący efekt. Betonowe płaskorzeźby zwierząt, słońc i księżyców mają być przeniesione do Katowickiego Parku Leśnego. Z czym tam się będą integrować, nie wiadomo.

Narzeczona dla brutala

„Pałac Ślubów (...) to prawie równolatka dworca w Katowicach. Mogłaby być jego narzeczoną" – pisał na Facebooku Tomasz Malkowski, organizator akcji „Narzeczona dla brutala", zapraszając do pałacu miłośników architektury. Nawiązywał do dworca, ikony brutalistycznego stylu, po której mimo protestów środowiska architektów, pozostały gruz i dziura w ziemi – „Mogliby wziąć ślub. Mogliby mieć dużo dzieci – wybitnych, brutalistycznych, skrajnie modernistycznych budynków, kto wie? Jednak (...) jak nad Romeem i Julią – ciąży [nad nimi] widmo śmierci".
Podobne sentymenty nie mają szans w zderzeniu z rachunkiem ekonomicznym. – Budynki służą ludziom, nie na odwrót – komentuje Rogala. – Tam kiedyś był funkcjonalny pasaż, który stopniowo obumierał. Kto kupi drogi teren, by robić biznes w niewielkim pawilonie? To nieopłacalne dla inwestora.
Nieopłacalne również dla miasta. Za teren z chronionym prawnie zabytkiem wzięłoby sporo mniej niż za atrakcyjną dziurę w ziemi. A dziura dodatkowo się przyda, gdy sprawnym ekonomom przyjdzie gdzieś zakopać wszystkie te pięknoduchowskie wartości, jak tożsamość i ciągłość kulturowa. Tak zrobiono w Warszawie – na trupie awangardowego pawilonu Chemii powstała galeria handlowa.

Poligon w estetyce

Popeerelowskie pawilony to nie są bestsellery. Rozsiane w całym kraju  mieściły bary mleczne, kawiarnie, osiedlowe domy kultury czy skromniutkie wiejskie geesy. Było ich tyle, często przeciętnych, że przestaliśmy zwracać na nie uwagę. A zdarzają się perły. Śmiałe, nowoczesne, projektowane przez wybitnych architektów. W Warszawie pawilon Chemii robili Jan Bogusławski i Bohdan Gniewiewski, a „mondrianowski" bar Wenecję – Jerzy Sołtan, współpracownik Le Corbusiera.
– Te niewielkie pawilony to był prawdziwy poligon w estetyce architektonicznej – mówi prof. Marta Leśniakowska z Instytutu Sztuki PAN. – Można było eksperymentować z nowymi materiałami, konstrukcjami, technologiami, stąd te wielkie przeszklenia, nowatorskie przykrycia dachów, formy, przekształcające budynek w abstrakcyjną rzeźbę, jak w świetnej serii stacji WKD w Warszawie. Władza komunistyczna traktowała to po Październiku '56 jak swoisty wentyl bezpieczeństwa: „niech się architekci pobawią".
Pawilony były małe, tanie, często z tandentych materiałów. Niektóre spotkała śmierć techniczna, jak piękny, zdewastowany Dom Turysty w Sopocie. Inne są remontowane nieumiejętnie. – Restaurację Cristal w Gdańsku-Wrzeszczu, kultowe dzieło Witolda Wierzbickiego z 1961 roku, pomalowano w latach 90. na różowo i szpetnie obłożono blachą falistą – mówi „Rz" dr hab. Maria Jolanta Sołtysik, wiceprezes SARP na Wybrzeżu. – Obecnie jest remontowana, lecz z finezji oryginału zostanie tylko zarys bryły i charakterystyczny neon; nie będzie filarowego podcienia w parterze ani tarasu.
– Lata 60. to był najciekawszy okres w polskiej architekturze powojennej, odwilż, eksplozja modernizmu – dodaje prof. Leśniakowska. – Do głosu doszło pokolenie, które studiowało przed wojną, ale było kneblowane wcześniej przez socrealizm, oraz generacja młodych architektów wychowanych przez tych wybitnych „starych" modernistów. Działali ze świadomością, że nie są z moskiewskiego rozdania, ale należą do Zachodu. I mieli poczucie misji: dla nich architektura i towarzysząca jej sztuka – malarstwo, dizajn – pełniły ważne funkcje kulturowe i edukacyjne w społeczeństwie. W tej krótkiej dekadzie realizowały się w praktyce utopijne programy międzywojennej awangardy: nowej sztuki dla nowego człowieka.
Środowisko to skupiało się m.in. w tzw. Zakładach Artystyczno-Badawczych na ASP, wokół Jerzego Sołtana. Później, gdy przykręcono polityczną śrubę, wielu emigrowało, Sołtan wykładał na Harvardzie. Nastała mroczna epoka gierkowska.
– Dziś broni się byle jakiej architektury tylko dlatego, że powstała w XIX wieku, a lekceważy wybitne, podręcznikowe dzieła późnego modernizmu, kładąc wszystko na karb doktryny konserwatorskiej. Ale ta doktryna jest anachroniczna – komentuje prof. Leśniakowska – Tout proportion gardee, to tak, jakby Francuzi wyburzali dzieła Le Corbusiera!

POLECAMY

KOMENTARZE