Opinie

Głupia strategia przeciwdziałania narkomanii

Archiwum, Paweł Gałka
Reforma polityki narkotykowej będzie postępować wbrew tym, którzy rozwiązanie problemu uzależnienia upatrują w policyjnej pałce i więziennej celi – uważa dr nauk prawnych, Wydział Prawa i Administracji UJ
Parlament zakończył prace nad rządowym projektem nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii; czeka teraz na podpis prezydenta. Choć pod jej adresem nie milkną głosy krytyki, jedno jest pewne – niezależnie od ostatecznych jej losów, reforma prawa narkotykowego rozbudziła wreszcie zainteresowanie problemem, co widać choćby w liczbie internetowych komentarzy. Jednak mimo że sporo już na temat reformy powiedziano, w gąszczu często nierzetelnych argumentów umknęło wiele istotnych spraw. Spróbuję pokrótce je przypomnieć, gdyż reforma prawa narkotykowego, w której czynnie uczestniczyłem, to okazja do refleksji nad kondycją polskiej polityki i społeczeństwa.

Nieefektywna strategia

Od dekady realizujemy skrajnie nieefektywną i po prostu głupią strategię przeciwdziałania szkodliwej konsumpcji środków odurzających (tzw. narkomanii). Wystarczy przyjrzeć się strukturze idących w setki milionów złotych wydatków na ten cel, by zobaczyć, że dominują działania policyjne. Złożone zjawisko społeczne i zdrowotne, jakim jest odurzanie się, postanowiono traktować jako czyn kryminalny. To szkodliwe uproszczenie i trudno zrozumieć, dlaczego na nie pozwalamy. W ten sposób profilaktyka narkotykowa została sprowadzona do straszenia zakazami, leczenie uzależnień zredukowano zaś w praktyce do karania za posiadanie narkotyków. Dla 9 tys. młodych ludzi rocznie jest to kara więzienia. Słychać głosy, że tylko kilkaset osób rocznie faktycznie odbywa karę. Żaden to jednak argument. Skazywanie tysięcy ludzi na więzienie i usprawiedliwianie tego tym, że tylko niewielka, na ogół przypadkowo dobrana (pokazują to sprawy prowadzone przez nas w ramach Biura Praw Osób Uzależnionych i Używających Narkotyków) grupa konsumentów trafia za kratki, nie ma najmniejszego sensu. Zwłaszcza że surowe prawo antynarkotykowe wymierzone w konsumentów wyklucza się ze skutecznym leczeniem osób uzależnionych. Polska jest tej prawidłowości doskonałą ilustracją, gdyż nasz system pomocy uzależnionym i profilaktyki narkotykowej jest najgorszy na kontynencie. Jeżeli chodzi o karanie, jesteśmy europejskim liderem. Skrytykowały nas za to agendy ONZ, ale politycy, w tym minister zdrowia, wolą ten wstydliwy fakt dyskretnie przemilczeć.

Co z tą marihuaną

W czasie debaty nad reformą niewielką uwagę zwrócono na kontekst światowy. Choć wszędzie w Unii Europejskiej posiadanie narkotyków stanowi, co do zasady, przestępstwo lub choćby wykroczenie, w praktyce wszędzie bezkarnie posiadać można narkotyki na własny użytek i to w sporych ilościach. Osobną kategorię stanowi marihuana, której zastosowania medyczne nie budzą żadnych wątpliwości – w wielu państwach Unii tolerowane jest hodowanie marihuany na własne potrzeby w domu. W USA, gdzie do niedawna obowiązywały i wciąż w wielu stanach obowiązują bardzo surowe przepisy dotyczące narkotyków, 16 stanów już zalegalizowało obrót marihuaną na receptę. Tymczasem u nas odrobina konopnego suszu oznacza więzienie, a zgłoszona przez byłego ministra zdrowia (!) Marka Balickiego poprawka, aby marihuanę wykreślić z listy substancji, których nie można stosować dla celów medycznych, wywołała dziką histerię. W ten sposób konopie traktowane są w Polsce jako środek bardziej niebezpieczny niż LSD, amfetamina czy morfina, które do zastosowań medycznych są dopuszczone. Krytycy przyjętych rozwiązań zapominają też, że obowiązujące przepisy, a zwłaszcza słynny art. 62 ustawy o narkomanii nakazujący karać więzieniem każdego posiadacza narkotyku, niezależnie od ilości i przeznaczenia środka, stanowią źródło naruszeń prawa na niepokojącą skalę. Każdego roku policja zatrzymuje kilkadziesiąt tysięcy osób posiadających narkotyki. O wiele większą liczbę poddaje kontroli osobistej, często bez usprawiedliwionego powodu. Zatrzymani konsumenci narkotyków są przetrzymywani w izbach zatrzymań, choć na ogół posiadają niewielkie ilości marihuany. Ich mieszkania przeszukują wyszkolone do wykrywania nielegalnych substancji psy. Wszystkie te działania stanowią jawne złamanie przepisów prawa i nadużycie władzy.

Zarabiają organy ścigania

Praktyka masowych represji skierowanych na konsumentów tolerowana jest przez prokuratury, bo w pewnym znikomym procencie prowadzi do ujawniania dilerskich siatek. Co ważniejsze jednak zastraszeni zatrzymaniem w areszcie młodzi ludzie dobrowolnie poddają się karze, zamiast bronić się przed sądem. Pozwala to poprawić wyniki wykrywalności przestępstw praktycznie przy zerowym wysiłku ze strony organów ścigania. Karanie za posiadanie narkotyków nie jest więc biczem na zorganizowaną przestępczość narkotykową, lecz narzędziem kreowania statystyk. Rosnąca liczba błahych przestępstw narkotykowych stanowi wygodne uzasadnienie tworzenia kolejnych policyjnych etatów na walkę z narkotykami. Organy ścigania zwietrzyły w narkotykach świetny interes, także finansowy. Kolejny problem to sami politycy i jakość prowadzonej przez nich debaty. W czasie jej trwania zapominano, że projekt reformy nie zrodził się w gabinetach politycznych rządzącej koalicji, ale został przygotowany przez zespół ekspertów. Sięgnięto do rozwiązań sprawdzonych gdzie indziej i skorzystano z najnowszych badań, między innymi z doskonałego raportu Instytutu Spraw Publicznych. Wynika z niego jednoznacznie, że karanie za posiadanie narkotyków jest drogie, nieskuteczne i społecznie szkodliwe. Jednak politycy i część dziennikarzy szybko wpisali reformę w logikę politycznej gry. Na propozycje fachowców i pierwszą od 2000 roku zmianę przepisów polegającą na czymś innym, niż mnożenie zakazów, odpowiedziano wulkanem emocji. Nie zabrakło też nieodzownych w takich wypadkach pomówień. Do historii przejedzie posłanka Kempa demaskująca publicznie ministra sprawiedliwości w roli narzędzia mafii narkotykowej. Pozwalam sobie wyciągnąć z takiego obrotu spraw kilka wniosków. Po pierwsze, skoro w procesie legislacyjnym udział biorą politycy mający o przedmiocie legislacji (w tym wypadku – narkotykach) nikłe pojęcie, fakty naukowe zawsze ustępują emocjom, a eksperci demagogom. Próżno więc oczekiwać trafności przyjmowanych rozwiązań. Po drugie, polityczna awantura generalnie zadowala dziennikarzy, gdyż zwiększa to atrakcyjność polityki traktowanej jako spektakl. Pogoń za spektaklem i sensacją, cechująca media, nakręca kolejne fale antynarkotykowych histerii (ostatnia przy okazji dopalaczy), które nijak się mają do skali zagrożenia. Do głosu dochodzą najbardziej irracjonalne argumenty. Świetnej ilustracji tego zjawiska dostarcza niedawny wywiad w "Rz" z Barbarą Labudą – jednym z architektów szkodliwych rozwiązań, od których rząd próbuje teraz odejść. Labuda wypowiada tam stwierdzenia nie tyle już fałszywe, co po prostu absurdalne. Jak choćby to, że wśród kilkuset odsiadujących w więzieniach karę za posiadanie narkotyków osób są głównie zakamuflowani dilerzy, co rzekomo sama sprawdziła. Niestety, jakoś nie był w stanie sprawdzić tego prokurator, bo w akcie oskarżenia nie było o tym mowy. Kuriozalna jest też teza, że "uzależniony narkoman zrobi wszystko dla dawki, nawet zabije". Na myśl przychodzi słynna wypowiedź Julii Pitery, która w zeszłym roku w jednym z programów telewizyjnych zadeklarowała, że alkohol jest nieszkodliwy, za to marihuana wywołuje przestępczość i... finansuje terroryzm. W Polsce mówienie głupot na temat narkotyków uchodzi płazem. Głosy polityków, choćby absurdalne, są słuchane, powielane i traktowane z powagą. Bezkrytyczne nastawienie dziennikarzy wpływa na postać i jakość publicznej debaty, umacniając mnie w przekonaniu, że już samo słowo "narkotyk" ma właściwości odurzające.

Najważniejsza z nauk

Rządowa reforma polityki narkotykowej nie rozwiązuje wielu istotnych problemów, stanowiąc wypadkową między koniecznymi zmianami a tym, co scena polityczna gotowa byłaby zaakceptować. Mimo to cieszy się ona bezprecedensowym poparciem społecznym. Wsparła ją ogromna większość organizacji pozarządowych zajmujących się uzależnieniami i uzależnionymi. Wokół projektu zawiązywały się spontaniczne koalicje i inicjatywy, które na różnych etapach prac pomagały rządowi doprowadzić reformę do końca. Projekt wsparły też osoby uzależnione, a nawet ich rodzice, do tej pory często wykorzystywani jako karta przetargowa w dalszym zaostrzaniu prawa. Pozwala to mieć nadzieję, że reforma polityki narkotykowej będzie postępować wbrew oporowi klasy politycznej i części opinii publicznej przekonanej, iż najlepszym rozwiązaniem problemu uzależnienia jest policyjna pałka i więzienna cela. To chyba najważniejsza z nauk płynąca z blisko dwuletnich zmagań ze zmianą najbardziej represyjnego prawa antynarkotykowego w Europie. Zobacz też: » Prawo dla Ciebie » Twoje prawo » Prawo karne Więcej opinii i analiz w serwisie: Opinie i analizy  
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL