Publicystyka

Roberto de Mattei: Obawa przed Asyżem

Roberto de Mattei
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Mamy prawo do niepokoju i rezerwy wobec zaplanowanego przez Benedykta XVI spotkania w Asyżu. W dziejach Kościoła zmysł wiary u zwykłych wiernych nieraz był bardziej zgodny z tradycją apostolską niż u pasterzy – pisze włoski intelektualista katolicki
Grupa włoskich katolików skierowała do Benedykta XVI usilną prośbę, by nie jechał do Asyżu w październiku. List ten wywołał poważną dyskusję we Włoszech. Obok wyrazów uznania ze strony również osób o znacznym autorytecie nie brakowało, jak było do przewidzenia, krytyk i obaw. Wydaje mi się bezcelowe odpowiadać na zarzuty ze strony progresistów, którzy widzą w tym spotkaniu okazję do wylansowania synkretycznego ekumenizmu. Są one bowiem najlepszym potwierdzeniem słuszności naszego apelu.
[srodtytul]Cnota wiary otrzymana z chrztem[/srodtytul] Uważam natomiast za konieczne odpowiedzieć ganiącym nas konserwatystom, braciom w wierze żywiącym zapewne to samo umiłowanie Kościoła. Ich krytykę można streścić następująco: spotkanie w Asyżu ogłoszone przez Benedykta XVI może się nam wprawdzie nie podobać, ale nie możemy krytykować papieża za to, co zrobił (Jan Paweł II w 1986 r.) albo za to, co ma zamiar uczynić (Benedykt XVI w 2011 r.), bowiem nie możemy rościć sobie prawa do mówienia mu, co jest dobre dla Kościoła. Od wiernych, zwłaszcza ludzi świeckich, wymaga się pobożnej zgody na każdą inicjatywę i decyzję Ojca Świętego. Po odpowiedź na tę argumentację sięgniemy do Katechizmu, tradycji teologicznej, historii Kościoła oraz do papieskiego nauczania. Katechizm głosi, że przez sakrament chrztu zostajemy wszczepieni w Kościół i stajemy się uczestnikami jego posłania (1213), a "przez sakrament bierzmowania ochrzczeni (...) jeszcze mocniej zobowiązani są, jako prawdziwi świadkowie Chrystusa, do szerzenia wiary słowem i uczynkiem oraz do bronienia jej" (1285). Obecność Ducha Świętego, o której Pan Nasz po wielokroć wspomina apostołom (J 14, 16-17; 26), przejawia się nie tylko w magisterium Kościoła, lecz także przez zgodną opinię universitas fidelium (wspólnoty wiernych), jak wyjaśniali, polemizując z protestantami, wielki teolog dominikański Melchior Cano (w "De Locis theologicis") i św. Robert Bellarmino (w "De ecclesia militante"). Późniejsi teologowie rozróżniali infallibilitas in docendo (nieomylnością w nauczaniu) oraz infallibilitas in credendo (nieomylnością w wierze) Kościoła, przy czym ta druga bazowała na zmyśle wiary, czyli zdolności wierzącego do odróżnienia tego, co zgodne i niezgodne z wiarą nie drogą teologicznych wywodów, lecz dzięki poznaniu płynącemu z odpowiedniości natur (connaturalitas). Cnota wiary otrzymana wraz z chrztem – jak tłumaczy św. Tomasz z Akwinu – wytwarza zgodność natury ducha ludzkiego z objawieniem, dzięki czemu umysł każdego ochrzczonego jest, jakby instynktownie, przyciągany przez prawdy nadprzyrodzone i postępuje wedle nich. Święte dziewice niosły światło W dziejach Kościoła zmysł wiary u zwykłych wiernych nieraz był bardziej zgodny z tradycją apostolską niż u pasterzy – na przykład w trakcie kryzysu ariańskiego w IV stuleciu, kiedy wiarę podtrzymała mniejszościowa grupa świętych i niezłomnych biskupów, takich jak Atanazy, Hilary z Poitiers, Euzebiusz z Vercelli, a zwłaszcza masy wiernych, które nie śledziły teologicznych diatryb, lecz – dzięki nadprzyrodzonemu instynktowi – trwały przy właściwej nauce. Błogosławiony John Henry Newman pisał: "w owym czasie ogromnego zamętu dogmat o boskości Naszego Pana głosiła, podtrzymywała i (mówiąc po ludzku) przechowała raczej Ecclesia docta (Kościół nauczany) niż Ecclesia docens (Kościół nauczający)". Benedykt XVI uwypuklił w kazaniu 26 stycznia rolę każdej ochrzczonej osoby w dziejach Kościoła, wspominając o posłannictwie "dwóch kobiet z ludu, świeckich dziewic konsekrowanych, dwóch mistyczek działających nie za murami klasztoru, lecz pośród najbardziej dramatycznych okoliczności, w jakich znalazł się Kościół >w ich czasie". Były to święta Katarzyna i święta Joanna d'Arc – "najbardziej charakterystyczne postaci "kobiet mężnych", które u schyłku średniowiecza niosły nieustraszenie światło Ewangelii w powikłanych sytuacjach dziejowych. Można je postawić obok kobiet, które pozostały na Kalwarii blisko Jezusa ukrzyżowanego i Maryi, podczas gdy apostołowie uciekli, a Piotr po trzykroć się Go zaparł". Kościół w owym czasie przeżywał kryzys prawie 40-letniej wielkiej schizmy zachodniej. W czasach równie dramatycznych jak kryzys ariański światło wiary prowadziło w znacznie większym stopniu obie te święte, a nie teologów i kapłanów. Papież odniósł do tych dwóch świeckich postaci słowa Jezusa, według których boże tajemnice objawiają się ludziom prostych serc, a pozostają w ukryciu przed uczonymi, którym brak pokory (por. Łk 10,21). W tym duchu właśnie wyrażaliśmy nasz niepokój i rezerwę wobec spotkania w Asyżu 27 października 1986 r.: było ono nie aktem magisterium Kościoła, lecz symbolicznym gestem, którego przekaz niosą nie tyle teksty i słowa, ile sam fakt oraz jego wizerunek. Włoski tygodnik "Panorama" podsumował znaczenie spotkania słowami ojca Marie-Dominique Chenu: "Odrzucony został oficjalnie aksjomat, że poza Kościołem nie ma zbawienia". [srodtytul]Posążek Buddy na ołtarzu [/srodtytul] Byłem owego dnia w Asyżu i zachowałem dokumentację fotograficzną tamtych wydarzeń: na przykład w kościele św. Piotra w obliczu Najświętszego Sakramentu, na ołtarzu, w którym przechowywane są relikwie męczennika Wiktoryna, intronizowano posążek Buddy, a przed nim wywieszono chorągiew z napisem "oddaję się prawu Buddy". Jako katolik odczułem, i nadal odczuwam, odruch wstrętu wobec tego wydarzenia, o którym warto wspominać tylko po to, by się od niego dystansować. Jestem pewien, że Benedykt XVI nie zamierza dopuścić, by powtórzyły się ówczesne nadużycia, ale żyjemy w społeczeństwie medialnym, media zaś (a w konsekwencji światowa opinia publiczna) mogą nadać nowemu spotkaniu takie samo znaczenie co poprzedniemu. To zresztą już się dzieje na naszych oczach. Żyjemy w dramatycznych czasach, w których każdy ochrzczony musi mieć nadprzyrodzoną odwagę i apostolski zapał, by w ślad za przykładem świętych donośnym głosem bronić wiary – nie ulegając przy tym "racjom politycznym", jak zbyt często zdarza się w kościelnych kręgach. Do odrzucenia Asyżu I i wyrażenia, z całym szacunkiem wobec Ojca Świętego, obaw w związku z Asyżem II popchnęła nas tylko i wyłącznie świadomość naszej wiary. [i]tłum. pb[/i] [ramka][i]Autor jest wykładowcą historii chrześcijaństwa i historii Kościoła na Uniwersytecie Europejskim w Rzymie, przewodniczącym Fundacji Lepanto (stowarzyszenia katolików świeckich w obronie cywilizacji chrześcijańskiej), redaktorem naczelnym kwartalnika historycznego "Nova Historica", miesięcznika "Radici Christiane" oraz tygodnika "Corrispondenza romana". W latach 2002 – 2006 był doradcą włoskich rządów (Giuliana Amato i Silvia Berlusconiego) w dziedzinie spraw międzynarodowych[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL