Hall: Pierwsza klasa jest najlepsza dla sześciolatka

aktualizacja: 25.01.2011, 19:18
Foto: ROL

Nowe programy są dostosowane do możliwości dzieci sześcioletnich, dla siedmiolatka mogą być za łatwe – mówi minister edukacji

[b]W jaki sposób MEN rozwiąże problem spotkania się w 2012 r. dwóch roczników – sześciolatków i siedmiolatków – w szkołach?[/b]
[b]Katarzyna Hall, minister edukacji: [/b] Na to pytanie powinien odpowiedzieć swoim mieszkańcom każdy samorząd. W ministerstwie możemy jedynie śledzić dane, ile sześciolatków zostało zapisanych do pierwszej klasy. To gminy muszą teraz odpowiedzieć sobie na pytanie, co się stanie, jeśli nic nie zrobią, by w tym roku zachęcić rodziców sześciolatków do zaufania do prowadzonych przez nich szkół. Samorządy powinny przeanalizować demografię i sytuację w swojej sieci szkół. To ich zadanie, by nie dopuścić do spiętrzenia w pierwszych klasach za rok.
[b] MEN sprawdza, jak sobie z tym poradzą? [/b]
Rozmawiamy o tym, ale nie możemy nic narzucać. Przede wszystkim zachęcałabym rodziców do zapewnienia swoim dzieciom szansy na harmonijny rozwój. Aby niepotrzebnie nie fundowali im powtarzania przygotowywania do szkoły w przedszkolu, bo tam będą drugi rok z rzędu realizować jeszcze raz ten sam program – dla pięciolatków – i się nudzić. Poza tym powinni zapytać w swojej gminie, jak będzie wyglądać oferta szkoły rejonowej dla sześcio- i siedmiolatków w 2012 r.
[wyimek]Być może rodzice nie mają zaufania do szkoły – tak minister edukacji Katarzyna Hall tłumaczy niski procent sześciolatków w szkołach[/wyimek]
[b] Gdyby pani nie uległa Ruchowi Ratuj Maluchy i obowiązkowo posłała do szkół co rok po jednej trzeciej rocznika sześciolatków, nie byłoby problemu, bo w 2012 r. poszłyby do szkół same sześciolatki. Nie żałuje pani? [/b]
Prace nad tą ustawą opóźniły się również przez protesty i ostatecznie zakończyły wiosną (w marcu 2009 r. Sejm odrzucił weto prezydenta – red.). To opóźnienie nie pozwoliło na inne rozwiązanie, bo nie można było powiedzieć rodzicom i samorządom dopiero na wiosnę, że od jesieni jest obowiązek posłania części sześciolatków do szkół. Świadomie daliśmy przez trzy lata wolny wybór rodzicom i czas samorządom na dobre przygotowanie się do tej zmiany zgodnie z oczekiwaniami mieszkańców danej gminy.
[b] Może nie trzeba było w 2009 r. rozpoczynać reformy? [/b]
To był najlepszy moment ze względu na demografię. W 2009 r. było najmniej sześcioletnich dzieci. Z każdym kolejnym rokiem ich liczba wzrasta.
[b]Ale nie udało się tego wykorzystać. W 2009 r. do szkół poszło jedynie 6,7 proc. sześciolatków. [/b]
Nie każde dziecko sześcioletnie może teraz być zapisane do pierwszej klasy. Co roku zwiększa się grupa uprawnionych, czyli tych, co chodzą wcześniej do przedszkola. Aż o 25 proc. podnieśliśmy liczbę dzieci pięcioletnich objętych wychowaniem przedszkolnym – obecnie jest ich 81 proc. To teraz na ogół dobrze przygotowane sześciolatki, które poradzą sobie z programami obowiązującymi w pierwszej klasie.
[b]Patrząc na niski procent sześciolatków posłanych do szkół, sądzi pani, że społeczeństwo jest za obniżeniem wieku szkolnego? [/b]
Jestem przekonana, że gdy ocenimy tę reformę z perspektywy czasu, zobaczymy pozytywne efekty zmian. Czyli gdy 12 lat później były sześcioletni pierwszoklasista wykształcony według nowej podstawy programowej będzie trafiał na studia, na rynek pracy, to będzie do tego lepiej przygotowany. W interesie całego społeczeństwa i gospodarki jest to, by jak najwcześniej odkrywać talenty dzieci. Im szybciej to zrobimy, tym większa szansa, że odniosą w życiu sukces. Taką szansę daje wcześniejsze rozpoczęcie edukacji.
[b]Czyżby ponad 90 proc. rodziców nie życzyło swoim dzieciom sukcesu? [/b]
Może nie wiedzą wszystkiego o całej reformie. Zapewniam, że nowe programy są dostosowane do możliwości dzieci sześcioletnich, a dla siedmiolatka mogą być za łatwe. A dziecko w szkole nie powinno się nudzić. [b]A może to większość podstawówek w Polsce nie spełnia oczekiwań rodziców? [/b]
Być może rodzice nie mają zaufania do szkoły, bo nie wiedzą, jak ona się zmieniła, od kiedy sami do niej chodzili. Może nie wiedzą, że najmłodsi uczniowie mają w podstawówce warunki podobne do tych w przedszkolu, że są tam sale wyposażone w miejsca do zabawy, również z rządowego programu „Radosna szkoła”. Powinni pójść do najbliższej podstawówki i zobaczyć, że to jest miejsce, gdzie ich sześciolatek będzie miał szansę na rozwój i nie warto fundować mu powtarzania programu w przedszkolu.
[b]Co radzi pani rodzicom dzieci, które w 2011 r. skończą sześć lat? [/b]
Jeśli dziecko dobrze sobie radzi w przedszkolu i nauczyciel jego grupy przedstawi rodzicowi informację, że dziecko już opanowało cały program, to najlepszym miejscem dla niego będzie pierwsza klasa. Warto posłać je do pierwszej klasy, bo tam będzie się uczyć nowych rzeczy, a nie powtarzać to samo jeszcze raz w tak zwanej zerówce. Dziecko, któremu nie stawia się nowych wyzwań i każe powtarzać pewne rzeczy, zniechęca się do nauki.
[b]Co poszło nie tak, że nie udało się namówić chociaż połowy rodziców sześciolatków do posłania dzieci do szkół? [/b]
To jest pytanie do konkretnego wójta, burmistrza, prezydenta. Co zrobili albo czego nie zrobili. Prezydent Gdyni, który znalazł sposób, jak przekonać ponad 30 procent rodziców sześciolatków do posłania swoich dzieci do pierwszej klasy, osiągnął potem rekordowy wynik w wyborach i rządzi nadal miastem, bo mieszkańcy doceniają jego pracę. Samorządy powinny zdać sobie sprawę, jak ważna jest to rzecz dla ich gmin. Że harmonijny rozwój dzieci leży w ich interesie. Jeśli dotychczas mało zrobiono w tej sprawie, to nowy aktywny wójt czy prezydent ma jeszcze szansę przekonać rodziców do szkół, które prowadzi gmina. Musi tylko dotrzeć z fachową wiedzą do rodziców dzieci sześcioletnich i przekazać im zalety posłania ich do pierwszej klasy.
[i]–rozmawiała Renata Czeladko[/i]

POLECAMY

KOMENTARZE