W Pałacu Prezydenckim rządzi dawna Unia Wolności

aktualizacja: 15.01.2011, 13:05
Były premier Tadeusz Mazowiecki spotyka się z prezydentem Bronisławem ...
Były premier Tadeusz Mazowiecki spotyka się z prezydentem Bronisławem Komorowskim niemal co wieczór – opowiadają politycy PO. Na zdjęciu z Anną Komorowską w lipcu 2010 r. podczas wieczoru wyborczego
Foto: Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik

W otoczeniu Bronisława Komorowskiego najsilniejszy głos ma „familia”, czyli politycy byłej UW

Jest lato 2010 r. Sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego usilnie szuka pomysłów, które wzmocniłyby ich kandydata. – Niespodziewanie Bronek proponuje, że wesprą go oficjalnie byli politycy Unii Wolności – opowiada polityk Platformy.
W sztabie zapanowała konsternacja. – To może jeszcze SKL i jakaś inna wymarła partia – miał skomentować ktoś z przekąsem. Ta anegdota dobrze oddaje siłę powiązań między obecnym prezydentem a politykami dawnej UW, do której należał. Dziś „familia” – bo tak nazywają ich działacze PO – rezyduje w Pałacu. Co wieczór prezydenccy doradcy: Tadeusz Mazowiecki, Jan Lityński i Henryk Wujec, razem z ministrem Olgierdem Dziekońskim (który w UW nie był), naradzają się przy herbacie i ciasteczkach. Do spotkania dołącza zazwyczaj Bronisław Komorowski.
[srodtytul]Stara gwardia [/srodtytul]
Podczas jednego z takich wieczorów radzono o losach ustawy dotyczącej zwolnień urzędników, ważnej dla premiera z powodu konieczności łatania budżetu. Prezydent zdecydował, że jej nie podpisze, tylko odeśle do Trybunału Konstytucyjnego, co oznacza, że w tegorocznym budżecie nie będzie oszczędności z tytułu mniejszego zatrudnienia w administracji.
Podobno doradcy przekonali go, że to bubel prawny. Dużej burzy z tego powodu nie było. Premier szybko przeszedł nad tym wydarzeniem do porządku dziennego. Ale pewien osad w stosunkach między Platformą a Pałacem pozostał. Politycy PO w nieoficjalnych rozmowach są coraz bardziej krytyczni wobec swojego prezydenta.
– Bronkowi doradzają goście, którzy sami przegrali wszystko w polityce – mówi kąśliwie jeden z członków Platformy.
Wśród etatowych doradców prezydenta są czołowi politycy byłej Unii Wolności, na gruzach której wyrosła Platforma, oraz Tomasz Nałęcz, który przeszedł chyba przez wszystkie lewicowe formacje, począwszy od PZPR przez SdRP, Unię Pracy i SdPl. Nie jest dopuszczany do „familii”, ale za to bryluje w mediach. Pokój dzieli z byłym działaczem UW Jerzym Osiatyńskim, doradcą do spraw ekonomicznych. Z tą partią była też związana minister Irena Wóycicka zajmująca się sprawami społecznymi. Obok Nałęcza urzęduje Roman Kuźniar, specjalista ds. międzynarodowych, który co prawda w UW nie był, ale pracował w MSZ, gdy premierami byli jej politycy. To on miał przygotować prezydenta do wizyty w Stanach Zjednoczonych, która przez wielu komentatorów została uznana za całkowitą klapę.
Głównie z powodu przemówienia wygłoszonego przez głowę państwa, gdzie mowa była o bigosie i tradycji liberum veto, za to nie starczyło miejsca na bieżące sprawy.
Ale w otoczeniu głowy państwa są też inni politycy, nie tylko z UW. Niedaleko doradców rezyduje Sławomir Nowak, niegdyś szef gabinetu Donalda Tuska, dziś prezydencki minister odpowiadający za kontakty z rządem i parlamentem i jedna z medialnych twarzy Kancelarii Prezydenta. Ale z doradcami nie łączą go zażyłe stosunki.
– Nowak jest tam obcym ciałem. Starzy politycy za dobrze pamiętają, jak wyprowadzał młodzieżówkę Unii Wolności do Platformy – opowiada polityk z otoczenia prezydenta.
Inny z naszych rozmówców, polityk z władz PO, dodaje: – Kierownictwu Kancelarii niespecjalnie się podoba, że Nowak przyszedł do pracy tymczasowo, że gra na siebie. I patrzą krzywo na jego częste wizyty w TVN 24, których Nowak z nikim nie uzgadnia.
Za to Nałęcz wypowiada się o prezydenckim ministrze w samych superlatywach. Mówi, że z Nowakiem dobrze się współpracuje, a poza tym jako osoba odpowiedzialna za przemówienia prezydenta jest bardzo czujny i wyłapuje wszelkie niezręczności w projektach wystąpień.
[srodtytul]Trójkąt ministerialny[/srodtytul]
Za najbardziej wpływowego ministra uchodzi Jaromir Sokołowski odpowiedzialny za kalendarz i organizacyjną stronę zagranicznych wizyt głowy państwa. Z prezydentem współpracował już w Kancelarii Sejmu i poszedł za nim do Pałacu. – Jest bezwzględny i ewidentnie usiłuje grać pierwsze skrzypce – opowiada polityk PO.
Dobre notowania u prezydenta ma też jego prawnik Krzysztof Łaszkiewicz. Zasłużył się ekspresowym przygotowaniem prezydenckiego projektu zmiany w konstytucji, która polega na wpisaniu tzw. rozdziału unijnego.
W Pałacu panuje opinia, że to człowiek rzetelny i nie należy do prawników gotowych uzasadnić każdą decyzję lub stronniczo interpretować przepisy. Trzecim wpływowym jest Dziekoński, który odpowiada za organizację konsultacji społecznych w ramach tzw. forum debaty publicznej. Ci trzej ministrowie dobrze są też oceniani przez członków PO.
– Największe atuty Kancelarii Prezydenta to polityka zagraniczna i ostatnie ofensywy dyplomatyczne prezydenta: Bruksela, Paryż, Berlin, spotkania z prezydentami Rosji, Niemiec i USA – twierdzi Michał Szczerba, poseł PO i wieloletni współpracownik Komorowskiego. – Atutem są też forum debat publicznych i inicjatywy legislacyjne.
Na tym nasi rozmówcy z Platformy kończą pochwały.
[srodtytul]Chaos jest sierotą [/srodtytul]
– Niestety w Kancelarii brak jasnego podziału obowiązków, to powoduje chaos i doprowadza do wpadek – narzekają działacze PO. Takich jak przechrzczenie Federacji Rosyjskiej na republikę na akredytacjach dla dziennikarzy. – Kto był za to odpowiedzialny? – pytamy polityka związanego z Pałacem. – Nie wiem. Nie ma jednej osoby, która zajmuje się stricte polityką medialną prezydenta – mówi.
Teoretycznie odpowiada za nią doradca Jerzy Smoliński, który był rzecznikiem prasowym Komorowskiego jako marszałka Sejmu. Smoliński z hukiem stracił to stanowisko, gdy media poinformowały, że chwiejnym krokiem zmierzał do grobu Anny Walentynowicz, by złożyć kwiaty w imieniu marszałka. Sam przyznał, że wcześniej pił wino. W Pałacu wrócił jednak do łask.
– Każda wpadka powoduje, że szef Kancelarii Jacek Michałowski zrzuca winę na Smolińskiego, a za chwilę Smoliński wskazuje na Michałowskiego – opowiada polityk związany z Pałacem.
Michałowski zaczął zmieniać strukturę Kancelarii Prezydenta. Ale i jemu politycy PO wytykają braki. Na początku urzędowania zapowiadał powołanie rzecznika prasowego prezydenta. Media prześcigały się w domysłach, kto nim zostanie. Wymieniano Dorotę Warakomską, byłą prezenterkę „Wiadomości”, ale nic z tego nie wyszło. Według informacji „Rz” najpoważniejszą kandydatką była rzeczniczka polskiego oddziału zachodniego koncernu z branży technologii informacyjnych. Michałowski spotkał się z nią kilka razy. – Ale zwlekał z podjęciem decyzji i traktował ją jak petentkę, a nie fachowca, którego warto zdobyć – opowiada polityk PO. – W końcu kandydatka sama zrezygnowała.
Mimo wszystkich niedociągnięć Michałowski cieszy się pełnym zaufaniem prezydenta.
– Przede wszystkim sprawdził się w trudnych dniach po katastrofie smoleńskiej, gdy Bronisław Komorowski objął urząd jako p.o. prezydenta – tłumaczy Nałęcz. – Poza tym oni znakomicie się dogadują i co bardzo ważne Michałowski nie odgrywa roli wiceprezydenta.
[srodtytul]Prezydent i sponsorzy[/srodtytul]
Brak twardej polityki w Kancelarii sprawia, że wpadki głowy państwa pojawiają się jednak nazbyt często. Przed świętami Bożego Narodzenia prezydent wraz z małżonką mieli sesję zdjęciową dla magazynu „Gala”. – Sesja może była profesjonalna, ale pracownikom Kancelarii profesjonalizmu zabrakło – zżyma się polityk PO.
Jak wytknął portal wPolityce.pl., pod wywiadem i kolorowymi zdjęciami drobnym drukiem wymieniono bowiem wszystkich sponsorów sesji: kto wyprodukował porcelanę, kto krawat prezydenta, kto spódnicę pierwszej damy, a nawet kolczyki. – Jak prezydent może firmować marki ciuchów – denerwuje się polityk PO. Choć według wPolityce.pl rok wcześniej tak samo zachował się Donald Tusk.
Do dziś w Platformie zżymają się też na wspomnienie tablicy, którą Komorowski odsłaniał w sierpniu 2010 r. Tablica upamiętniająca ofiary katastrofy smoleńskiej została wykonana z błędem w nazwisku posłanki Izabeli Jarugi-Nowackiej. – To nie do pomyślenia. Tusk nigdy by sobie na to nie pozwolił – komentuje polityk z otoczenia premiera. Ale prezydent prezentuje nieodmiennie dobre samopoczucie. – Wie, że ma czas do 2015 r. i teraz to on jest bardziej Tuskowi potrzebny niż odwrotnie – kwituje polityk PO.

POLECAMY

KOMENTARZE