Stalin nakazał mordować Polaków

aktualizacja: 15.01.2011, 00:01
Stalin nakazał zabijanie Polaków ze względu na ich narodowość
Stalin nakazał zabijanie Polaków ze względu na ich narodowość
Foto: ośrodek karta

O losie Polaków w Związku Sowieckim wciąż wiemy niewiele. Także o „polskiej operacji NKWD” z lat 1937 – 1938 r., która nadal pozostaje „białą plamą”

Aresztowano wówczas co najmniej 144 tys. osób (z liczącej 636 tys. społeczności polskiej w Sowietach). I z tej grupy co najmniej 111 tys. Polaków (prawie 80 procent) zostało rozstrzelanych. Oprócz tego kilkaset tysięcy deportowano. Część szybko zmarła. Szacunkowo zginęło wtedy około 200 tys. osób polskiego pochodzenia.

Była to największa rzeź Polaków w czasach pokojowych. Sowieccy sprawcy otwarcie przyznawali, że chodzi im o eksterminację ludzi ze względu na ich korzenie etniczno-kulturowe. Powtórzmy: Stalin nazkazał zabijanie Polaków jako członków grupy narodowej. Jednoznacznie więc – zgodnie z definicją Rafała Lemkina – mamy tu do czynienia z ludobójstwem. W rozkazach wymienia się „Polaków” jako cel operacji. A gdy łatwych do zidentyfikowania ofiar zabrakło, NKWD wręcz zalecało, aby prowadzić aresztowania na podstawie książek telefonicznych. Wystarczyło polsko brzmiące nazwisko, aby dostać wyrok śmierci. Między innymi dlatego pośród ofiar „operacji polskiej” znalazło się kilka tysięcy osób rosyjskiego, fińskiego, greckiego czy żydowskiego pochodzenia, jak ujawnia Tomasz Sommer w kluczowym zbiorze dokumentów „Rozstrzelać Polaków: Ludobójstwo Polaków w Związku Sowieckim w latach 1937 – 1938: Dokumenty z Centrali” (3S Media, Warszawa 2010). Ta praca, a także zbiór dokumentów wydanych przez IPN wraz z archiwami ukraińskimi „Wielki Terror: operacja polska 1937 – 1938” (Warszawa – Kijów 2010) – co jest zasługą śp. Janusza Kurtyki – to jedyne, jak dotąd solidne pozycje poświęcone „operacji polskiej”. Trzeba podkreślić, że przed Tomaszem Sommerem nikt nie napisał nic dużego na ten temat. Jego wstęp do zbioru dokumentów ma charakter przełomowy.
[srodtytul]Kontekst historyczny[/srodtytul]
W 1929 r. Józef Stalin podjął politykę industrializacji i kolektywizacji rolnictwa, która, jak się szacuje, się kosztowała życie od 8 do 15 milionów obywateli sowieckich, zmarłych przeważnie z głodu. Następne ofiary padły, gdy uderzono w zachodnie peryferia imperium, represjonując nierosyjskie narodowości, głównie ukraińską i białoruską. Ukraińcy ucierpieli zarówno podczas Wielkiego Głodu (1932 – 1933), jak i Wielkiej Czystki (1937 – 1938). Zmarło ich od trzech do sześciu milionów.
Chyba najliczniejsi wśród ofiar komunistycznego terroru byli Rosjanie. Natomiast mniejszości narodowe wydają się proporcjonalnie reprezentowane wśród poszkodowanych, oprócz Żydów i Polaków. Ci pierwsi byli wyjątkowo oszczędzani, ci drudzy byli nadreprezentowani. Najnowsze badania wskazują, że Żydzi byli grupą, na którą spadły najmniejsze represje. Według Yuriego Slezkine'a w latach 1937 – 1938 tylko wśród aresztowanych za przestępstwa polityczne Żydzi stanowili 1 procent, podczas gdy Polacy aż 16 procent. Na początku 1939 r. proporcja Żydów w łagrach była o 15,7 procent niższa, niż ich udział w całej sowieckiej populacji. Slezkine tłumaczy, że „to wynikało z faktu, iż Żydów nie prześladowano jako grupy etnicznej... Żydzi właściwie byli jedyną większą sowiecką narodowością bez swego »narodowego« terytorium, która nie padła ofiarą terroru podczas Wielkiej Czystki” ( Yuri Slezkine „The Jewish Centur”, Princeton University Press, 2004).
Ponad 100 tys. Polaków zabito, a setki tysięcy wywieziono. Działo się to dlatego, że według Bogdana Musiała Związek Sowiecki uznawał Polskę za „wroga numer jeden,” a sowieckich Polaków za członków antykomunistycznej agentury polskiej.
Historycy Aleksander Gurianow i Andrzej Paczkowski szacują, że Polacy stanowili prawie 10 procent wszystkich ofiar czystek skierowanych przeciwko mniejszościom narodowym. Badacz izraelski pracujący w USA Amir Weiner podaje, że na początku 1939 r. 16 860 Polaków w łagrach stanowiło 1,28 procent wszystkich więźniów, podczas gdy Polacy stanowili zaledwie 0,37 procent ludności Związku Sowieckiego.
Amerykański badacz Terry Martin w pracy „The Affirmative Action Empire: Nations and Nationalism in the Soviet Union, 1923 – 1939” przyznaje, że Polacy stali się „przedmiotem najostrzejszej oddolnej i miejscowej wrogości komunistycznej podczas kolektywizacji”... Polakom mówiło się otwarcie: „Rozkułaczamy ciebie nie dlatego, że jesteś kułakiem, ale dlatego, że jesteś Polakiem”. Opierając się na wyliczeniach dotyczących grup narodowościowych zamieszkujących Leningrad i okręg leningradzki, Martin doszedł do wniosku, że Polacy byli trzydziestokrotnie bardziej narażeni na rozstrzelanie niż nie-Polacy.
[srodtytul]Śmierć polskim panom![/srodtytul]
Ludobójstwo sowieckich Polaków osiągnęło swój szczyt podczas Wielkiej Czystki lat 1937 – 1938. Ale to nie był jedyny okres przemocy wobec naszych rodaków.
Zabijanie Polaków w Rosji bolszewickiej miało miejsce od 1917 r. Ginęli ludzie zarówno neutralni politycznie (a takich było najwięcej), jak i walczący w rozmaitych „białych armiach”. Mordowano ich jednak jako „kontrrewolucjonistów,” „białoruczków” czy „polskich panów” – szczególnie ziemian kresowych. W zabijaniu obowiązywało przede wszystkim kryterium klasowe.
Sytuacja skomplikowała się bardziej w czasie wojny polsko-bolszewickiej. Do 100 tys. znanych polskich ofiar wojny bolszewickiej należy dołożyć co najmniej kilkanaście tysięcy Polaków, o których właściwie nie wiemy nic, a na których mścił się Lenin. Wtedy wróg klasowy komunizmu nabrał jednoznacznie narodowej formy: „polskie pany” to wszyscy Polacy, którzy sprzeciwiali się sowieckiej agresji. Takie propagandowe związanie narodowości z kryterium klasowym stworzyło Polaków jako mitycznego wroga ideologii komunistycznej (czego kalką może być „żydokomuna”). Miało to ponure implikacje na przyszłość.
W powojennym okresie „liberalnego komunizmu”, czyli tzw. NEP, bolszewicy kontynuowali terror. W latach 20. zgładzono około miliona ludzi, w tym i Polaków. Polskich ofiar mogło być proporcjonalnie więcej również w tym „liberalnym” okresie, główne ostrze przemocy skierowane było przeciw Kościołowi katolickiemu, a wiarę katolicką uznano za „polską religię”. Było to preludium do rzezi Polaków, która nastąpiła podczas przymusowej kolektywizacji rolnictwa i w trakcie „operacji polskiej”. Spójrzmy na tę tragedię w mikroskali.
Kamieniec i inne twierdze polskości
Historyk regionalista Aleksander Rasszczupkin („Kamieniec Podolski. Antemurale Christianorum”, Wydawnictwo QIUM, Kamieniec Podolski 2009) tak pisze o swojej małej ojczyźnie: „W latach 20. – 30. mieszkańcy miasta przeżyli koszmar sowieckich represji i ludobójstwa, wielu ich zginęło w miejskich więzieniach, których część znajdowała się w dawnych katolickich klasztorach. Miały one na celu pozbawienie ludności katolickiej duszpasterzy, likwidacje kościołów, ateizację i sowietyzację społeczności katolickich”.
Na przykład „w dniu 19 IV 1922 r. funkcjonariusze GPU oraz pracownicy miejscowego komitetu wykonawczego... wtargnęli (sic!) na plac katedralny i nakazali 600 osobom strzegącym bezpieczeństwa kościoła katedralnego rozejść się, pod groźbą obrzucenia ich granatami. Wierni kategorycznie odmówili jednak spełnienia tego żądania i przepędzili intruzów. Wieczorem tego samego dnia przybył pod katedrę oddział specjalny GPU, który zaczął tratować końskimi kopytami, strzelać i bić zebranych. Następnie zabrano grupę zakładników, grożąc ich rozstrzelaniem...” W rezultacie zamieszek skazano na śmierć 5 księży i dwóch działaczy laikatu jako „upartych wrogów ludu pracującego”.
W następnych latach zabijano dalej, a eksterminacja osiągnęła swój szczyt tuż przed drugą wojną światową. Kolektywizacji towarzyszyły śmierć głodowa i rozstrzeliwania. „Z Kamieńca i jego okolic, na Syberię, do Kazachstanu oraz na Daleki Wschód wywieziono tysiące Polaków. W połowie lat 30. komuniści przystąpili do burzenia zabytków sakralnych oraz innych obiektów kojarzących się z »pańskimi« i polskimi czasami”. Katedrę i większość kościołów skonfiskowano i zamieniono na muzea ateizmu bądź magazyny. Klasztory stały się kazamatami NKWD.
Dalej, „w latach 1937 – 1940 NKWD rozstrzelało 33 księży katolickich i 13 prawosławnych blisko miasta przy drodze na Dębicki Chutor”. To jest tylko wierzchołek góry lodowej. Straty laikatu katolickiego i ludności polskiej Kamieńca wciąż nie zostały odpowiednio opracowane. „Grzebano tam (na zniszczonym) cmentarzu katolickim w zbiorowych mogiłach ofiary własnego terroru. Nikt nie wie, ilu i gdzie. Czołgowe gąsienice zatarły wszelkie ślady... Potem na terenie zniszczonych cmentarzy stworzono wylewisko dla wozów asenizacyjnych, opróżniających szamba. Była to standardowa (sic!) praktyka realizowana przez Sowietów w miejscach zbrodni”.
Ostatnie ofiary sowieckiego terroru w Kamieńcu padły w nocy z 8 na 9 lipca 1941, kiedy NKWD rozstrzeliwało więźniów w celach.
Kamieniec to nie wyjątek. Polacy ginęli i znikali w Odessie, Płoskirowie, Kijowie, Mińsku, Moskwie czy Petersburgu. Dwa „autonomiczne” polskie rejony na sowieckiej Ukrainie i Białorusi zostały rozwiązane. Ich mieszkańców albo rozstrzelano, albo deportowano do łagrów.
W syberyjskim Białymstoku aresztowano wszystkich dorosłych mężczyzn, w wielu wypadkach z synami. Według Wasyla Haniewicza, ujęto i zastrzelono prawie 100 na 127 zamieszkujących osadę mężczyzn w wieku ponad 18 lat („Tragedia Syberyjskiego Białegostoku”, Wydawnictwo Bernardinum, Pelplin 2008).
W podobny sposób wspomina lata 1918 – 1939 w sowieckim Żytomierzu Mieczysław Łoziński w pamiętniku „Polonia nieznana” (Drukarnia Braci Wielińskich, Kłodawa i Konin 2005). Maria Kuberska przypomniała antypolskie represje na sowieckiej Ukrainie i deportacje na Sybir w swoich zapiskach „To było życie... Wspomnienia z Kazachstanu 1936 – 1996” (Pax, Warszawa 2006). Walenty Woronowicz jest autorem unikatowych wspomnień sowieckiego Polaka z łagru: „Przypadki XX wieku: 20 lat na Wyspach Sołowieckich i Kołymie, 1935 – 1955” (Instytut Historii PAN, Gryf, Warszawa 1994). A Józef Świderski wydał pamiętnik o kolektywizacji na Podolu – „Śmierć na czarnoziemie” (nakładem autora, Łódź 2000).
Dostępnych mamy dziesiątki podobnych wspomnień, niektóre tylko opublikowano. Na przykład wstrząsające relacje z Ukrainy zebrał ksiądz Roman Dzwonkowski w książce „Głód i represje wobec ludności polskiej na Ukrainie, 1932 – 1947: Relacje” (Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 2005).
[srodtytul]Pamięć[/srodtytul]
W Polsce międzywojennej wiedza o rodakach w Związku Sowieckim była znikoma.
W pierwszych latach niepodległości pojawiło się trochę książek o wojnie domowej w Rosji i wojnie z bolszewikami oraz związanymi z tym ofiarami polskimi. Mistrzowie pióra tej miary co Zofia Kossak-Szczucka, Ferdynand Ossendowski czy Maria Dunin-Kozicka opisywali losy Polaków, przedstawiali golgotę Polaków za granicą ryską. Ale wnet literaci zajęli się sprawami codzienności, wraz ze Stefanem Żeromskim koncentrując się na braku „szklanych domów” w II RP raczej niż na rzezi Polaków dokonywanej przez Lenina i Stalina. Środowisko postępowe, mające duży wpływ na kulturę polską, zajęło się prawdziwymi i wydumanymi ułomnościami Polski, a zwykle życzliwie odnosiło się do „eksperymentu socjalistycznego” w Związku Sowieckim. To nie pomagało ani wiedzieć, ani pamiętać o tamtejszych Polakach.
Od czasu do czasu można było odnaleźć wzmianki o sowieckich rodakach w pracach i publikacjach monarchistycznego filozofa Mariana Zdziechowskiego, endeckiego działacza Henryka Glassa, literata Sergiusza Piaseckiego czy publicysty Józefa Mackiewicza. Szczególnie ten ostatni cyklicznie przywoływał los Polaków w Związku Sowieckim. Ale żaden właściwie intelektualista polski nie oddał całościowego opisu tragedii, jaka na nich spadła. Co najwyżej są informacje na temat gehenny Kościoła katolickiego, ale (z perspektywy dzisiejszych badań) raczej szczątkowe.
W raportach MSZ i w meldunkach polskiego wywiadu opisuje się pojedyncze przypadki prześladowania Polaków, szczególnie petentów placówek dyplomatycznych RP w Związku Sowieckim. Są dowody, że polskie władze wiedziały, iż na terenach ukraińskich (i gdzie indziej w Związku Sowieckim) panował straszliwy głód w latach 30. Odnotowywano też represje wobec środowisk polskich w okresie kolektywizacji i późniejszym. Jak podaje Wojciech Materski, dzięki wyciąganiu niektórych Polaków z łagrów i więzień dostrzegano pewien fragment tego problemu („Pobocza Dyplomacji. Wymiana więźniów politycznych pomiędzy II Rzecząpospolitą a Sowietami w okresie międzywojennym” (ISP PAN, Warszawa 2002).
Ale nie ma dowodów, że w Warszawie pojmowano, jaka jest rzeczywista skala terroru. Dlaczego jednak nie wyzyskano propagandowo czy choćby naukowo informacji o terrorze przebijających się przez stronice listów osób represjonowanych? Po latach opublikowane zostały przez księdza Romana Dzwonkowskiego („Bez sądów, świadków i prawa... Listy z więzień, łagrów i zesłania do Delegatury PCK w Moskwie 1924 – 1937”. Towarzystwo Naukowe KUL, Lublin 2002). Trudno jednak odpowiedzieć na to pytanie, bo dokumenty polskiego MSZ, zdobyte przez Armię Czerwoną w 1939 r. wciąż pozostają w Moskwie.
[srodtytul]Po wojnie[/srodtytul]
Po wojnie w Polsce na temat losu rodaków w Sowietach zapadła, nomen omen, grobowa cisza. Chyba w żadnym kościele nie było tablicy upamiętniającej ich martyrologię. Na poziomie prywatnym temat funkcjonował zupełnie wyjątkowo, w bardzo nielicznych środowiskach. Wśród opozycjonistów, których znałem ja i mój ojciec, chyba tylko rodzina szczecinianina i solidarnościowca Jana Tarnowskiego, którego matki rodzina – Tabortowscy – wywodziła się z Mińszczyzny, wspominała, bardzo ogólnikowo zresztą, o okrutnym losie tamtejszej szlachty zagrodowej. Te opowieści były objęte dużo większą jeszcze tajemnicą, niż pobyt w łagrach syberyjskich za AK czy w więzieniu za NSZ.
Na emigracji było tylko troszeczkę lepiej. U nas w domu w Kalifornii na przykład wspominało się dziadka Józefa Zakrzewskiego herbu Jastrzębiec z Płoskirowa (dzisiejszy Chmielnick), który ponoć niespodziewanie miał umrzeć na „atak serca” w 1937 r. Taka wiadomość doszła do rodziny we Lwowie. W rzeczywistości – jak się okazało po 1989 roku – był ofiarą „operacji polskiej”. Od czasu do czasu przez wspomnienia Sybiraków, którzy znaleźli się na emigracji, przewijały się marginesowo postacie Polaków wywiezionych do łagrów jeszcze w latach 30.
W literaturze o sowieckim terrorze wymierzonym w Polaków najczęściej wspominał naturalnie Józef Mackiewicz. A w powieści Wiktora Trościanki „Wiek klęski” (Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1971) odnajdujemy fragment opisujący życie Polaków ze Smoleńska i Witebska w okresie międzywojennym: „Obaj byli w za dużych na siebie ubraniach, drobni, bladzi, z bruzdami idącymi od nosa do ust. W oczach, często patrzących przed siebie, w przestrzeń, fizjonomista czy psycholog zobaczyłby jak na ekranie lata tamtego strasznego pokoju i wojny. – My, proszę pana, nawet nabożeństw polskich słuchaliśmy. Księdza, to pewnie, dawno nie było. Na Sołowki wywieźli i zgubili. Ale słuchaliśmy przez radio z Wilna. I nabożeństw majowych z Ostrej Bramy. W tym domu, gdzie ludzie schodzili się słuchać – trzeba było udawać zabawę, postawić na stołach wódkę, a naokoło domów wyznaczyć warty, co dawały umówione znaki, kiedy szedł jakiś czekista... U nas z każdego domu albo kogoś wywieźli, albo w lasach rozstrzelali”.
Natomiast w PRL o rzezi sowieckich Polaków „pamiętano” w specyficzny sposób. Na początku naturalnie była zupełna cisza. Potem – według wykładni Nikity Chruszczowa z tajnego referatu wygłoszonego w styczniu 1956 r. – „operację polską NKWD” zredukowano do cierpień działaczy Komunistycznej Partii Polskiej, których (często pośmiertnie) zrehabilitowano. Tak pozostało do 1989 r.
[srodtytul]Badania[/srodtytul]
Do niedawna na temat ludobójstwa Polaków w Związku Sowieckim nie było prawie badań. W PRL była cenzura i jedynie słuszna partyjna wykładnia historii. Na Zachodzie natomiast nie dysponowano odpowiednimi materiałami, a atmosfera na uniwersytetach była – od rewolucji kontrkulturowej lat 60. – zbyt życzliwa dla komunizmu, aby naukowcy pochylili się chętnie nad jego ofiarami. Wyjątkami byli tacy badacze, jak Adam Ulam, Martin Malia, Richard Pipes i szczególnie Robert Conquest, który jako jeden z pierwszych zwrócił naszą uwagę na stalinowską polonofobię wyrażoną szpiegomanią. Zaowocowało to szczególnie uderzeniem NKWD w rzekomą „Polską Organizację Wojskową”, co stało się pretekstem do szeroko zakrojonej „operacji polskiej”. Ale były to w większości ekstrapolacje i dedukcje oparte na bardzo wąskiej bazie źródłowej, istna kremlinologia.
Poważny przełom nastąpił dopiero po 1989 r. Okazało się, że kilka osób zajmowało się tematem – głównie w Polsce i Rosji. Pierwszym był chyba Wojciech Lizak, który wydał książeczkę „Rozstrzelana Polonia: Polacy w ZSRR, 1917 – 1939” (Prywatny Instytut Analiz Społecznych, Szczecin 1990). Dużo lepiej udokumentowana była pozycja badacza z Białorusi, Mikołaja Iwanowa „Pierwszy naród ukarany: Polacy w Związku Radzieckim, 1921 – 1939” (Polskie Wydawnictwo Naukowe, Warszawa, Wrocław 1991). To byli pionierzy. Dołączyło do nich potem nieliczne grono badaczy.
Wiele materiałów przyszło z Rosji. Podkreślmy, że to właśnie moskiewski „Memoriał” odnalazł nazwiska 20 tys. Polaków rozstrzelanych w czasie „operacji polskiej”. Badacz tej instytucji Nikita Pietrow opublikował odnośny rozkaz NKWD na ten temat w „Karcie” (nr 11, 1993). Ponadto wiele informacji o polskich losach w Związku Sowieckim można uzyskać z monografii i zbiorów dokumentów powstałych w Rosji. Wymieńmy tu choćby G.N. Mozgunova,
A. V. Korsak i M. N. Levitin (red.), „Sud'by natsional'nykh men'shinstv na Smolenshchine, 1918 – 1938 gg. Dokumenty i materiały Arkhivnogo upravleniia Administratsii Smolenskoi oblasti” (Smolensk: Gosudarstvennyi arkhiv Smolenskoi oblasti, 1994), czy pracę Leona Piskorskiego i Eugeniusza Wolskiego „Przechodniu powiedz Polsce. Księga Pamięci Polaków-ofiar komunizmu-pochowanych na Lewaszowskim Pustkowiu pod Sankt Petersburgiem” tom 1 (Sankt Petersburg, Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, 1995).
Nie mamy jeszcze syntetycznego opracowania problemu. Nie jest też jasne, czy instytucje powołane do tego, jak Polska Akademia Nauk i wydziały historii polskich uniwersytetów, w ogóle zajmują się tematyką losów Polaków sowieckich w sposób systematyczny, tak jak na przykład Holokaustem. Większość naukowych periodyków nie wydaje się być zainteresowana tą tematyką.
Jest naturalnie chlubny wyjątek: Instytut Pamięci Narodowej. Na razie mamy więc nieliczne dokumenty publikowane przez IPN. I artykuły naukowe powstające w ramach tej instytucji. Na przykład Stanisław Morozow opublikował artykuł „Deportacje polskiej ludności cywilnej z radzieckich terenów zachodnich w głąb ZSRR w latach 1935 – 1936” („Pamięć i Sprawiedliwość”. Biuletyn Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – Instytutu Pamięci Narodowej, nr 40,1997 – 1998), a Ewa Ziółkowska jest autorką artykułu „Kuropaty: Cmentarzysko polskich ofiar sowieckiego terroru” (Biuletyn Instytutu Pamięci Narodowej, nr 1 – 2 (96 – 97), styczeń – luty 2009).
Poza IPN powstała też garść innych prac, na przykład Janusza M. Kupczaka „Polacy na Ukrainie w latach 1921 – 1939” (Wydawnictwo Uniwersytetu Wrocławskiego, Wrocław 1994). Bardzo ważne dla tematu są kresowe opracowania statystyczne Piotra Eberhardta czy prace zbiorowe o ziemiach byłej I RP pod redakcją Krzysztofa Jasiewicza. Kompendium „W cieniu czerwonej gwiazdy: Zbrodnie sowieckie na Polakach (1917 – 1956)” (Wydawnictwo Kluszczyński, Kraków 2010) to najnowsza próba całościowego ujęcia tematu.
Na poziomie świadomości publicznej temat właściwie nie istnieje, chociaż są wyjątki. Nasza wiedza stale się bowiem poszerza, a odzwierciedla się to od czasu do czasu w artykułach prasowych. Profesor Andrzej Nowak w „Rzeczpospolitej” (6 maja 2008) podkreślił, że „Polacy w ZSRR ginęli, bo byli Polakami”. A Bartosz Marzec opisał „Sprawę POW” („Rzeczpospolita”,4 kwietnia 2008).
Zachodni badacze o ludobójstwie na Polakach sowieckich wspominają niejako po macoszemu i przy okazji innych badań. W taki sposób należy odnieść się do informacji podawanych przez Amira Weinera, Yuriego Slezkinea i Terryego Martina. Ostatnio trochę szerzej o „operacji polskiej” i innych aspektach antypolskiego terroru Sowietów napisał Timothy Snyder. W środowiskach liberalnych Zachodu uznano to za rewelację. Jest to naturalnie o tyle rewelacją, o ile „Czarna Księga Komunizmu” wprawiła te same środowiska w zdumienie 15 lat temu.
[i]
Autor jest profesorem historii w The Institute of World Politics w Waszyngtonie, szefem tamtejszej katedry badań nad Polską, im. Kościuszki. Napisał m.in. „Żydzi i Polacy 1918 – 1955. Współistnienie, Zagłada, komunizm”, „Po Zagładzie. Stosunki polsko-żydowskie 1944 – 1947”. Otrzymał Nagrodę im. Józefa Mackiewicza za książkę „Ejszyszki”. W latach 2005 – 2010 był członkiem US Holocaust Memorial Council[/i]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE