Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Piłka nożna

Święty Maniek od futbolu

Forum, Bartek Jankowski Bartek Jankowski
Manuel Arboleda, kolumbijski piłkarz Lecha Poznań, który jest w Polsce od pięciu lat, wkrótce zostanie powołany przez Papę Bianco do reprezentacji Polski
Kiedy wyjeżdżał z domu w Buenaventurze, mama powiedziała mu, żeby zawojował œwiat, ale nie pozwoliła wierzyć, że cały œwiat go pokocha. – Tam, gdzie spotkasz ludzi, którzy zrozumiejš cię takim, jakim jesteœ, postaraj się pozostać – powtarzała. Manuel Arboleda w Polsce jest już pięć lat. Właœnie przedłużył kontrakt z Lechem Poznań, lada moment zadebiutuje w reprezentacji prowadzonej przez Franciszka Smudę. Buenaventura leży nad Pacyfikiem, ponad 500 kilometrów na zachód od Bogoty. Prowadzi tam jedna droga. Ojciec Manuela był rybakiem, rybakiem miał też zostać Manuel, bo to dobry zawód, który pozwalał godnie żyć całej rodzinie. Historia Arboledy nie jest opowieœciš o biednym chłopcu, dla którego futbol był chlebem, a Europa ziemiš obiecanš. – Mieliœmy co jeœć i w co się ubrać, byliœmy klasš œredniš – opowiada Manuel.
[srodtytul]Na huœtawce[/srodtytul] W 1994 roku na mistrzostwach œwiata Kolumbia odpadła po fazie grupowej. To był ostatni wielki turniej sławnego piłkarza z tego kraju Carlosa Valderramy. Ostatni też dla Andresa Escobara, który w meczu z USA strzelił samobójczš bramkę, a po powrocie do kraju ktoœ strzelił mu trzy razy w klatkę piersiowš z pistoletu, krzyczšc: „Gol, gol, gol!”. Manuel miał wtedy 15 lat i był przekonany, że zostanie wielkim piłkarzem. Miał już za sobš etap czyszczenia butów kolegom z dzielnicowego klubu Profesa del Pacifico i fazę ucieczek z domu, by pograć w piłkę. Rodzice z trudem zaakceptowali jego wybór. Pozwolili trenować, ale nie sšdzili, że zajdzie daleko. Był chudy i wštły. Trener wystawił go do gry dopiero w dniu, gdy zabrakło mu innych zawodników. Najpierw grał w ataku, następnie w pomocy, z każdym rokiem mężniał, aż w końcu stwierdzono, że taka skała przyda się w obronie. Parę lat póŸniej w Lechu wykorzystywano go, by na treningach pokazywał, na czym polega męska gra. – Przymykałem oko na faule. Robert Lewandowski czasami miał łzy w oczach, jak go Maniek sponiewierał. A teraz proszę, Robert gra w Bundeslidze i niczego się nie boi – mówi Franciszek Smuda. Arboleda profesjonalnš karierę zaczšł po przeprowadzce do Bogoty – najpierw do Millonarios, póŸniej w Independiente Santa Fe. Tam trafia pod skrzydła Fernanda Castro. To jego pierwszy trener-papa, następni będš już Polakami. Debiutuje w pierwszej lidze, ale póŸniej zaczyna się huœtawka nastrojów i formy. Kupuje go Tolima Ibague, nie radzi tam sobie i zostaje wypożyczony do Centauros Villavicencio. Kiedy wraca – zdobywa mistrzostwo. Zostaje sprzedany do Atletico Huila, które okazuje się jego ostatnim kolumbijskim klubem. Wyjeżdża do Peru, do Cienciano Cuzco, gdzie znowu kończy ligę na pierwszym miejscu. Marzy mu się Europa, ale nie ma o niej zielonego pojęcia. Polska to papież. Jan Paweł II był w Kolumbii w 1986 roku. Manuel i cała jego rodzina sš bardzo religijni, słuchali, co wtedy do nich mówił. [srodtytul]Pierwszy œnieg[/srodtytul] Nad jego transferem pracuje menedżer, wysyła po klubach płytę DVD z filmami, na których od Manuela odbijajš się kolejni napastnicy. Robi to wrażenie na Zagłębiu Lubin, chociaż nazwa „Zagłębie” nie robi wrażenia na Arboledzie. – Nie wiedziałem nic, przyjechałem na pół roku, może rok. Na lotnisku zobaczyłem œnieg i pierwszy raz w życiu poczułem takie zimno. Było minus dwadzieœcia stopni. To była najgorsza zima w Polsce w ostatnich latach, tak mnie przywitaliœcie – wspomina. W Lubinie pracuje wtedy Smuda, którego ze zdjęć i opowieœci znajš już rodzice Manuela i często się za niego modlš. Smuda to Papa Bianco. – Jest nie tylko wielkim trenerem, ale i wielkim człowiekiem. W Kolumbii „papa” mówimy nie na tego, który spłodził, ale na tego, który wychował. Smuda jest ważny w moim życiu, poznałem go w trudnym okresie. Byłem w obcym kraju, o którym nic nie wiedziałem, on mi wszystko tłumaczył, wspierał mnie i zawsze był po mojej stronie – mówi Arboleda. Opowiada też już dużo o hotelu w Lubinie, gdzie jadł dobrze tylko wtedy, gdy przyjeżdżał trener, bo zwykle dostawał mniejsze porcje. Mówi też o wiernoœci Kolumbijczyków, którzy nie zapominajš, kto im pomógł. Dla Smudy Arboleda wskoczy w ogień. Po mistrzostwie wywalczonym z Zagłębiem zdjšł koszulkę, pod spodem miał T-shirt z napisem „Dziękuję Jezus, Polska, F. Smuda, Cz. Michniewicz”. Trener Czesław Michniewicz powiedział, że niedługo do gry w reprezentacji Polski wystarczy mieć psa polskiej rasy. Arboleda na ten cytat spuszcza oczy i z niedowierzaniem kiwa głowš. – Robię swoje i wyciszam się na tych, którzy chcš dla mnie Ÿle. Jest mi bardzo smutno, że Michniewicz coœ takiego powiedział. Lech Poznań kupuje Manuela za 300 tysięcy euro, co oznacza kolejne spotkanie ze Smudš. Z językiem polskim Arboleda radzi sobie więcej niż przyzwoicie, ale i tak wstydzi się mówić, uznajšc go za najtrudniejszy na œwiecie. Całkowicie do Polski się nie przyzwyczai, bo nie chce. – W Kolumbii inaczej patrzymy na œwiat. Tutaj, z całym szacunkiem, ale jesteœcie jak roboty. Jest dziewišta, to trzeba iœć do pracy. W Kolumbii się œmiejemy, jesteœmy spokojniejsi, jak coœ nam nie wyjdzie, to i tak dziękujemy Bogu, że mogliœmy spróbować. Mentalnie zawsze będę Kolumbijczykiem, tam jest moja rodzina. W Polsce pracuję, ale do tego stylu życia nie przyzwyczaję się nigdy. Wolę wolnoœć i spokój Kolumbii – przyznaje. Arboleda uczy się Polski, Polska uczy się Arboledy. Kibice lubiš jego ekspresję. Płacze, gdy przegrywa, tańczy po strzelanych golach. Nigdy się nie poddaje, walczy do upadłego. Mówi, że przychodzš oglšdać go ludzie pracy i on chce im wynagrodzić wydatek na bilety. Może przegrać tylko wtedy, gdy nie ma siły, by jeszcze raz przyspieszyć. Nazywa to uczciwoœciš sportowca. [srodtytul]420 tysięcy euro[/srodtytul] Po porażce najbardziej nie lubi spojrzenia córki. Manyi ma siedem lat, doskonale zna język polski, jej koleżanki i koledzy to kibice Lecha. – Jestem smutny, ona czuje te emocje. Synek jest jeszcze za mały, by cokolwiek zrozumieć, ale kiedy przegrywam, jak najszybciej idę spać, żeby tego wszystkiego nie przeżywać – mówi Manuel. Arboleda jest religijny w stylu południowoamerykańskim. Wiarę manifestuje na każdym kroku. Kiedy nie wie, jak odpowiedzieć na pytanie, mówi, że Bóg tak chciał. Bóg skierował go do Polski, Bóg dał siłę i talent. W niebo patrzy po golu, albo gdy jest tak beznadziejnie, że pomoc z góry wydaje się jedynš szansš. Jeœli akurat nie gra, co niedziela chodzi do koœcioła. Nie ma problemów z innymi wyznaniami, bo jego Bóg mówi różnymi językami. Pomaga biednym, bo ci, którzy odwracajš głowę od żebrzšcych, do koœcioła chodzš tylko na pokaz. Ostatnio, gdy nie mógł dogadać się z Lechem w sprawie przedłużenia kontraktu, kibice zaczęli mówić, że Bóg Manuela nazywa się Benjamin. Ma też nazwisko – Franklin. Ten ze studolarówek. Arboleda sam zaczšł kręcić na siebie bat. O zainteresowaniu Legii powiedział, że jest dumny, że chce go wielki klub. Wygadał się, że rozmawiał już z Józefem Wojciechowskim w sprawie transferu do Polonii. Do tej pory zarabiał około 230 tysięcy euro, żšdał blisko pół miliona. Tyle nie zarabia w Polsce żaden piłkarz. – Gdyby chodziło tylko o pienišdze, nie grałbym w Poznaniu. Miałem propozycje z Niemiec czy z Meksyku, gdzie zarobiłbym dwa razy więcej. Przedłużyłem umowę ze względu na ludzi w Lechu, czuję się tu dobrze i tak jestem traktowany – tłumaczy. Jego nowy kontrakt gwarantuje mu podobno około 420 tysięcy euro rocznie. [srodtytul]Manu, nie odchodŸ[/srodtytul] Z Lechem zdobył mistrzostwo Polski, wybrano go do najlepszej jedenastki fazy grupowej Ligi Europejskiej. O polski paszport nie musi ubiegać się w trybie przyspieszonym. Już mu się należy. Smuda, zanim został selekcjonerem, zarzekał się, że nie będzie naturalizował piłkarzy. Zobaczył jednak, czym dysponuje, i zmienił zdanie. Często powtarzał, że Maniek jest dla niego jak syn. Na pytanie, czy mógłby grać w koszulce z orzełkiem, Arboleda przechodzi z hiszpańskiego na polski. Naturalnie, jakby rozumiał, że o tym nie da się mówić w obcym języku. – Jestem dumny, że mnie chcecie. Zawsze pozostanę Kolumbijczykiem, ale jestem wam wdzięczny za to, co dostałem. Czuję się jednym z was, Polaków – tłumaczy z poważnš minš. Przyznaje, że marzył o reprezentacji Kolumbii, ale nigdy nie dostał szansy nawet w meczu towarzyskim. W domu spędza œwięta i wakacje. Podróż jest długa, z trzema przesiadkami: w Warszawie, Paryżu i Bogocie. Kolumbię poleca turystom. Œmieje się z pytania o kokainowš sławę kraju. – Pablo Escobar nie bierze narkotyków. My produkujemy kokainę, a kupujš jš głupi ludzie w Europie i w Stanach – mówi. Kiedy jego przyszłoœć w Poznaniu nie była jeszcze pewna, dostał 500 listów. Wczeœniej nie podejrzewał nawet, że kibice wiedzš, gdzie mieszka. Drugie tyle próœb o to, by został w Lechu, przyszło do klubu. – Byłem w centrum handlowym, gdy podszedł do mnie chłopczyk i powiedział: „Manu, chcę grać tak jak ty. Nie odchodŸ”. Takie gesty majš dla mnie olbrzymie znaczenie – opowiada. Dzwoni telefon Manuela. Odbiera, szepcze, że zapomniał, i wstaje od stołu. Zapomniał, że przed klubowš wigiliš trener zarzšdził jeszcze spotkanie drużyny w szatni. W Poznaniu już się z tym pogodzili, że czasem zapomina. Jest przecież Kolumbijczykiem, a Polakiem dopiero będzie, być może już podczas Euro 2012. [ramka] [b]Manuel Arboleda Sanchez[/b] Urodzony 2 sierpnia 1979 w Buenaventurze (Kolumbia). Grał w kolumbijskich klubach Millonarios Bogota, Independiente Santa Fe, Tolima Ibague, Centauros Villavicencio, Atletico Huila Neiva, peruwiańskim Cienciano Cuzco. W Polsce od roku 2006, najpierw w Zagłębiu Lubin, a od roku 2008 w Lechu. Mistrz Kolumbii z Tolimš i Polski w barwach Zagłębia (2007) i Lecha (2010). Z Lechem zdobył też Puchar Polski (2009). Najlepszy obrońca ekstraklasy. [/ramka]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL