Kultura

E-kultura: digtalizacja i kultura cyfrowa

Francuska INA – wielkie zbiory audio-wideo; źródło INA.FR
materiały prasowe
Kończy się epoka muzeów. Nadchodzą wirtualne warsztaty, archiwa i medialaby otwarte dla każdego - pisze Paulina wilk
Dorasta pokolenie, które kulturę zna przede wszystkim z Internetu. Wielu młodych – i coraz więcej dorosłych – nie odwiedza kin, muzeów, nie kupuje płyt, a chęć uczestnictwa w kulturze zaspokaja dzięki nowym mediom.
Do świata wirtualnego przenoszą się twórcy. Kultura analogowa, czyli trudno dostępna, bo zamknięta w murach oper i galerii, staje się mniej atrakcyjna. Dziś najważniejszy jest wolny dostęp do dzieł. Dlatego instytucje kultury czeka rewolucja. W Europie zmiany już się zaczęły – trwa digitalizacja narodowych archiwów, rodzą się też oddolne, nowatorskie pomysły na to, jak tworzyć i rozpowszechniać kulturę. Najbardziej zaawansowani są Holendrzy, stworzyli siatkę organizacji e-kultury. Jedną z nich jest Virtueel Platform ([link=http://virtueelplatform.nl]virtueelplatform.nl[/link]), niezależny instytut rozwijający i promujący kulturę cyfrową. Holenderski rząd uznał ją za osobny sektor, nie mniej ważny niż np. produkcja filmowa. Virtueel Platform m.in. prowadzi medialaby, czyli cyfrowe ośrodki twórcze, organizuje E-Culture Fair – festiwal, na którym spotykają się artyści, twórcy mediów i nowych technologii. Jest także ośrodkiem debaty nad przyszłością e-kultury, poszukuje odpowiedzi na pytania: jak ją archiwizować i prezentować użytkownikom? Dzięki współpracy Holenderskiego Instytutu Audiowizualnego i innych instytucji powstał serwis Images for the Future ([link=http://imagesforthefuture.com/en/]imagesforthefuture.com/en/[/link]) z wizualnym archiwum minionego stulecia. Zebrano tam 700 tys. godzin filmu i 3 mln zdjęć. Koszty wyniosły dotąd 154 mln euro, pokrył je rząd. [srodtytul]W twórczej sieci [/srodtytul] Z holenderskich archiwów powstał też serwis Open Images ([link=http://openimages.eu]openimages.eu[/link]) – platforma stworzona dzięki wolnemu oprogramowaniu i działająca na licencjach Creative Commons, zezwalających na nieodpłatne wykorzystywanie materiałów. To wirtualny warsztat – można tam np. z istniejących już filmów montować nowe. Francuski Narodowy Instytut Audiowizualny INA (ina.fr) ma jedno z największych cyfrowych archiwów na świecie – 800 tys. godzin materiałów udostępnianych odpłatnie, choć kwoty są niewielkie. INA pozwala wyszukiwać materiały, samodzielne montować filmy lub zamawiać ich produkcję. Tymczasem NAVA – węgierska siostra INA, ratuje od zapomnienia nagrania z płyt winylowych. Stworzyła archiwum Gramofon Online ([link=http://gramofon.nava.hu/]gramofon.nava.hu[/link]) – pożycza płyty od kolekcjonerów i je digitalizuje. Powstanie serwisu kosztowało 75 tys. euro, dziś znajduje się w nim 3 tys. piosenek. W Polsce trwa digitalizacja zbiorów audiowizualnych, w ciągu czterech lat rząd przeznaczy na nią 120 mln zł. Teraz Narodowe Archiwum Cyfrowe ([link=http://audovis.nac.gov.pl]audovis.nac.gov.pl[/link]) zawiera m.in. 140 tys. fotografii i 1,6 tys. audycji. Większość zasobów nie jest jeszcze dostępna online. W Hiszpanii finansowana przez rząd Katalonii organizacja Platoniq ([link=http://platoniq.net]platoniq.net[/link]) promuje barterową wymianę talentów. W serwisie Bank of Knowledge (bank wiedzy) wynalazcy amatorzy dzielą się odkryciami i pomysłami. Platoniq zorganizował też serię happeningów Burn Station (stacja wypalania) – w różnych miastach (m.in. w jeżdżącym po Szczecinie tramwaju) uruchomili stanowiska, na których można było wypalić płytę z utworami udostępnionymi przez autorów. Wszystko dzięki wolnemu oprogramowaniu, czyli legalnie i za darmo. W Barcelonie co roku organizowany jest festiwal Drumbeat ([link=http://drumbeat.org]drumbeat.org[/link]), na którym spotykają się reprezentanci instytucji edukacyjnych, firm komputerowych, wynalazcy i hakerzy – wspólnie wymyślają przyszłość elektronicznej edukacji. Nowe horyzonty cyfrowej kultury odkrywają też pojedynczy twórcy. Ronen Kadushin ([link=http://ronen-kadushin.com]ronen-kadushin.com[/link]) to pionier wolnego designu – nieodpłatnie udostępnia wzornictwo. Projekty są proste i łatwe do wykorzystania. Najgłośniejsze pomysły to składany stół, który został wykorzystany do konstrukcji namiotów dla ofiar trzęsienia ziemi w Peru, oraz projekt półki na książki, który posłużył do budowy kościoła. Rewolucji próbują dokonać miłośnicy muzyki. Aaron Dunn z Kalifornii uruchomił Muse Open ([link=http://www.musopen.org/]museopen.org[/link]) – serwis z utworami klasycznymi zaliczanymi do domeny publicznej (nieobjętymi ochroną praw autorskich). Nagrań dostarczają wykonawcy bezpłatnie. [srodtytul] Kto za to zapłaci [/srodtytul] Pionierzy e-kultury mają dwa problemy. Po pierwsze, nie mogą udostępniać większości dzieł, ponieważ są one chronione prawem autorskim niepasującym do epoki nowych technologii. Po drugie, nie wiadomo, kto i jak ma płacić za kulturę w sieci. Powszechne jest przekonanie, że dla jej rozwoju potrzeba nowego modelu biznesowego, w którym odbiorcy będą głównymi sponsorami. Takie rozwiązanie sprawdza się już m.in. w serwisie Sell A Band ([link=http://sellaband.com]sellaband.com[/link]), gdzie słuchacze wspierają finansowo ulubione zespoły, oraz w Blender Foundation ([link=http://blender.org]blender.org[/link]), w której powstały filmy animowane "Elephant's Dream" i "Big Buck Bunny". Twórcy Platoniq proponują nową ekonomię w kulturze – rozwiązanie z pogranicza nielegalnych sieci p2p (ich użytkownicy udostępniają sobie wzajemnie bazy utworów) oraz spółdzielczości. Opracowują algorytm, który pozwoli wycenić wartość sztuki tworzonej w sieci. Zgodnie z tym scenariuszem każdy z nas byłby mikroinwestorem wspierającym twórców.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL