Ekonomia

Pełne studia na odległość blokuje ministerialne rozporządzenie

Nie tracę czasu i pieniędzy na dojazdy – mówi e-studentka UJ Magda Jabłońska
Archiwum
Studia na odległość, choć cenione za wygodę i niższe koszty, wciąż są w Polsce pieśnią przyszłości
Z nauką na odległość po raz pierwszy zetknęłam się przed pięciu laty w Australii, w tropikalnym stanie Queensland. Ludzi tutaj mało, odległości duże. Nad rzeką Wild stoi farma rodziny Smith. Do najbliższej szkoły jest ponad 70 km. Dlatego pięcioro dzieci farmerów skończyło ją przez Internet. Potem dwoje studiowało także przez Internet, jednocześnie pracując na farmie. Australia, ze względu na ogrom kraju, była prekursorem zdalnego nauczania. Pierwsze korespondencyjne szkoły powstały tam w końcu XIX w., a w 1911 r. przygotowano pierwszy kurs uniwersytecki. Potem była nauka z wykorzystaniem łączności radiowej, by wreszcie w latach 90. masowo przejść na nauczanie przez Internet, czyli e-learning.
[srodtytul]Programy są gotowe[/srodtytul] W Polsce tradycyjne szkolnictwo jeszcze długo będzie numerem jeden. W 2006 r. Uniwersytet Warszawski, Uniwersytet Jagielloński, Politechnika Warszawska i Politechnika Poznańska opracowały programy nauczania do kształcenia na odległość informatyki na poziomie studiów wyższych. Miało to być panaceum na oblegane kierunki, gdzie trudno stale zwiększać limity przyjęć. Jednak pełne studia na odległość do dziś na tych uczelniach nie ruszyły. E-studia w wydaniu australijskim uniemożliwia w Polsce państwo. A konkretnie – rozporządzenie z 27 września 2007 r., które ogranicza do 60 proc. liczbę godzin zajęć dydaktycznych na studiach z wykorzystaniem zdalnego kształcenia. [wyimek]60 proc. godzin zajęć dydaktycznych polskie uczelnie mogą prowadzić zdalnie[/wyimek] – Oznacza to m.in., że wszystkie egzaminy muszą odbywać się w siedzibie uczelni i nie można w Polsce uruchomić pełnych studiów na odległość. Co najwyżej mogą być tak nauczane poszczególne przedmioty – wyjaśnia w rozmowie z „Rz“ dr Jacek Urbaniec, pełnomocnik rektora UJ ds. e-nauczania. Marcin Dąbrowski, dyrektor Centrum Rozwoju Edukacji Niestacjonarnej Szkoły Głównej Handlowej (SGH) i prezes Stowarzyszenia E-Learningu Akademickiego, uważa, że ministerialne rozporządzenie zablokowało rozwój e-learningu jako odrębnej formy nauczania. Co prawda SGH udostępnia prawie 50 przedmiotów w systemie kształcenia na odległość, tzw. e-learningu, ale student i tak musi egzamin zdawać osobiście. Wiele polskich uczelni oferuje takie e-studia na pół gwizdka. [srodtytul]Nauka dyscypliny[/srodtytul] Przedstawiciele uczelni i studenci zgodnie twierdzą, że studia przez Internet są tańsze i wygodniejsze. Studenci nie tracą czasu na dojazdy, wyczekiwanie na wykładowców i egzaminy; nie ma nagłych zachorowań, odwołanych zajęć. – Studiuje się o dowolnej i odpowiadającej każdemu porze. W międzyczasie można pracować, przyjmować gości czy wyjść z psem. Do tego można zasiąść przed komputerem w kapciach i szlafroku, z kubkiem kawy. Dlatego ludzie chętniej wybierają naukę na odległość. Obowiązkowy kurs BHP był na naszej uczelni do wyboru – w formie tradycyjnej (osiem godzin wykładów) lub jako e-studia (sześć godzin przez Internet). Na około 12 tysięcy studentów tradycyjne zajęcia wybrała... jedna osoba – opowiada Przemysław Kozera z Centrum Zdalnego Nauczania Uniwersytetu Jagiellońskiego. Praktyka pokazuje też, że nauczanie na odległość skuteczniej wyrabia samodyscyplinę i obowiązkowość. Uniemożliwia też np. ściąganie podczas sprawdzianów.– Czasu na odpowiedź jest zbyt mało, by zdający zdążył ją ściągnąć np. z sieci lub z podręcznika – wyjaśnia Kozera. Wszystko to potwierdza Magdalena Jabłońska, pracująca studentka podyplomowych studiów pedagogicznych UJ w systemie e-nauczania. – Nie tracę czasu i pieniędzy na dojazdy. Zajęcia w formie wideokonferencji uczą dyscypliny, pokory i koncentracji. Trzeba słuchać, co mówią inni, by gdy przyjdzie moja kolej, zwięźle wyrazić własne zdanie. Wykładowcy zawsze odpowiadają na moje e-maile, bo taka jest u nas forma kontaktu. A różnie z tym bywa na tradycyjnych studiach. Uważam, że także na studiach magisterskich czy licencjackich studenci powinni mieć do wyboru studia tradycyjne lub e-studia. Oprócz zajęć praktycznych cała teoria powinna być przyswajana przez Internet. – mówi Magdalena Jabłońska. Dodaje, że wielu jej znajomych chciałoby tak studiować . [srodtytul]Ograniczenia znikną[/srodtytul] – Jesteśmy kilka lat do tyłu za państwami Europy Zachodniej, choć nie musimy odkrywać tu Ameryki, a jedynie korzystać ze sprawdzonych wzorców. E-studia są bardzo popularne w Wielkiej Brytanii. W Hiszpanii działa nawet e-uniwersytet oferujący wiele kierunków i rodzajów studiowania (Universitat Oberta de Catalunya). U nas z powodu przepisów studia na odległość działają na pół gwizdka. A przez to przepada szansa na wyższą edukację dla całych grup społecznych, jak niepełnosprawni, mieszkańcy małych miast czy wsi położonych daleko od ośrodków akademickich – ubolewa Marcin Dąbrowski z SGH. Bartosz Loba, rzecznik prasowy ministra nauki i szkolnictwa wyższego, tłumaczy, że powodem 60-proc. ograniczenia dla e-studiów była troska o jakość kształcenia. – Dobra wiadomość jest taka, że to ograniczenie powinno za rok zniknąć. Ministerstwo przygotowało kompleks zmian likwidujący sztywne standardy edukacji wyższej. Wprowadzamy swobodę kształcenia i pełną autonomię uczelni. Będą one same decydowały, ile przedmiotów i przez ile godzin będą wykładać oraz w jaki sposób – tradycyjnie czy przez Internet. To samo będzie tyczyć sprawdzianów, egzaminów, obrony prac. Będą oceniane tylko efekty tego kształcenia, a nie sposób. Nowela jest w pierwszym czytaniu w Sejmie. Powinna zacząć obowiązywać od 1 października 2011 r. – zapowiada rzecznik. Masz pytanie, wyślij e-mail do autorki: [mail=i.trusewicz@rp.pl]i.trusewicz@rp.pl[/mail]
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL