Małe muzea coraz popularniejsze

aktualizacja: 19.11.2010, 00:48
Samochody  z podwarszawskiego Muzeum Motoryzacji i Techniki grały  już...
Samochody z podwarszawskiego Muzeum Motoryzacji i Techniki grały już w niejednym filmie
Foto: Fotorzepa, Robert Gardziński Robert Gardziński

Małe prywatne muzea to dla ich właścicieli sposób na życie. Jednak wciąż tylko czasami oznaczają także biznes życia

Muzeum motyli, zabawek, lalek, chleba, gwizdka, piwa, instrumentów, nurkowania, zabytkowych samochodów. Obok ogromnych multimedialnych obiektów powstających za ogromne pieniądze w Polsce działa coraz więcej małych prywatnych placówek muzealnych.
Większość z nich to bardzo niszowe projekty, które nie korzystają z dofinansowania państwowego. Ich właściciele często przekonują, że nie stać ich na to, by zatrudniać dodatkowe osoby, co pośrednio ma znaczenie przy otrzymywaniu dotacji.
– Ekonomicznie taka działalność się w ogóle nie kalkuluje, to raczej pasja, hobby – przyznaje Tomasz Falkiewicz, założyciel i właściciel Muzeum Motyli we Władysławowie.
– Nie ma opcji finansowania nas z budżetu państwa, bo jako firma musielibyśmy być wpisani do rejestru muzeów: mieć statut, radę programową. Nikt nam więc w działalności nie pomaga. Ubieganie się o dotacje wymaga dużo czasu i energii, a często kończy się tak, że nic nie otrzymujemy – dodaje.
Wstęp do muzeum jest płatny, ale są i koszty utrzymania takiej niezwykłej i wiekowej kolekcji: szkodzi jej wilgoć i słońce, co dwa lata gabloty z motylami z całego świata trzeba w ramach konserwacji zamrozić, co kilka miesięcy – zaopatrzyć w nową tabletkę środka konserwującego.
Falkiewicz złapał bakcyla, gdy żona nieżyjącego już stryja przekazała mu prowadzoną od 1937 roku kolekcję ok. 6 tys. motyli. – Zbiory przetrwały II wojnę światową w piwnicach, nikt ich wtedy nie znalazł – mówi Falkiewicz.
Kolekcjoner utrzymuje się z czego innego, podobnie jak stryj – który w poszukiwaniu motyli zjeździł większość kontynentów – nie ma też wykształcenia entomologicznego. Muzeum to jego pozazawodowa pasja.
– Stryjowi udało się stworzyć naprawdę coś unikalnego. Jest wielu entomologów, którzy mają własne kolekcje, ale zazwyczaj w ogóle ich nie pokazują – mówi Falkiewicz.
Muzeum działa od dziesięciu lat i ma już swoją renomę, czemu sprzyja jego lokalizacja – mieści się we Władysławowie, więc często odwiedzają je przyjeżdżający na wypoczynek turyści. Po sezonie – od listopada do maja – jest nieczynne.
[srodtytul]Po pierwsze pasja[/srodtytul]
Małe prywatne placówki muzealne bardzo często są kontynuacją rodzinnej tradycji. Tak jak jedno z najstarszych prywatnych muzeów w Polsce – Ludowe Muzeum Rodziny Brzozowskich w Sromowie. Rodzina od prawie 40 lat prezentuje tam m.in. ponad 600 drewnianych figur rzeźbionych np. przez ojca obecnego właściciela, Wojciecha Brzozowskiego.
Powodem uruchomienia takiego biznesu rzadko bywa chęć zarobienia. Prawie zawsze zaczyna się od pasji.
– Jeżeli człowiek nie wkłada w to serca, nic z tego nie będzie – potwierdza Piotr Mankiewicz, założyciel i właściciel Muzeum Chleba w Radzionkowie koło Bytomia i Tarnowskich Gór. Każdego roku dokłada do swej działalności ok. 50 tys. zł. W muzeum można upiec i zjeść własnoręcznie przygotowany chleb i zapoznać się z historią jego produkcji.
– Trzeba kupować nowe eksponaty do zbiorów, w czym państwo małym zbieraczom nie pomaga. A dzieci trzeba uczyć oglądać takie zbiory od czasu, gdy są małe – mówi Mankiewicz.
Prawie wszystkie zbiory kupił sam, najczęściej na giełdzie staroci w Bytomiu. – To takie moje ministerstwo kultury, ta giełda. Kiedyś tam pojechałem i widzę w jednym miejscu wyłożoną archiwalną fotografię piekarzy. Od razu się zainteresowałem, a kobieta mówi: nie sprzedam, bo to dla tego człowieka, co ma muzeum chleba, trzymam. Mówię jej więc, że się dobrze składa, bo to ja. I zdjęcie dostałem – wspomina. – Ci na giełdzie starają się mi różne rzeczy odkładać i często po prostu mi je dają: a to biurko, a to kałamarzyk jakiś.
Działające od dziesięciu lat Muzeum Chleba rocznie odwiedza ok. 40 tys. osób. Jak się zjedzie więcej autobusów, jest na ogrzewanie i oświetlenie. Jak nie – trzeba dokładać.
– Ale robię to, bo codziennie widzę tu szczęśliwych, zadowolonych ludzi. Spędzają tu po kilka godzin. Oglądają film, idą piec swój chleb, słuchają prelekcji, potem zwiedzają – mówi Mankiewicz, który utrzymuje placówkę sam. – Moje muzeum nie jest zarejestrowane. Ale gdyby było, musiałbym zatrudnić księgową, żeby prowadzić księgi, inne potrzebne wtedy osoby. Upadłoby od razu – uważa.
[srodtytul]Jest i biznes[/srodtytul]
Jednak są też prywatne projekty, które – obudowane rozmaitą pokrewną działalnością – dają właścicielom zarobić.
Tak jest w przypadku toruńskiego Muzeum Piernika, gdzie m.in. można upiec sobie własny piernik.
– Utrzymujemy się z naszego pomysłu. Dla mnie to jest sposób na życie, musi być na ekonomicznym plusie – mówi Andrzej Olszewski, dyrektor muzeum, które jest własnością jego żony Elżbiety. – Podobnie jak w czasie wyborów ludzie głosują na muzea nogami – dodaje.
Jego muzeum rocznie odwiedza już ponad 70 tys. ludzi. Oprócz typowo muzealnej działalności oferuje organizację spotkań firmowych, urodzin, imienin, pieczenie pierników świątecznych czy wykonanie z ciasta piernikowego logotypu firmy, który w nienaruszonym stanie może przetrwać jako pamiątka dla kontrahenta wiele lat.
– Gdybyśmy chcieli żyć z samej sprzedaży biletów, raczej by się nam to nie udało – przyznaje Olszewski, który przed startem muzeum dokładnie przemyślał strategię, zwiedził inne małe placówki tego typu w Polsce i za granicą. Teraz ma w planach kolejne muzeum, ale nie chce zdradzić jakie.
Na innych usługach bazujących na głównej działalności zarabia także dodatkowo podwarszawskie Muzeum Motoryzacji i Techniki w Otrębusach. W zbiorach placówki jest dziś około 300 zabytkowych samochodów.
Podwaliną jego działalności była prowadzona w latach 70. państwowa akcja karania właścicieli niesprawnych samochodów za przechowywanie ich na podwórkach – którzy w takiej sytuacji chętnie zgadzali się na ich sprzedaż.
Potem właściciele muzeum zaczęli swoje zbiory naprawiać i rozszerzać, by dziś mieć kolekcję składającą się już nie tylko z samochodów, ale także rowerów, autobusów, ciężarówek, a nawet czołgów. Sprawne pojazdy grają w filmach (występowały chociażby w „Przedwiośniu”). Na terenie muzeum można też zorganizować bankiet, wypożyczyć samochód do przejażdżki. Taka kolekcja daje duże możliwości szukania dodatkowych sposobów jej finansowania.
Zdarza się też, że tworzone z potrzeby serca kolekcje po prostu wspierają sponsorzy. Jak np. Muzeum Nurkowania działające przy Warszawskim Klubie Płetwonurków, które na swojej stronie wymienia aż kilkudziesięciu sponsorów.
[srodtytul]Sięgnąć po dotacje[/srodtytul]
Jeszcze sporadycznie – ale takich przypadków będzie przybywać
– zdarza się, że właściciele małych muzeów korzystają z dotacji unijnych.
Tak zrobił Józef Majewski, przewodnik turystyczny, który kilka lat temu zarejestrował Muzeum Nietypowych Rowerów w Gołębiu (w woj. lubelskim, 11 km od Puław). Historia jego muzeum sięga lat 70. i 80., gdy nauczał w dęblińskim technikum. Wcześniej skończył Wydział Mechaniczny Politechniki Warszawskiej
Ale to, jak działają maszyny, pasjonowało go wcześniej. Jeszcze w szkole średniej zbudował rower tandem. Jako nauczyciel na zajęciach w technikum wymyślił, że będzie uczył dzieci myślenia o tym, jak działają urządzenia, właśnie poprzez prace polegające na konstruowaniu rowerów z dostępnych części.
– Takie cienkie rurki, z jakich jest wykonany rower, bardzo trudno spawać. A żeby rower zostawiał za sobą dokładnie jeden ślad, też trzeba się napracować – mówi Majewski. Jak zaznacza, co dziesiąty wykonany samodzielnie przez uczniów rower nadawał się do jazdy. Wielu z nich składało potem swoje pojazdy i dziś w Dęblinie i okolicach jeździ ok. 400 takich samodzielnie wykonanych, niepowtarzalnych jednośladów.
– Część tych rowerów odkupiłem od uczniów, część po prostu mi oddali i dziś mam ich 50, z czego ok. 20 nadaje się do jazdy. Można to sprawdzić, bo muzeum mieści się na świeżym powietrzu. Jest tylko wiata, która umożliwia zwiedzającym oglądanie eksponatów w czasie niepogody – mówi Majewski.
Rocznie muzeum odwiedza ok. 1,5 tys. osób. – To moja wielka fascynacja. Chciałbym tak rozwinąć działalność, by móc zatrudnić dwie dodatkowe osoby – mówi Majewski, który muzeum prowadzi jako jednoosobową działalność gospodarczą i zamyka je na od grudnia do kwietnia.
Jedno mu nie wystarczyło, więc obok otworzył drugie – Muzeum Pijaństwa – które tworzy kolekcja ok. tysiąca – w tym 20 zabytkowych – butelek po alkoholach. W kompletowanie kolekcji także włączyło się wielu ludzi.
– Jakiś lekarz dał mi butelkę w kształcie szabli, ktoś inny znalazł w puławskim Liceum im. Czartoryskiego na strychu butelkę po starym francuskim koniaku – opowiada Majewski. – Dziś butelki przyjeżdżają do mnie z całego świata. Mam np. butelkę w kształcie jednego euro, z Austrii, gdzie przed przyjęciem euro sprzedawano przez chwilę właśnie takie.
Współpracuje z Lokalną Grupą Działania (LGD) Zielony Pierścień w Nałęczowie, w 2007 r. wystarał się o unijną dotację na swoje muzeum rowerów.
– Dostałem z UE 20 tys. na zakup materiałów koniecznych do zrobienia zadaszenia i powiększenia okien. Drugie tyle dołożyłem ze swojej odprawy emerytalnej. Prezes LGD mnie namawia, żeby znowu złożyć, bo jest transza środków na takie małe projekty warte po kilka tysięcy złotych – mówi Majewski.
Gdyby miał więcej pieniędzy, dokupowałby do zbioru rowery produkowane dziś przez firmy nie do użytku masowego, ale w ramach eksperymentów. – Jest np. taki rower gąsienicowy z napędem do jeżdżenia po śniegu – mówi.
[srodtytul]Wielcy też to mają [/srodtytul]
Małe tematyczne muzea miewają też wielkie firmy. Ale traktują je najczęściej jako realizację firmowej misji. Kompania Piwowarska
– największy gracz na polskim rynku piwa, do której należy marka Tyskie – ma np. od sześciu lat Tyskie Browarium. Można tam dowiedzieć się więcej o historii browarów i piwa oraz prześledzić proces warzenia tego napoju.
– Rocznie odwiedza je 45 tys. ludzi. Weszło już do koszyka atrakcji turystycznych na Śląsku. Dotąd nie pobieraliśmy opłat za wstęp, ale niedawno to zmieniliśmy, bo doszliśmy do wniosku, że ludzie jednak bardziej szanują to, za co płacą – podkreśla Paweł Kwiatkowski, rzecznik Kompanii.
Przyznaje, że firma na przedsięwzięciu nie zarabia i raczej nie zamierza. Nie planuje też ubiegania się o państwowe dotacje. – Traktujemy je jako koszt i wkład w działanie na rzecz ugruntowania tradycji piwa w Polsce – mówi Kwiatkowski.
Muzeum Browaru w Żywcu ma też numer 2 na rynku piwa, grupa Żywiec.
Niedawno plany otworzenia muzeum ogłosił Narodowy Bank Polski. Bank ma stałą wystawę numizmatyczną, ale do końca 2012 r. chce ruszyć z Centrum Pieniądza, gdzie m.in. będzie można zobaczyć, jak powstają banknoty i monety.

POLECAMY

KOMENTARZE