Ziemianie wracają do Polski, bo mają misję

aktualizacja: 15.11.2010, 20:13
Jerzy Mańkowski w należącym przez lata do rodziny pałacu w Brodnicy za...
Jerzy Mańkowski w należącym przez lata do rodziny pałacu w Brodnicy założył hotel
Foto: Fotorzepa, Bartosz Jankowski

Skup mleka, prowadzenie hotelu, centrum hippiki – tym zajmują się potomkowie ziemiańskich rodów

Co mają wspólnego Aleksander Kuczyński, "rozkosznik, polowania i karty namiętnie a buteleczkę z większym pomiarkowaniem niż antenaty miłujący", i Beata Ostrowska-Harris handlująca w Anglii antykami? Oprócz genów – Ostrowska-Harris jest prawnuczką Kuczyńskiego – zamiłowanie do gospodarstwa. A ich gospodarstwo to Korczew, majątek na Podlasiu.
Ostrowska opuściła Polskę jako dziecko po wybuchu wojny. Jej ojciec Aleksander odpowiadał za wywóz z kraju państwowych zasobów złota, potem był w rządzie emigracyjnym. Córka mieszkała w Londynie, tam wyszła za mąż za Anglika.
[srodtytul]Perła odzyskuje blask [/srodtytul]
Przez cały okres PRL do Polski przyjechała tylko raz – w 1985 roku, by pochować prochy ojca zgodnie z jego wolą na korczewskim cmentarzu. Jednak gdy nadszedł rok 1989, ze starszą siostrą Renatą postanowiły, że wracają na dobre.
– Korczew stale był obecny w naszym życiu. Słyszałam o nim od rodziców i siostry – opowiada Ostrowska-Harris. Podjęła decyzję, by rodzinny majątek odkupić od gminy – za symboliczną złotówkę. Mury bez okien, powyrywane podłogi, w sali balowej latami przechowywano nawozy.
– Dlaczego wróciłam? Jest takie angielskie powiedzenie: Dlaczego ludzie wchodzą na góry? Bo one są – mówi Ostrowska-Harris.
Korczew w XIX w. był nazywany perłą Podlasia. Aleksander Kuczyński, w powstaniu listopadowym członek sztabu generała Chłopickiego, cieszył się opinią świetnego gospodarza. Uwielbiał polowania, znał się na koniach. Założył stadninę arabów, współtworzył Towarzystwo Wyścigów Konnych na warszawskim Służewcu. Za jego czasów Korczew zatrudniał liczącą 12 osób orkiestrę.
Do małżonki Aleksandra Joanny listy pisał Cyprian Kamil Norwid. Wnuk Kuczyńskich Aleksander Ostrowski z podróży po świecie przywoził okazy egotycznych drzew i zwierząt. W pobliskim Bartkowie wybudował gorzelnię, a w samym majątku wymurował stodoły i obory. Pracownikom postawił czworaki. Po czasach świetności Korczewa wśród ludzi została dobra pamięć o Ostrowskich.
Podniesienie Korczewa z ruin wymagało wielkich inwestycji. – Ogarnęło nas przerażenie – opowiada Ostrowska-Harris.
Trwała recesja, ludzie nie kupowali antyków, a na rynku reklamy, w której pracował jej mąż, trwał zastój. Spróbowali zarobić na samym Korczewie.
Ktoś podpowiedział, że opłacalne jest przetwórstwo mleka. Jednak przekonali się, że na konkurowanie z wielkimi mleczarniami nie mają szans. Na szczęście okazało się, że dochody można mieć ze skupu i odprowadzania produktu do dużej mleczarni. – To do dziś nasze główne źródło utrzymania – mówi Ostrowska-Harris.
Jest sprawną bizneswoman. Dziś, po 20 latach, pałac w Korczewie tętni życiem. Można go zwiedzać, organizowane są w nim konferencje. W wyremontowanej baszcie gospodarze oferują noclegi. Na placu przed budynkiem i w parku odbywają się występy artystów, pokazy lepienia garnków i cieszące się już międzynarodową renomą wyścigi psów.
W odkupionym i wyremontowanym folwarku Ostrowska-Harris otwiera właśnie dom weselny na 300 osób. Stąd już tylko krok do własnej orkiestry, z której przed laty słynął Korczew.
[srodtytul]Nie wszyscy powymierali [/srodtytul]
– Przed wojną ziemianie byli siłą gospodarczą, teraz też trzeba dać im szansę – mówi Jerzy Mańkowski, prezes Polskiego Towarzystwa Ziemiańskiego. Organizacja w listopadzie świętuje 20-lecie.
Mańkowski od lat przekonuje, by to, co dobre w tradycji, przystosować do nowych czasów. – Trzeba pokonywać trudności i budować nowy świat, opierając się na wartościach, które wyznaje ziemiaństwo – podkreśla.
Sam jest najlepszym tego przykładem. Do Polski wrócił w roku 1992. Z Afryki. Pewnego dnia przeczytał w gazecie, że Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa wystawia na sprzedaż jego rodzinny pałac w Brodnicy. W urzędzie ze zdumieniem dowiedział się, że spadkobiercy właścicieli powymierali. – Ponieważ jednak żyłem, złożyłem wniosek o zablokowanie sprzedaży – opowiada.
Nie miał wtedy ani pieniędzy na wykup, ani pomysłu, co miałby z Brodnicą zrobić. Pracował dla belgijskiej korporacji, zakładał spółki zajmujące się ochroną środowiska i energetyką. Po sześciu latach, gdy udało mu się uporządkować sprawy prawne Brodnicy, a mieszkającym w niej ludziom znaleźć lokale zastępcze, sprzedał swoje udziały w spółkach holdingowi. Dzięki temu miał pieniądze, by Brodnicę odkupić, i czas, żeby zająć się jej renowacją. – Pomogli mi ludzie z okolicy – przyznaje. To oni polecali fachowców, wykonywali niektóre prace.
Mańkowski wyszedł z założenia, że w Polsce – podobnie jak na Zachodzie – jest miejsce dla turystyki kameralnej. Stworzył hotel z tradycjami, w którym pan domu wita gości i sam poleca wina z piwniczki oraz dania z kuchni. Brodnicę zgłosił do prestiżowej sieci francuskich hoteli. Ta uznała, że hotelik spełnia wymogi i wciągnęła go na swoją listę rekomendowanych pensjonatów.
Wystrój łączy nowe ze starym, swojskie z egzotycznym. Jest miejsce i na nastrojowy kominek, i na siłownię. Na bibliotekę i biznes center, piwniczkę z winami i klub jazzowy. A pamiątki z Afryki dyskretnie przypominają o trudnej historii. O tym, że gospodarz wiele lat spędził nie w polskim dworku, ale na innym kontynencie.
[srodtytul]Wskrzesić sumienność[/srodtytul]
Po 1990 r. wielu ziemian i ich potomków wracało do Polski z poczucia misji. Wśród nich Antoni Chłapowski. – Uważałem, że moim obowiązkiem jest pomóc w przekształceniach. Chciałem zrobić coś dobrego dla dzieci i polskiego jeździectwa – tłumaczy potomek generała Dezyderego Chłapowskiego.
Do Szwecji wyjechał jako młody chłopak w 1966 roku. Był kierowcą rajdowym, w formule Ford zdobył tytuł mistrza Danii, wicemistrza Szwecji i wreszcie w 1972 roku drugą lokatę w finałach mistrzostw świata.
A potem przesiadł się na konie, bo – jak tłumaczy – samochody można lubić, ale konie trzeba kochać. Po skończeniu renomowanej szkoły jeździeckiej w Szwecji reprezentował ten kraj na zawodach międzynarodowych. Przez wiele lat pracował jako trener w najlepszych stadninach Europy.
Jednak decyzja o przyjeździe do Polski była oczywista. W Jaszkowie, rodzinnym majątku, przy wejściu do domu umieścił słowa modlitwy: "Boże, daj zapał i siłę do pracy. Uwolnij mnie od lenistwa i bezmyślności, bo one rodzą zło i nieszczęście. Oddal oschłość, obojętność, zmęczenie. Wskrześ sumienność, odpowiedzialność, zapał, bo one dają radość, siłę i zapał do dalszego działania". I przystąpił do realizacji nowego pomysłu na życie: stworzenia centrum hippiki, w którym dzieci będą się uczyć jazdy konnej. Rozsypujące się obory zamienił w stajnie i sprowadził do Jaszkowa kucyki pony. W myśl zasady dopasowania konia do wzrostu jeźdźca.
Przez Jaszkowo przewinęły się tysiące dzieci i młodzieży. W stajniach stoi dziś ponad 200 koni. Oprócz szkoleń i treningów odbywają się zawody jeździeckie, w tym w randze międzynarodowej. W czasie lata młodzież przyjeżdża tu na obozy.
– Sztuka jeździecka jest jak narkotyk, człowiek się od niej uzależnia. Jeśli daje się cel i pasję młodym ludziom, to ich życie jest wyprostowane. Jak jeździec na koniu – mówi Chłapowski.
[srodtytul]By ludzie mieli ambicje [/srodtytul]
Roman Żółtowski przyjeżdżał do Wargowa raz do roku już w latach 70. Tylko po to, by zobaczyć. A widział postępującą degradację. Tym większa była motywacja, by przywrócić temu miejscu dawną świetność. Wrócił z rodziną po 1989 roku.
– Decyzja była trudna – wspomina. On miał 58 lat, brat, siostra i szwagier byli po sześćdziesiątce. Przeprowadzka do Polski oznaczała konieczność przystosowania się do całkiem innych warunków życia.
By odkupić Wargowo, rodzeństwo sprzedało w Londynie swoje domy. – Chodziło o to, by ocalić to miejsce – wyjaśnia Roman Żółtowski.
W Wargowo włożyli większość oszczędności życia. I ciągle borykają się z problemami. Największym są koszty utrzymania zabytkowego pałacu i parku. Dom jest ogrzewany olejem, bo na gaz nie zgodził się konserwator zabytków. Zieleń w parku wymaga regularnej przecinki.
A jednak w tym miejscu czuje się szczęśliwy. Gdy siada w pokoju pełnym książek, często myśli o tym, jak wyglądałoby ich życie, gdyby nie wojna i komunizm. – Poznałbym wtedy ojca, którego prawie nie pamiętam, bo w 1941 roku zamęczyło do NKWD – zastanawia się Roman Żółtowski. – Zmiany własnościowe i tak by nastąpiły. Większość gospodarstw pewnie by bankrutowała. Ale nie byłoby jednak takiej gloryfikacji złych manier. Marzę o tym, żeby ludzie byli wykształceni. I mieli ambicję, by coś w życiu zrobić.

POLECAMY

KOMENTARZE