Szkoły dzieci sukcesu

aktualizacja: 13.11.2010, 15:57
Platerki
Platerki
Foto: materiały prasowe

W najdroższych prywatnych szkołach w Polsce kosztowna edukacja ma zapewnić dzieciom powodzenie w życiu. Na razie jest potwierdzeniem sukcesu finansowego ich rodziców

Gucci School – tak o amerykańskiej szkole w Konstancinie mówią czasem pracujący w Polsce cudzoziemcy. Nic dziwnego, bo American School of Warsaw zbudowana w najdroższej z podwarszawskich gmin ma opinię jednej z najbardziej elitarnych i snobistycznych prywatnych szkół w Polsce. Obok dzieci dyplomatów i szefów spółek globalnych firm uczą się tu dzieci telewizyjnych celebrytów i znanych biznesmenów, których stać na czesne sięgające w zależności od klasy 50 – 60 tys. zł rocznie (najwięcej kosztuje nauka nastolatka w high school).
Jednak w piątkowe przedpołudnie, gdy wraz z Tonym Gerliczem, dyrektorem ASW, zaglądamy do kameralnych sal lekcyjnych, określenie Gucci School wydaje się trochę na wyrost. Uczniowie siedzący przy szkolnych laptopach, które zastępują tu zeszyty, ubrani są podobnie jak ich rówieśnicy z publicznych szkół. Choć może w publicznym liceum uczennice nie noszą książek w torbie Louis Vuitton, jak dziewczyna, którą mijamy na korytarzu high school.
[srodtytul]Odbicie koniunktury[/srodtytul]
Rodzice szukający w Polsce elitarnych szkół mają największy wybór w Warszawie, gdzie obok kilku najbardziej snobistycznych międzynarodowych placówek jest kilkanaście dobrze notowanych szkół społecznych i prywatnych, w tym kilka wyznaniowych. Nic dziwnego, bo właśnie w stolicy jest najwięcej potencjalnych klientów drogich szkół – obok placówek dyplomatycznych są siedziby większości spółek globalnych koncernów, banków i firm doradczych, których menedżerów stać na taki wydatek.
Thomas Kolaja, amerykański biznesmen z polskimi korzeniami, który wraz z żoną Amerykanką mieszka od 20 lat w Polsce i jest członkiem rady nadzorczej ASW, uważa, że międzynarodowe szkoły to naturalny wybór dla rodziców, którzy podróżują po świecie, przeprowadzając się co kilka lat z kraju do kraju, ale chcą, by dzieci utrzymały ciągłość edukacji.
Według niego w strukturze polskich uczniów ASW sporo zmieniło się od połowy lat 90. XX w., gdy posyłało tam swe dzieci wielu biznesmenów z listy najbogatszych Polaków. Dziś wielu rodziców to rodzimi menedżerowie z międzynarodowych korporacji i banków i firm doradczych, którzy częste podróże mają wpisane w karierę zawodową. Jest trochę dzieci polskich dyplomatów, no i celebrytów. – Dzieci bardzo bogatych i znanych ludzi w zwykłej szkole byłyby wyróżniane i wzbudzałyby zainteresowanie. Tu, gdzie większość nauczycieli i spora część kolegów nie zna ich rodziców, mają szansę na normalną naukę – uważa Thomas Kolaja, wspominając jedną ze szkolnych imprez, gdzie amerykańskie dziecko uprzejmie zapytało Polaka z pierwszych stron gazet, gdzie pracuje.
– W naszej szkole świetnie widać kondycję polskiej gospodarki – jej rozwój przekłada się na wzrost społeczności międzynarodowej w Warszawie – mówi Tony Gerlicz. – W zeszłym roku odczuliśmy spowolnienie, ale bardzo niewielkie – dodaje.
Międzynarodowe szkoły anglojęzyczne tworzą cenowy i snobistyczny top prywatnej edukacji w stolicy, a rodzice mogą wybierać między brytyjską tradycją (obowiązkowe mundurki), amerykańskim luzem albo połączeniem angielskiej szkoły z polską.
Tę pierwszą reprezentuje The British School, gdzie obowiązuje także brytyjski program i system nauczania, a więc Primary Classes dla dzieci w wieku od siedmiu do dziesięciu lat, Secondary Classes (wiek 11–15 lat i program przygotowujący do międzynarodowej matury, czyli IB Diploma Programme (wiek16–18). Oczywiście po angielsku. Uczniowie mają cztery godziny polskiego i literatury, przy czym na dwa lata przed maturą mogą z nich zrezygnować.
Większość nauczycieli to cudzoziemcy, którzy stanowią też ponad połowę z 780 osób uczniów szkoły – w sumie jest tu 55 różnych narodowości. Ta różnorodność uważana jest, poza wysokim poziomem nauczania, za jeden z najważniejszych atutów The British School, gdzie roczne czesne wynosi w zależności od wieku uczniów od 52,7 tys. zł do 62,2 tys. zł (88 proc. absolwentów studiuje na renomowanych angielskich uniwersytetach, 10 proc. w innych krajach, 2 proc. wybiera studia w Polsce).
[srodtytul]Piątka dyrektora[/srodtytul]
Amerykańskie podejście oferuje American School of Warsaw. Założona jeszcze w 1953 r. przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych (i w czasach PRL niedostępna dla Polaków) od początku realizuje amerykański program nauczania, według amerykańskiej metodyki i amerykańskiego systemu edukacji. Kształci dzieci, począwszy od przedszkola, przez elementary (podstawówkę) middle school (mniej więcej odpowiednik gimnazjum) i high school.
Wszystko po angielsku, tym bardziej że większość z ok. 120 nauczycieli przyjechała z USA lub innych anglojęzycznych krajów i nie mówi po polsku. Angielski panuje też na korytarzach ASW, gdzie uczy się ok. 900 uczniów reprezentujących ponad 50 różnych narodowości. – To międzynarodowa szkoła, która kończy się międzynarodową maturą. Zdecydowana większość naszych absolwentów studiuje na zagranicznych uczelniach, najczęściej w USA, Kanadzie i Wielkiej Brytanii – wyjaśnia dyrektor ASW Tony Gerlicz.
W utrzymaniu międzynarodowego charakteru ASW pomaga zasada, że w klasie nie może być więcej niż jedna czwarta uczniów jednej narodowości. Polacy, którzy stanowią ok. 25 proc. uczniów, nie przerabiają tu programu polskiej szkoły, ale mogą chodzić na zajęcia z polskiego oraz historii i kultury Polski. Mogą, ale nie muszą, więc część rodziców poprzestaje na międzynarodowym programie. I chwali sobie wysoki poziom szkoły i amerykański model edukacji, w którym – jak podkreśla Tony Gerlicz – dba się o ucznia jako o całość. Nie tylko o jego wiedzę akademicką, ale i sposób myślenia, etykę, no i kondycję sportową, co widać po kampusie wyposażonym w boiska, dwie duże sale sportowe i basen.
– Amerykańskie podejście pomaga rozwinąć talenty i jest przyjazne uczniom. Tu nikt nie zawstydza dzieci, które uczy się tolerancji dla innych – mówi Thomas Kolaja, którego dwójka dzieci od pięciu lat uczy się w ASW. To amerykańskie podejście widać, gdy z Tonym Gerliczem zaglądamy do klas. Uczniowie nie zrywają się na widok dyrektora na równe nogi (co jest normą w polskich szkołach). Gdy przechodzimy na sali gimnastycznej obok grupki uczniów szykujących się do meczu, dyrektor pozdrawia chłopaków po imieniu i przybija piątkę.
[srodtytul]Droga w wielki świat[/srodtytul]
Ta szkoła to trochę inny świat. Ma przygotować dzieci do międzynarodowej kariery, którą często robią ich rodzice, pracując w globalnych firmach albo prowadząc interesy na całym świecie – mówi Thomas Kolaja.
Ma ją też ułatwić działająca od ośmiu lat International European School w warszawskim Wilanowie. Językiem wykładowym jest angielski, uczniowie na koniec zdają międzynarodową maturę (IB Diploma Programme), ale równolegle z programem brytyjskim szkoła realizuje też polski program nauczania. Część zajęć, czyli polski, historia Polski, religia i przyroda jest po polsku, inne – w tym matematyka i geografia, po angielsku. – Podoba mi się, że szkoła jest nieduża, uczy się tu w sumie niespełna 300 osób, w tym przedszkolaki, i wszyscy się znają, a czesne zawiera posiłki i opłatę za busa, który przyjeżdża po dziecko pod dom – opowiada mama jednej z uczennic gimnazjum. Cieszy się, że córka świetnie zna angielski, ma jednak zastrzeżenia co do poziomu nauczania innych przedmiotów.
— Już w III klasie szkoły podstawowej było jej obojętne, czy czyta do poduszki książkę po polsku, czy po angielsku. Szkoda jednak, że dzieci tu słabo zdają np. tzw. testy wałbrzyskie — mówi.
Wątpliwości co do poziomu nauczania nie mają rodzice dzieci z Lycee Francais de Varsovie, szkoły działającej przy Ambasadzie Francji. Uczęszczają tam głównie dzieci osób związanych z tym krajem. Od przedszkolaków do maturzystów. Wśród ok. 700 uczniów prawie jedna trzecia to Polacy. Atutem jest czesne – niższe niż w szkołach amerykańskiej i brytyjskiej. Rok nauki w podstawówce kosztuje tu 16 tys. zł, w gimnazjum ok. 23 tys. zł, w liceum 23,6 tys. Szkoła, z akredytacją francuskiego Ministerstwa Edukacji, realizuje francuski program nauczania i kończy się międzynarodową maturą, ale polskie dzieci mają dodatkowo zajęcia z polskiego (w szkole podstawowej są obowiązkowe dla wszystkich).
– Podoba mi się, że szkoła jest spokojna, nie ma szpanowania, choćby komórkami – mówi Małgorzata Orzechowska, żona polskiego dyplomaty, która spędziła kilka lat za granicą. Po powrocie wybrali dla syna, a potem dla córki Lycee Francais. – Uznaliśmy, że międzynarodowa edukacja jest bardziej przyszłościowa, a francuska szkoła ma tu dobre tradycje. Ma profesjonalnych nauczycieli, a dzieci uczą się w wielokulturowym środowisku – wyjaśnia.
Słysząc narzekania znajomych na krajowe szkoły, przekonuje się, że decyzja była słuszna (niedawno znajoma postraszyła swą córkę, że jak będzie niegrzeczna, to ją przeniesie do polskiej szkoły).
[srodtytul]Płacę i wymagam[/srodtytul]
Rodzice przyznają, że w międzynarodowych szkołach problemem jest rotacja – większość uczniów pochodzi z podróżujących rodzin, więc dziecko często co roku jest wśród nowych kolegów. A nauczyciele też często przyjeżdżają na dwu-, trzyletnie kontrakty.
Duża rotacja to zresztą problem większości szkół prywatnych i społecznych. Rodzice mają duże wymagania i często przenoszą dzieci w poszukiwaniu lepszej oferty, nauczyciele nie wytrzymują presji rodziców, którzy często dzisiaj reprezentują postawę: płacę, to wymagam, i czasem nie przebierają w słowach, by przeforsować swe wizje.
Modne dzisiaj ukierunkowanie na indywidualizm i priorytetowe traktowanie jednostki oraz przewrażliwienie rodziców na temat swoich dzieci powodują, że dziecko w elitarnej szkole może wyrosnąć na świetnie wykształconego egocentryka. Jednak niektóre szkoły na budowaniu społeczności i działalności dla innych oparły swoją wyjątkowość. Tak było w przypadku Zespołu Szkół Bednarska, która ma najdłuższą historię wśród szkół społecznych i modnych w Warszawie. Wymyślona na opozycji wobec siermiężnego rygoru PRL-owskiej edukacji kładła nacisk na samodzielność myślenia, pracę indywidualną dzieci, otwartość na innych i bezpośrednie, wręcz przyjacielskie relacje z nauczycielami. W pierwszych latach swojego istnienia skupiała środowisko dzieci warszawskiej opozycyjnej inteligencji, artystów. Przyciągała młodzież, bo reprezentowała alternatywne spojrzenie na kształcenie, była buntem samym w sobie.
„Uczeń z Bednarskiej” znaczyło tyle, co wolny i bardzo inteligentny członek elity idący własną drogą z wewnętrzną motywacją do własnej pracy. Ta dezynwoltura z biegiem czasu stała się stylem dla stylu. Idee szkoły – praca dla innych – stały się dla wielu programowym obowiązkiem. Jednak w szkole jest wielu nieprzeciętnych nauczycieli, z misją. – Jeśli tylko uczeń wyraża chęć do pracy, są gotowi zrobić wiele więcej niż przeciętni, których spotykałam na różnych etapach edukacji trójki moich dzieci. Potrafią zarażać pasją do dziedziny, którą się zajmują, i po prostu lubią młodzież – mówi jedna z matek. I dodaje, że mimo statutowych założeń tolerancji, szkole nadają dziś ton dzieci ze środowiska tzw. lewicy laickiej, z polskich rodzin o żydowskich korzeniach. Dzieci z rodzin katolickich czują się tam odosobnione.
[srodtytul]Nauka z tradycją[/srodtytul]
Ich rodzice często wybierają więc szkoły związane z tradycją katolicką, zwykle wyraźnie tańsze od reszty prywatnych szkół. W tzw. Platerkach, czyli w żeńskim gimnazjum i liceum im. Cecylii Plater-Zyberkówny, czesne za rok nauki nie przekracza 10 tys. zł, a w tym jest zwiększona liczba zajęć z języków obcych i innych przedmiotów oraz tutoring i nauka w kilkunastoosobowych klasach. Artur Górecki, dyrektor liceum, którego początki sięgają XIX w., podkreśla, że szkoła jest wierna tradycji, której częścią jest katolicka formacja religijna i duchowa. Co prawda uczennice nie muszą być katoliczkami, ale mają obowiązkową religię i wspólną modlitwę. Dla wielu rodziców liczy się też chlubna tradycja szkoły, do której chodziły przed laty babcie dzisiejszych uczennic. Stąd w Platerkach uczy się sporo dzieci związanych ze środowiskiem ziemiańskim oraz wspólnotami działającymi w Kościele.
Na tradycyjne wartości stawia też Katolicka Szkoła Przymierza Rodzin powstała dzięki determinacji prezes Izabeli Dzieduszyckiej i hojności środowiska Przymierza Rodzin, KIK, biznesmenów i polityków o poglądach konserwatywnych. Jedną z głównych fundatorek była mieszkająca na emigracji zmarła niedawno Elżbieta Rufener Sapieha. Szkoła była pierwszą ofertą jednoczącą środowisko dawnego ziemiaństwa, dzieci osób powracających z emigracji, wnuków przedwojennej patriotycznej inteligencji.
Przedstawiciele tego środowiska chętnie wybierają też dobrze notowane w rankingach szkoły, które otwiera i nadzoruje Stowarzyszenie STERNIK (wspierane jest przez Opus Dei). Podstawówki i gimnazja są niekoedukacyjne, dzieci chodzą do nich w mundurkach, obowiązują je tarcze szkolne. Ze znanych to Strumienie w Józefowie – szkoła podstawowa i gimnazjum dla dziewcząt, Żagle w Międzylesiu – podstawówka i gimnazjum dla chłopców, Promienie w Nadarzynie (szkoła podstawowa dla dziewcząt) i Azymut w Pruszkowie (szkoła podstawowa dla chłopców).
Wysokość czesnego uwarunkowana jest sytuacją materialną rodziców. Nauczycielem religii i koordynatorem zespołu klas 0-III w szkole dla chłopców w Międzylesiu jest Piotr Giertych, brat Romana Giertycha. Do szkoły dla dziewcząt uczęszcza córka byłego ministra edukacji.
Szkoły stowarzyszenia mają dobrą opinię i są wybierane przez wysokich urzędników państwowych dla swoich dzieci.
[srodtytul]Autorski pomysł [/srodtytul]
Dla rodziców szukających oryginalnych pomysłów na edukację są szkoły autorskie. Takie jak warszawska Szkoła Podstawowa Montessori przy Łazienkach, o której mówi się, że to szkoła dzieci prawników i prezesów.
– Szkoła powstała z inicjatywy rodziców – powiedziała nam Małgorzta Tarnowska, jej dyrektor. – Od 12 lat prowadzę metodą Marii Montessori przedszkole. Sprawdziła się na tyle, że zadowoleni rodzice naciskali, by kontynuować taką edukację.
Tak powstała przed sześciu laty podstawówka. Realizowany jest polski program plus zajęcia dodatkowe w języku angielskim (po angielsku rozmawia się także podczas zajęć i zabaw ruchowych). Po dzieciach, które muszą nosić mundurki, nie widać statusu rodziców. Widać go po samochodach rano. Środowisko definiuje bardzo wysokie czesne, 40 tys. zł za rok.
Dzieci po szkołach Montessori mogą wydawać się rozbisurmanione. Są nauczone asertywności. Gdy dziecko ma uwagi, może iść do dyrektora i porozmawiać. Więcej dyscypliny obowiązuje rodziców. – Rodzice muszą się stosować do jasno określonych zasad – mówi jedna z matek. Ze szkoły musiały odejść dzieci jednego z ekscentrycznych biznesmenów, a także modelki, ponieważ, według plotek, rodzice nie stosowali się do reguł, m.in. punktualności.
W tej szkole wystąpiło niezwykłe zjawisko. Na jednym z poziomów klas jest tylko jeden uczeń. Właściwie ma lekcje prywatne. Problemem może być dla takiego ucznia umiejętność nawiązania relacji, ale… – Tego się nie obawiam, syn chodzi na wiele zajęć z innymi klasami. Brak doświadczeń społecznych ma w jego przypadku inny wyraz. On nawet nie wie, że można nie odrobić lekcji, ściemniać i lawirować – mówi jego mama, Anna Zatońska.
[srodtytul]Presja na wynik[/srodtytul]
Winnych miastach, gdzie nie ma tak dużego wyboru prywatnych szkół, rodzice częściej snobują się na poziom nauczania. – Wśród nauczycieli i rodziców moich uczniów za najbardziej prestiżowe są uważane katolickie gimnazjum i liceum Zakonu Pijarów oraz szkoła Społecznego Towarzystwa Oświatowego przy Stradomskiej – mówi Halina Klisiewicz, nauczycielka z Krakowa.
Niektórzy zamożni rodzice posyłają swe dzieci do The International School of Krakow, która, podobnie jak ASW, oferuje międzynarodową edukację według amerykańskiego systemu.
W Poznaniu szkołą uważaną za prestiżową i snobistyczną jest I Prywatne Liceum Ogólnokształcące przy ul.
Dąbrowskiego. W zasadzie to zespół szkół: Anglojęzyczne Gimnazjum Prywatne, Anglojęzyczne Liceum Ogólnokształcące, I Prywatne Liceum Ogólnokształcące – IB School No 1002. W porównaniu z prywatnymi szkołami w stolicy czesne jest umiarkowane – wynosi 11,5 tys. rocznie. Placówka od kilku lat wygrywa w rankingach poznańskich szkół.
– Nie można mieć tu żadnych zarzutów w kwestii jakości kształcenia, inaczej jednak ma się atmosfera i komfort dorastania w tej placówce – mówi „Rz” Małgorzata Tatała, której dwóch synów uczyło się w poznańskiej szkole. – Szkoła kładzie tak ogromny nacisk na to, by utrzymać się na czele rankingów szkolnych, że część uczniów nie wytrzymuje presji. Mają być po prostu najlepsi, a średnia poniżej 4,0 jest bardzo źle widziana – wspomina. - Do tego straszny woźny! Do dziś go synowie wspominają. Stosował tzw. godzinki – za każde przewinienie, grę w karty podczas przerwy dziecko musiało przyjeżdżać przed lekcjami, np. na godzinę 6 rano, by odśnieżać, odklejać gumy do żucia spod blatów, lub myć toalety.
[i]współpraca: Katarzyna Jaruzelska-Kastory[/i]

POLECAMY

KOMENTARZE