Skrzypczak: Klich w Afganistanie ośmiesza wojsko

aktualizacja: 13.10.2010, 13:02
Waldemar Skrzypczak
Waldemar Skrzypczak
Foto: Fotorzepa, Bartosz Siedlik

Prowincja Ghazni stała się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w Afganistanie, bo nie potrafiliśmy nad nią zapanować – mówi Waldemar Skrzypczak, były dowódca Wojsk Lądowych, Pawłowi Reszce i Michałowi Majewskiemu

Prawie tysiąc amerykańskich żołnierzy ma przejąć od Polaków trzy bazy wojskowe w afgańskiej prowincji Ghazni. Nasze oddziały skupią się teraz na ochronie jedynej w kraju autostrady, ciężar zaś walki z talibami w prowincji wezmą na siebie siły USA.
[b]Rz: Jak pan ocenia decyzję o wycofaniu polskich sił z większej części prowincji Ghazni?[/b]
Decyzja jest uzasadniona. Od początku nie mieliśmy tyle sił, by kontrolować tę prowincję. Nie trzeba było brać za nią odpowiedzialności. To był wielki błąd. Każdy średnio wykształcony wojskowy zdawał sobie sprawę, że do Ghazni nie trzeba się pchać.
[b]Gdy przejmowaliśmy Ghazni, szef MON Bogdan Klich argumentował, że siły skupione w jednej prowincji będą skuteczniejsze, a polska flaga będzie bardziej widoczna.[/b]
Ministrowi Klichowi się akurat nie dziwię, bo on nie ma w ogóle pojęcia o wojsku. Dziwię się wojskowym, którzy mu doradzali. Jak mogli nie przewidzieć rozwoju wypadków w Ghazni?
Dowódcy mieli obowiązek ocenić sytuację i odwieźć ministra od posłania tam wojsk. Nie zrobili jednak analizy operacyjnej.
Powstał chaos, bo ci, którzy podejmowali decyzje, nie mieli kompetencji.
[b]Ci, którzy podejmowali decyzje? Czyli kto?[/b]
Minister Klich i jego otoczenie.
[b]Chwileczkę, kiedy w październiku 2008 roku przejmowaliśmy Ghazni, był pan dowódcą Wojsk Lądowych.
To panu podlegał kontyngent w Afganistanie. Zwracał pan Klichowi uwagę, że misja jest niewykonalna?[/b]
Zwracałem, problem polegał na tym, że nikt mnie nie chciał słuchać.
Przedstawiałem wiele razy szefowi Sztabu Generalnego śp. Franciszkowi Gągorowi głębokie analizy, co trzeba w Afganistanie zrobić. Co się z tymi analizami stało? Nie wiem. Spędziłem w jego gabinecie wiele wieczorów na rozmowach o misji afgańskiej. Generał Gągor widział potrzebę bardziej racjonalnego działania, ale to było utrącane przez decyzje polityków. Nie zgadzałem się z tym wszystkim i po śmierci kapitana Daniela Ambrozińskiego udzieliłem wam wywiadu, po którym zrzuciłem mundur.
[b]Minister Klich był przekonany o słuszności decyzji. Mówił, że w 2013 roku Ghazni stanie się „kulturalną stolicą świata islamu”, szefa BBN, nieżyjącego już Aleksandra Szczygłę oskarżał o „nieznajomość elementarnej sztuki wojennej” w odpowiedzi na wątpliwości w sprawie objęcia prowincji.[/b]
Mówienie o Ghazni jako kulturalnej stolicy to jakiś obłąkańczy pomysł. A Aleksander Szczygło też nie miał przygotowania wojskowego, ale słuchał lepszych doradców.
[b]Kiedy przejmowaliśmy prowincję, mieliśmy 1600 żołnierzy. Wojskowi wiedzieli, że to za mało?[/b]
Tak, liczba została zwiększona jeszcze o 1000 osób, ale było jasne, że do opanowania tak dużego terenu, porównywalnego do województwa wielkopolskiego, to nie wystarczy. Żeby zapewnić spokój w Ghazni, powinniśmy mieć silne oddziały praktycznie w każdej części prowincji.
[b]Ilu żołnierzy?[/b]
Rok temu mówiłem, że nie mniej niż 4 tysiące, nie więcej niż 6 tysięcy. Tego się trzymam. Prawda jest też taka, że Polskę stać na taki wysiłek, ale w krótkim okresie. Dalibyśmy radę przez rok, półtora. Jeśli trzeba byłoby siedzieć dłużej, nie mielibyśmy wojska do kolejnych zmian.
[b]Jak wyglądała misja, skoro brakowało ludzi?[/b]
Polegała na ciągłym przerzucaniu wojska w różne zagrożone rejony. Żołnierz pakował się, podróżował, rozpakowywał i znowu się pakował. Na dłuższą metę to nie miało sensu, bo w ten sposób można tylko zamęczyć ludzi. Wojsko było dobre, robiło, co się dało, ale żołnierze nie mogli się rozdwoić i być wszędzie. W rezultacie efektywność operacyjna była znikoma i nie wynikało to z winy żołnierzy czy dowódców.
[b]Ghazni jest prowincją niebezpieczną?[/b]
Na mapach sojuszników jest oznaczana kolorem czerwonym, który mówi o najwyższym poziomie zagrożenia.
[b]A przed naszym przyjściem?[/b]
Zagrożenie było mniejsze. Kolor żółty.
[b]Wynika to z tego, że sobie nie poradziliśmy, czy z tego, że talibowie zostali przepędzeni z innych prowincji i zakotwiczyli się w Ghazni?[/b]
Znaleźli sobie w Ghazni miejsca, w których mogą czuć się bezpieczni. Powtarzam, nasze siły były za małe, żeby to wszystko ogarnąć. Teraz Amerykanie wejdą z tysiącosobowym kontyngentem na południe, które jest najbardziej niestabilne. Może to uspokoi sytuację.
[b]Podobno Polacy nadal będą dowodzić.[/b]
Mrzonka. Być może propagandowo będziemy dowodzić. Ale nigdy, powtarzam, nigdy Amerykanie nie oddadzą nam pod komendę tysiąca ludzi.
[b]To jaka będzie nasza rola?[/b]
Będziemy siedzieli w bazach i bez uzgodnienia z US Army nie będziemy mogli z nich wyjść. Będziemy musieli informować ich o swoich zamierzeniach, a oni się będą zgadzali albo nie.
[b]Sojusznicy chyba nie są zadowoleni?[/b]
Zachowaliśmy się jak kapryśna panienka, która co kilka miesięcy zmienia zdanie. Najpierw chcemy prowincji, chcemy trzymać wysoko flagę, potem się okazuje, że nie potrafimy. Co więcej, Ghazni stała się jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w Afganistanie, bo nie potrafiliśmy nad nią zapanować.
[b]Straciliśmy wiarygodność?[/b]
Ewidentnie. Przecież Amerykanie od nas nie wymagali przejęcia prowincji, to był nasz pomysł. OK, chcieliśmy, to nam dali, a teraz oni mają kłopot: muszą zebrać ludzi, przerzucić na nasz teren.
[b]Sojusznicy rozpatrują to tak jak my? Jako nieroztropność? Rzucanie słów na wiatr?[/b]
Sojusznicy są dyplomatami, więc nigdy nam oficjalnie tego nie powiedzą. W rozmowach kuluarowych przebija pretensja, że jesteśmy chimeryczni, że nie inaczej było w Iraku, też opuszczaliśmy poszczególne prowincje, bo sobie nie radziliśmy. W końcowej fazie byliśmy odpowiedzialni tylko za jedną. Dziś sytuacja się powtarza. Stajemy się mało wiarygodni i to nie z winy wojskowych, ale polityków.
[b]Żyjemy w micie, że Polacy w misjach wojskowych radzili sobie doskonale, niesłusznie?[/b]
Sojusznicy mają szacunek do naszego wojska, wątpię, czy mają szacunek do polityków, którzy mają dość zmienne nastroje i dziwne pomysły.
[b]Czy ofiary, które ponieśliśmy w Afganistanie, idą na marne?[/b]
Żołnierze wykonują rozkazy, tak jak na wojskowych przystało. Ale widzą, że strategia jest błędna. Bo zamiast koncentrować się na walce, muszą bez przerwy się pakować, rozpakowywać, przenosić się z miejsca na miejsce. Są zdziwieni niekonsekwencją polityków, a zwłaszcza ministra Klicha, który ośmiesza siebie i polską armię.
[b]Rozumiemy, że wycofanie się z Ghazni politycy mogą propagandowo sprzedawać jako sukces. Ale wojskowi są chyba zgodni, że to jest wywieszanie białej flagi?[/b]
Nie bardzo rozumiem, jak można tę porażkę przekuć w sukces. Nie da się ukryć kompromitacji. Powiem jeszcze jedną rzecz. My, podatnicy, ponosimy duże koszty finansowe obłędnych decyzji Bogdana Klicha. Za te przenosiny, wieczne manewry po Afganistanie płacimy. Czas zacząć rozliczać decydentów z wydatków.
[b]Na sprawę można spojrzeć z drugiej strony. Wzięliśmy pod skrzydła całą prowincję, robiliśmy to, na co było nas stać. Ale rebelianci są liczniejsi, bardziej hardzi, niż oceniano. Jest kryzys gospodarczy i nie możemy wysyłać na drugi koniec świata kolejnych setek żołnierzy. Na dodatek sondaże pokazują, że Polacy nie chcą tej wojny. Może dobrze, że Amerykanie zdejmą z nas część odpowiedzialności?[/b]
Misja afgańska nigdy nie miała poparcia polskiego społeczeństwa. Tu się nic się nie zmieniło. Kryzys? Przecież, kiedy braliśmy prowincję, już był kryzys. Po co były te szumne decyzje i wciąganie flagi jak najwyżej? Minister Klich i jego doradcy wykazali się brakiem myślenia strategicznego i operacyjnego. Nikt nie dokonuje analizy strategicznej tego, co się może zdarzyć. Wszystko stoi na głowie. Decyzje podejmują politycy, a wojskowi mają uzasadnić to, co politycy wymyślą. Do tego ogranicza się rola wojskowych. Nie ma żadnego kolegium dowódców, którzy doradzają, wykonują analizy, wyciągają wnioski.
[b]Pan odszedł, protestując także przeciw temu, że nasze wojsko w Afganistanie nie ma odpowiedniego sprzętu. Czy coś się zmieniło na lepsze?[/b]
Po moim odejściu w sierpniu 2009 r. deklaracje pana premiera i ministra obrony były wielkie. Ale na tym się skończyło. Bezzałogowych samolotów rozpoznania nie ma, śmigłowców nie ma, nie ma karabinów Dillona, o które toczyłem bój. Popłynęły rosomaki, ale tu decyzja była podjęta przeze mnie, jeszcze w styczniu 2009 roku. Jest propaganda sukcesu, ale nie zmienia to stanu rzeczy – sprzętu nadal nie ma. Pakiet afgański okazał się literacką fikcją.
[b]Czy minister Klich powinien odejść?[/b]
To jest decyzja w gestii premiera. Mnie się wydaje, że sytuacja dojrzała do rozstrzygnięć. Armia nie jest miejscem do zabaw. To jest poważna instytucja, która wykonuje daleko od granic niebezpieczną misję i reprezentuje Polskę. A minister Klich jest pacyfistą. Żartem można powiedzieć, że jego decyzje wynikają z przekonań. Po prostu rozbraja armię.
[b]W jakim stanie jest armia?[/b]
Jest w złej kondycji, w coraz gorszej kondycji. To, co słyszę od żołnierzy, to zgroza.
[b]W ostatnim czasie z wojska odchodzi sporo generałów.[/b]
Nie chcą brać odpowiedzialności za to, co politycy wyprawiają z armią. Mówiłem to już nad trumną kapitana Ambrozińskiego: „Zabrano nam kompetencje, zostawiono nam odpowiedzialność”. Nie chcą odpowiadać za coś, czego nie zrobili. Wiele podań o zwolnienie załatwianych jest w specyficzny sposób. Ci, którzy chcą odejść, dostają awans po to, żeby zostali. Jest nawet ostatnio takie powiedzonko, że najpewniejsza ścieżka awansu to złożenie wymówienia.
[ramka][srodtytul]Waldemar Skrzypczak[/srodtytul]
Zawodowy żołnierz, oficer dyplomowany wojsk pancernych. Służbę rozpoczął w 1976 roku w siłach zbrojnych PRL. Przeszedł wszystkie szczeble kariery – od podporucznika do generała broni (awans dostał w 2006 roku). Od lutego do lipca 2005 roku dowodził polskim kontyngentem w Iraku. W październiku 2006 roku został dowódcą Wojsk Lądowych. W sierpniu 2009 roku wywołał medialną i polityczną burzę, gdy skrytykował stan uzbrojenia polskich żołnierzy w Afganistanie. Generał podał się do dymisji, a 15 września 2009 roku został odwołany ze stanowiska dowódcy Wojsk Lądowych.[/ramka]
NAJCZĘŚCIEJ CZYTANE

POLECAMY

KOMENTARZE