Publicystyka
Wiśniewski: Rewolucja w MSZ
Od dwóch lat przygotowujemy MSZ do tego,by – jak równy z równym – mogło nawiązać konkurencję z zachodnimi partnerami, którzy swoje dyplomacje budują od wieków – pisze ambasador RP w Danii
Wdyskusjach o polskiej dyplomacji zbyt często mieszają się pojęcia: raz rozumiemy pod tym terminem „politykę zagraniczną”, a za chwilę „służbę zagraniczną”. Od ponad 20 lat debata o stanie dyplomacji jako narzędziach realizacji polityki zagranicznej jest zakładnikiem polemiki, z konieczności mocno partyjnej, o samej polityce zagranicznej, a czasami nawet szerzej – o strategii rozwoju państwa lub jej braku.
Przez 20 lat te nieliczne debaty o polskiej służbie zagranicznej grzęzły z reguły w pojęciach – powiedziałby Herbert – „prostych jak cepy”. Gdy jedni pisali o polskiej służbie zagranicznej jako „zdominowanej przez agenturalnych absolwentów MGIMO”, inni w czambuł potępiali „kompletny brak doświadczenia i przygotowania” u dyplomatów, którzy wstąpili do niej po 1989 roku, choćby ci mieli świetne dyplomy, znali kraje i języki. Gdy tygodniki opinii sprawozdawały nieśmiało przez lata o wyjątkowo podłym budżecie MSZ, wpływowe gazety popularne donosiły o „zbytkach i luksusach” w postaci zakupu do reprezentacyjnych pomieszczeń resortu paru zabytkowych mebli lub… urządzeń do parzenia kawy.
Taki charakter polemik o kondycji polskiej dyplomacji tworzył klimat, w którym propaństwowe i długofalowe budowanie nowoczesnego Ministerstwa Spraw Zagranicznych niepodległej Rzeczypospolitej było karkołomne, jeśli nie niemożliwe. Stąd nie ma się co dziwić, że przez dziesięć lat, do 2008 roku, nie potrafiono rozsądzić, gdzie w ramach rządu ulokować ośrodek koordynacji spraw najpierw akcesji, a potem członkostwa w UE. Że przez lata tolerowano brak funduszy na promocyjne i lobbingowe działania dyplomatyczne.
Służyć obywatelom
Jeszcze kilka lat temu standardy organizacji i finansowania dyplomacji Czech lub Węgier wydawały się nam niedościgłe. Budżet MSZ wciąż nie mógł przekroczyć 0,4 procent wydatków państwa, do dzisiaj pozostając – mimo ewidentnego wzrostu w ostatnich trzech latach – na poziomie sześciokrotnie niższym niż w dwa razy tylko bogatszej od nas Hiszpanii.
Przez lata zastanawiano się, czemu do konkursów na stanowiska w MSZ na jedno miejsce staje tylko trzech kandydatów, w większości nie najlepszych, a nie kilkunastu czy kilkudziesięciu jak w innych krajach. Czemu nie ma pieniędzy na nowe budynki ambasad w Brukseli, Berlinie, Mińsku czy Kijowie albo na nowoczesne systemy informacji. Czemu wnętrza naszych ambasad i rezydencji przypominają o guście epok Gierka czy nawet późnego Gomułki...
Dopiero kilka lat temu zwiększyła się świadomość, że w kraju bezpiecznym już członkostwem w UE i NATO dyplomacja służy do załatwiania, chociaż nie zawsze bezpośrednio, spraw obywateli. Uzyskiwania dla nich lepszych porozumień gospodarczych z zagranicą, walki o unijne fundusze, przecierania szlaków naszej kulturze i eksportowi, chronienia w razie potrzeby emigrantów i turystów. Narosło poczucie, że jakość takiej dyplomacji to nie efekt kilku decyzji personalnych na górze, ale budowy nowoczesnych struktur. Że bez silnej dyplomacji nie wygramy polskiej szansy w UE i NATO, gdzie zasadnie chcemy należeć do rozgrywających.
Dobry klimat dla sanacji
Klimat dla sanacji polskiej służby zagranicznej pojawił się w 2007 roku wraz z nową koalicją rządzącą i nowym szefem resortu. Ale chęć wsparcia programu modernizacji dyplomacji, prawdziwego przeniesienia jej w XXI wiek, wykazało wtedy wielu uczestników debaty politycznej (i publicystów) od lewa do prawa, niezależnie od rozpadu wcześniejszego konsensusu w sprawie samej polityki zagranicznej. Powszechne stało się przekonanie, że ambasador RP w ważnym kraju musi w końcu mieć fundusze na częste zapraszanie ministrów na lunch. A potem na to, by o wnioskach z rozmowy poinformować szefostwo MSZ szybko i bezpiecznie.
Od trzech lat przeprowadzamy program unowocześniania polskiej dyplomacji. Nie ma jeszcze powodu do wielkiej fety, ale sporo już dokonaliśmy. Jak słusznie zauważył niedawno na łamach „Rzeczpospolitej” Dariusz Rosiak, przede wszystkim udała się redefinicja roli Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Zwieńczyło ją 1 stycznia 2010 roku połączenie z UKIE, doprowadzając do przejęcia przez MSZ zasadniczej odpowiedzialności za koordynację polityki członkostwa Polski w UE. Podkreślmy (bo zauważa się to rzadko), że ustawa leżąca u podstaw powstania „nowego MSZ” zawiera elementy radykalnie zmieniające organizację prowadzenia polityki zagranicznej, zrywając niewidoczne więzi z Polską czasów PRL czy republiką resortową. To dlatego projekt ustawy poparły i partie koalicji, i SLD, a śp. prezydent Lech Kaczyński, mimo różnych podszeptów, jej nie zawetował.


![[?]](http://static.presspublica.pl/web/rp/img/cookies/Qmark.png)













