Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Historia

Kazimierz Brandys - Miesišce. 1978 – 1981

[b]czerwiec 1979 [/b] W przeddzień odwiedzin papieża, w pištek wieczór, wyszedłem na miasto, żeby się przyjrzeć temu, co się naprawdę w nim dzieje. (...)
Idšc, napotykałem coraz częœciej znajomych z widzenia, których nazwisk nie mogłem sobie odtworzyć, i dopiero po jakimœ czasie pojšłem, że to nie sš znajomi, tylko po prostu ludzie o wyglšdzie dawnej inteligencji, ci, którzy na co dzień ginš w masie, których nie widać. Więc jeszcze sš, wylegli całymi rodzinami. (...) Rzeczy prawdziwe, to znaczy zgodne z rzeczywistoœciš, to znaczy autentyczne, dziejš się na ogół wówczas, kiedy jest spełniona wola zbiorowa i sš wyrażone ludzkie treœci, i gdy nie musi się postępować wbrew społecznym odczuciom i pojęciom. Wtedy ludzie chętnie przychodzš sami, nie trzeba ich spędzać ani obstawiać, tuby i kordony stajš się wówczas zbędne. Przychodzš na miejsce swojej prawdy, która ma naturalnoœć œwiatła dziennego. Tego wieczoru na Œwiętojańskiej, na Krakowskim, na placu Saskim ludzie przyszli obejrzeć miejsca, które odwiedzi papież. I obejrzeli siebie. Wielotysięczny tłum zobaczył siebie, utwierdził się w poczuciu własnej obecnoœci. Tłum z dziećmi, z babciami, z lodami i psami, niekierowany z zewnštrz, letni, barwny tłum przyszedł ze wszystkich dzielnic tylko dlatego, że chciał być tutaj. Po co – po to, żeby popatrzyć i zobaczyć. Tak samo ja po to tutaj przyszedłem. Jednakże sam fakt równoczesnego przybycia tysięcy ludzi bez wezwania już był mocno zastanawiajšcy. Odzwyczajono ich od tego, że sš żywym ogółem, uczyniono wiele, aby ich przekonać, że stanowiš biernš masę, której ruchami się steruje. Przyszli tu obejrzeć miasto w przeddzień wizyty papieża, nie myœlšc o niczym innym i nie uœwiadamiajšc sobie, że swoim przybyciem przeprowadzili dowód własnego istnienia. (...) Jeœlibym miał okreœlić jednym słowem moje przeżycia na widok tego, czemu się przyglšdam od kilku dni, powiedziałbym: zdumienie. Nie tym jedynie, że nad placem Zwycięstwa dominujš krzyże, i nie tylko, że władza milczy, jakby schowana przed narodem. Zdumiewa najbardziej myœl, że swojš prawdę naród tak umiejętnie chronił i przechowywał. Tak długo i tak umiejętnie. Nasuwa się ciężkie podejrzenie. Czy nie za pochopnie sšdziło się tę masę, widzšc w niej bezwład i słaboœć lub dopatrujšc się w jej zniewoleniu codziennš wegetacjš – braku zasobów duchowych. (...) We wszystkim, o czym mówił papież, była obecna myœl o dziejach Polski. Często powracał do losów tej ziemi, ukazywał ich dramat i wzniosłoœć. Myœlę, że wszyscy w owych chwilach musieli widzieć w Janie Pawle II uosobienie duchowe historii narodu. Znamy własnš historię, co jednak nie oznacza, że zawsze potrafimy dostrzec jej piękno. A jest piękna. W dziejach Europy bodajże nie istnieje kraj, którego przeszłoœć miała tak niewiele win w stosunku do œwiata. Tuż obok przylegały do nas dwa narody o najposępniejszej historii. Niemcy i Rosja. Z dwóch stron Polska stanowiła poœrodku obszar praw i życia. Między schizofrenicznš siłš Niemiec a obłškanš pustkš Rosji usiłował żyć naród, który przez długi czas brał serio najszczytniejsze zasady ludzkoœci – chrzeœcijaństwo, humanizm, demokrację, swobodę ludzkiej osoby i wiary – a po oœmiu wiekach płacił za swoje fantazmaty niewolš i œmierciš za wolnoœć. Nie mieliœmy praktycznego rozumu Anglików ani namiętnoœci Francuzów do konstrukcji socjalno-państwowych, absolutystycznych czy republikańskich. Ale pozwalaliœmy innym narodom żyć obok i poœród nas. To wystarczy, by nie czuć poniżenia. Co nas poniża? Można by odpowiedzieć: pogarda, jakš się nam okazuje. Nie myœlę tu o czyjejœ pogardzie z zewnštrz – mówię o poniżaniu metodš wewnętrznš, tutejszš, obliczonš na nikczemnoœć i głupotę; sugerujšcš, że my jesteœmy głupi i nikczemni. (...) W tej rachubie na nienawiœć jest zawarte domniemanie zła, nihilistyczna pewnoœć, że w duszy narodu sš ciemne siły, którym nie wolno dać zasnšć. Nie z dziejów Polski płynie owa wiara w ciemnoœć, nie na tej ziemi wyrosła. Chrzeœcijańskie słowa, jakimi przemawiał papież w Warszawie i Oœwięcimiu, zdawały się ujawniać bezwstyd i obcoœć tamtych słów. [i]Kazimierz Brandys „Miesišce. 1978 – 1981”. Fragmenty rozdziału „1979. czerwiec”. Warszawa 1997, Wydawnictwo Iskry.[/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL