Plus Minus

Nasz naród jak lawa, czyli michnikowszczyzna po Michniku

Rzeczpospolita, Janusz Kapusta JK Janusz Kapusta
A potem przyszedł grom z jasnego nieba – katastrofa na smoleńskim lotnisku, żałoba narodowa, wielkie, uliczne rekolekcje, nieprzebrane tłumy przed opustoszałym Pałacem Prezydenckim i gwałtowna reakcja na nie intelektualnych salonów.
Stało się coś, co natychmiast, z trafnością, jaka zdarza się tylko poetom, i to tym tkwiącym najgłębiej w duszy narodu, zauważył Jarosław Marek Rymkiewicz: „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”.

Otóż to. Wiersz Rymkiewicza, opluty z punktu przez propagandystów niesięgających wzrokiem dalej niż każą wymogi bieżącej politycznej krzątaniny, uchwycił główny znak, jaki dała nam narodowa żałoba. Podczas gdy tłumy Polaków wyszły na ulicę zapalać żałobne znicze, modlić się i ustawiać w gigantycznej kolejce do oddania hołdu prezydenckiej parze, „salon” zakipiał pogardliwymi komentarzami o „cyrku”, „zbiorowej histerii”, „absurdalnym, stadnym zachowaniu”, zblazowanymi uwagami na temat „mrocznych wyziewów polskiego mesjanizmu” i „tanatofilii”.
W coraz bardziej życzliwej takim enuncjacjom atmosferze „Gazety Wyborczej” czy „Krytyki Politycznej” padały kolejne wyznania celebrytów intelektu o strachu, jaki wzbudzają w nich te tłumy „owinięte w biało-czerwone flagi”, o „wykluczeniu z żałoby”, jakiego rzekomo z ich strony doznają, nie czując się ani patriotami, ani katolikami, choć jako żywo, nie wykluczał ich z tej wspólnoty nikt poza ich własnym, troskliwie hodowanym poczuciem obcości i pogardy dla niej. Padały też, oczywiście, wezwania do walki z budzącym się „demonem polskiego patriotyzmu”, do „rozbrojenia tykającej bomby” rodzącego się „nowego narodowego mitu”, szyderstwa i tradycyjne narzekania, że Polacy, niestety, nie są Niemcami, Francuzami i w ogóle Europejczykami, wyjąwszy, oczywiście, tych, którzy tę polską zaściankowość zauważają i skarżą się na nią niosącym nam oświecenie salonom zachodnim i ich mediom. Polski establishment patrzył na żałobę Polaków dokładnie tak, jak zlatynizowani, zanglicyzowani czy zromanizowani tubylcy w koloniach, pełniący tam funkcje drobnych oficjalistów, sekretarzy albo podoficerów i niezmiernie z tego dumni musieli patrzeć na swych mniej ucywilizowanych rodaków odprawiających jakieś tradycyjne rytuały przy tam-tamach. Z mieszaniną pogardy i lęku. I z bezbrzeżnym poczuciem wyższości.
[srodtytul]Oferta awansu symbolicznego[/srodtytul] Na czym bowiem polega – wbrew pozorom! – klęska tej formacji umysłowej, której patronem stał się po roku 2007 Tusk? Na tym, że obiecanej modernizacji przeprowadzić ona nie jest zdolna. Tak jak w całych zresztą rządach PO, para, mówiąc obrazowo, poszła w gwizdek. Miliony Polaków kupiły na jakiś czas ofertę awansu symbolicznego: przestajesz się zaliczać do ciemnej części narodu, jeśli jesteś z nami, jeśli śmiejesz się z tych samych co my osób, a te same uważasz za autorytety, jeśli odrzucasz „patridiotyzm”, „ciasny katolicyzm” i wszystkie te anachroniczne „stadne instynkty”, więżące nas w zaścianku i czyniące zadupiem cywilizowanego świata. W zamian za to my dajemy ci „brend” inteligenta, brend, który, jak często bywa, im mniej inteligencja znaczy w rzeczywistości, tym jest bardziej pożądany (dowodzą tego badania, w których przytłaczająca większość Polaków deklaruje, że chce być inteligentami, tak jak 90 proc. Amerykanów chce czuć się „klasą średnią”). Wytworzone przez michnikowszczyznę narzędzia „dystrybucji szacunku” zadziałały, choć już nie do końca w jej rękach ani na jej rzecz, produkując tłumy „inteligentów”, których jedynym tytułem do inteligenckości jest tytuł demonstracyjnie kupowanej i obdarzanej zaufaniem gazety. Ale wszystko to rozegrało się i wyczerpało na poziomie symboli, pozorów, jak się to dziś nazywa, „pijaru”. Modernizacja przez imitację i tak nie byłaby modernizacją prawdziwą, ale tu nawet imitacja jest tylko pozorem, powierzchownym strojeniem się w błyskotki, bo przejęcie rzeczywistych cywilizacyjnych wzorców Zachodu ani nie jest możliwe dla warstw tak intelektualnie miernych i niewyedukowanych, ani nie jest na rękę tym, którzy za zasłoną takiego „europeizowania” Polski tworzą prawdziwe „grupy trzymające władzę”. Słowem – Salon Polski 2010, ten obnażony i obnażający się w chwili narodowego uniesienia, to fasada, w której pogrążający się w demencji pogrobowcy starej inteligencji stanowią już tylko alibi dla „inteligencji wytnij-wklej” z jej idolami pokroju Kuby Wojewódzkiego. Kilka lat temu, kończąc pracę nad „Michnikowszczyzną”, miałem pod powiekami obraz idących na Belweder w zimną listopadową noc podchorążych. Teraz zdaje mi się, że widzę tych samych podchorążych, może trochę starszych i bardziej zaznajomionych z uczuciem goryczy, jak już po upadku powstańczych nadziei, czy to w kraju, czy na emigracji, pochylają się z zapartym tchem nad świeżo wydaną „Dziadów częścią III” Mickiewicza, jak przy tej lekturze „duch z nich uchodzi i błądzi daleko”, gdy znajdują w słowach wieszcza swoje myśli, swoje odczucia, nadzieje i wiarę. Zwłaszcza w scenie VII aktu I – w „Salonie warszawskim”. Salonie zaludnionym przez „kilku wielkich urzędników, kilku wielkich literatów, kilka dam wielkiego tonu, kilku jenerałów i sztabsoficerów” (reżyserów filmowych i tzw. celebrytów w czasach Mickiewicza jeszcze nie było), salonie pełnym hrabiów „świeżo awansowanych z mieszczaństwa”, bełkocących, jak ważna jest arystokracja, i przywołujących na dowód „Wielką Brytaniję”, pisarzy niechcących pisać o prawdziwym życiu, tylko bełkoczących kunsztownie cholera jedna wie, o czym właściwie, i kamerjunkrów ubolewających, że „dworu nie mamy w Warszawie”… W salonie, mówiąc krótko, potraktowanym słowami, które poeta wkłada w usta Piotra Wysockiego: „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Mało kto chce pamiętać, że w ciągu następnych kilkudziesięciu lat owa „skorupa” zniknęła rzeczywiście, tak, jak to Mickiewicz prorokował. I zostawmy na bok historyczne szczegóły, które mącą poetycką wizję, pozostańmy w czystym micie, którego Mickiewicz był tyleż prorokiem, co i realizacją. Tak, „rówieśnicy Mickiewicza”, przeważnie potomkowie zubożałej, drobnej szlachty, zmuszeni zarobkować pracą umysłową, rzucili wyzwanie salonowi arystokratyczno-ziemiańskiemu i dali początek elicie nowej – inteligenckiej. I ta inteligencka elita, niosąca myśl niepodległościową, stopniowo wyparła dawną, ugodową czy wręcz kolaborancką wobec zaborców. [srodtytul]Zbędna skorupa[/srodtytul] Polska literatura wieku XIX z zamiłowaniem posługuje się figurą zaprzańca – kosmopolity, takiego (sięgam po dzieło mierne, ale jako lektura szkolna powszechnie znane) Różyca z „Nad Niemnem” Orzeszkowej, wygłaszającego tyrady o tym, jak piękny jest Paryż i jak żałosne, nudne i zapyziałe te polskie pola kapusty. W wywodach ludzi, którzy dziś, w chwili gdy te słowa piszę, uważają się za jedyną polską elitę, brzmią te same tony. I nie są to cytaty, bo narodowa literatura jest im, generalnie, obca, jest dla nich, jak wszystko, co narodowe, nudna, głupia, dziwaczna i przeszkadzająca w implementowaniu wzorców zachodniej cywilizacji. W 20 lat po odzyskaniu niepodległości czas stwierdzić, że obecnie znajdująca się „na wierzchu” warstwa, która sama siebie uporczywie nazywa „inteligencją” (z tą dawną, prawdziwą inteligencją nic wspólnego nie ma, bo tamta wyginęła w apokalipsie wojny i w ubeckich katowniach, leży w Katyniu, Palmirach, na emigracyjnych cmentarzach), choć jest tylko gromadą zdeprawowanych przez socjalizm ludzi z dyplomami, ale bez etosu, stała się podobnie zbędną narodowi „skorupą”, jak przyszpilony przez Mickiewicza do papieru na wieczną hańbę salon hrabiów, „wielkich literatów” i „sztabsoficyjerów”. Zbędną, bo niczego nie tworzy, nie formułuje ważkich pytań ani nie wskazuje dróg poszukiwania odpowiedzi. Zastygła w intensywnym przeżywaniu swej wyższości nad „katolickim ciemnogrodem” i zwolniła się od wszelkiego myślenia wiarą w historyczny determinizm, na mocy którego z czasem zostaniemy ucywilizowani na jedynie słuszną modłę przez Unię Europejską, a oni po prostu, jako awangarda narodu, są w tym procesie cywilizowania w pierwszej transzy, przed pogardzanymi „osobami starszymi, słabiej wykształconymi i z mniejszych ośrodków”. Osoby starsze wymrą, słabiej wykształcone się dokształci, mniejsze ośrodki zrobią się z czasem większe i to wszystko załatwi. Nie trzeba nic robić, tylko gorliwie papugować jedynie słuszne wzorce i tresować w tym ciemny lud, aż mu się w głowach rozjaśni. Kto przygląda się Unii Europejskiej uważniej, nie ma wątpliwości, że ta prosta wiara polskiej obrazowanszcziny nie ziści się nigdy. Integracyjny projekt się przesilił, fala odpływa. Przeforsowany w ostatnim jej porywie traktat lizboński zdezaktualizował się, zanim wszedł w życie, obsadzenie przewidzianych nim stanowisk bezbarwnymi figurantami z piątego szeregu eurobiurokracji jest tego najlepszym dowodem. Europa wraca do „koncertu mocarstw”, do starych zasad polityki formułowanych przez Bismarcka i księcia Gorczakowa, a przy tym wyludnia się, grzęźnie w gospodarczej stagnacji i rozsadzana jest przez nieasymilujących się imigrantów. Ale tego postinteligencki establishment nie jest w stanie ani zauważyć, ani tym bardziej zrozumieć. Polska inteligencja odegrała swą rolę i odeszła, jej dzisiejsza, zapatrzona w siebie karykatura jest już tylko groteską i farsą. [srodtytul]Elita bez narodu[/srodtytul] W punkcie wyjścia – uznajmy za taki krakowską konferencję o „etosie »Solidarności«” z roku 1990 – rodząca się michnikowszczyzna mówiła jeszcze dużo o Polsce, nie odrzucała patriotyzmu, ale obiecywała pokazać jego nowoczesną formułę. W punkcie dojścia – niech to będzie, na przykład, spotkanie honorowego komitetu poparcia dla Bronisława Komorowskiego w warszawskim Pałacu na Wodzie w roku 2010 – pozostało już tylko uparte poczucie wyższości, starcze zacietrzewienie w nienawiści do tych, którzy nie poddają się narzucaniu hierarchii i języka, i przede wszystkim totalne wykorzenienie, to, które tak jaskrawo ujawniła żałoba. Polskość sprowadzona tylko do cepelii, wąsów, dwururki, portretów sarmackich przodków i kuchni ziemiańskiej. A pod tym? „Gdyby moja ojczyzna popadła w jakieś tarapaty, myślę tu o sytuacji zbrojnej, to ja natychmiast zostaję dezerterem. Nie zostaję sanitariuszką, nie schodzę do kanału. Pierwsza rzecz, jaką robię, to spierdalam po prostu” – to wyznanie szansonistki Marii Peszek, mocno lansowanej przez media dziedziczki znanej krakowskiej rodziny aktorskiej, nie jest jakimś wybrykiem, jest właśnie tym wzorcem, który uważają za atrakcyjny ludzie wychowani na michnikowszczyźnie i jej autorytetach. Naród bez elity: ciężki los. Ale naród, jak pokazał nam to wiek XIX, jest w stanie, odrzuciwszy na nic mu nieprzydatną „skorupę”, wytworzyć elitę nową, nawet w warunkach niesprzyjających. Natomiast elita bez narodu to po prostu nonsens. Nie jest nikomu potrzebna i nie ma żadnej racji istnienia. Już nie Polacy, jeszcze nie „obywatele Europy”, do czasu wynagradzani za swą klakierską pilność grantem, dyplomem czy zaproszeniem do poprowadzenia wykładów – komu i co mogą po sobie zostawić? Takie procesy, jak wymiana elity, nie zachodzą szybko, ale w pewnym momencie stają się oczywiste i to jest właśnie finałowa koda, nadająca sens wznowieniu tego opisu michnikowszczyzny w czasach, gdy jej uroszczenia są już tylko wspomnieniem, a realne znaczenie sprowadza się do roli jednej z wielu sitw, walczącej w postkomunistycznym państwie o utrzymanie wpływów w mediach, środowiskach kulturalnych czy akademickich, i zachowanie władzy „dystrybuowania szacunku”. Choć sytuacja, w której ludzie tacy, jak wspomniany Rymkiewicz, jak profesor Krasnodębski czy profesor Staniszkis, są propagandowo z salonu wypychani, a tworzyć go mają ludzie z talk shows, jest równie śmieszna, jak ongiś elitarność wielkich literatów od „tysiąca wierszy o sadzeniu grochu”. Próba ucywilizowania Polaków na siłę poprzez medialną przemoc, poprzez narzucenie warstwom wyższym jedynie słusznego modelu elitarności, a za ich pośrednictwem wtłoczenie go społeczeństwu, skończyła się czymś więcej niż klęską. Po prostu część elit, która się tej operacji poddała, oderwała się od narodu tak, że już się tego nie sklei. Obumrze z czasem, podczas gdy naród pozostawiony sam sobie będzie w konwulsjach i bólach rodzić nową. To, co było, znowu przychodzi. Nie ma doprawdy znaczenia, jak zakończą się te czy tamte wybory, która z obsługujących postkolonialny podział partii zdoła w danym momencie przekonać do zagłosowania na siebie liczniejszą grupę obywateli i usadowić się na kadencję czy dwie za biurkami. Prawdziwa zmiana nie dokonuje się w gabinetach. Prawdziwie ważne są nie ministerstwa, ale dusza narodu. A tu rozstrzygnięcie już zapadło. [i]Fragment posłowia do nowego wydania książki „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”, Fabryka Słów 2010[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL