Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Plus Minus

Nasz naród jak lawa, czyli michnikowszczyzna po Michniku

Rzeczpospolita, Janusz Kapusta JK Janusz Kapusta
A potem przyszedł grom z jasnego nieba – katastrofa na smoleńskim lotnisku, żałoba narodowa, wielkie, uliczne rekolekcje, nieprzebrane tłumy przed opustoszałym Pałacem Prezydenckim i gwałtowna reakcja na nie intelektualnych salonów.
Stało się coœ, co natychmiast, z trafnoœciš, jaka zdarza się tylko poetom, i to tym tkwišcym najgłębiej w duszy narodu, zauważył Jarosław Marek Rymkiewicz: „To co nas podzieliło – to się już nie sklei”.

Otóż to. Wiersz Rymkiewicza, opluty z punktu przez propagandystów niesięgajšcych wzrokiem dalej niż każš wymogi bieżšcej politycznej krzštaniny, uchwycił główny znak, jaki dała nam narodowa żałoba. Podczas gdy tłumy Polaków wyszły na ulicę zapalać żałobne znicze, modlić się i ustawiać w gigantycznej kolejce do oddania hołdu prezydenckiej parze, „salon” zakipiał pogardliwymi komentarzami o „cyrku”, „zbiorowej histerii”, „absurdalnym, stadnym zachowaniu”, zblazowanymi uwagami na temat „mrocznych wyziewów polskiego mesjanizmu” i „tanatofilii”. W coraz bardziej życzliwej takim enuncjacjom atmosferze „Gazety Wyborczej” czy „Krytyki Politycznej” padały kolejne wyznania celebrytów intelektu o strachu, jaki wzbudzajš w nich te tłumy „owinięte w biało-czerwone flagi”, o „wykluczeniu z żałoby”, jakiego rzekomo z ich strony doznajš, nie czujšc się ani patriotami, ani katolikami, choć jako żywo, nie wykluczał ich z tej wspólnoty nikt poza ich własnym, troskliwie hodowanym poczuciem obcoœci i pogardy dla niej. Padały też, oczywiœcie, wezwania do walki z budzšcym się „demonem polskiego patriotyzmu”, do „rozbrojenia tykajšcej bomby” rodzšcego się „nowego narodowego mitu”, szyderstwa i tradycyjne narzekania, że Polacy, niestety, nie sš Niemcami, Francuzami i w ogóle Europejczykami, wyjšwszy, oczywiœcie, tych, którzy tę polskš zaœciankowoœć zauważajš i skarżš się na niš niosšcym nam oœwiecenie salonom zachodnim i ich mediom. Polski establishment patrzył na żałobę Polaków dokładnie tak, jak zlatynizowani, zanglicyzowani czy zromanizowani tubylcy w koloniach, pełnišcy tam funkcje drobnych oficjalistów, sekretarzy albo podoficerów i niezmiernie z tego dumni musieli patrzeć na swych mniej ucywilizowanych rodaków odprawiajšcych jakieœ tradycyjne rytuały przy tam-tamach. Z mieszaninš pogardy i lęku. I z bezbrzeżnym poczuciem wyższoœci.
[srodtytul]Oferta awansu symbolicznego[/srodtytul] Na czym bowiem polega – wbrew pozorom! – klęska tej formacji umysłowej, której patronem stał się po roku 2007 Tusk? Na tym, że obiecanej modernizacji przeprowadzić ona nie jest zdolna. Tak jak w całych zresztš rzšdach PO, para, mówišc obrazowo, poszła w gwizdek. Miliony Polaków kupiły na jakiœ czas ofertę awansu symbolicznego: przestajesz się zaliczać do ciemnej częœci narodu, jeœli jesteœ z nami, jeœli œmiejesz się z tych samych co my osób, a te same uważasz za autorytety, jeœli odrzucasz „patridiotyzm”, „ciasny katolicyzm” i wszystkie te anachroniczne „stadne instynkty”, więżšce nas w zaœcianku i czynišce zadupiem cywilizowanego œwiata. W zamian za to my dajemy ci „brend” inteligenta, brend, który, jak często bywa, im mniej inteligencja znaczy w rzeczywistoœci, tym jest bardziej pożšdany (dowodzš tego badania, w których przytłaczajšca większoœć Polaków deklaruje, że chce być inteligentami, tak jak 90 proc. Amerykanów chce czuć się „klasš œredniš”). Wytworzone przez michnikowszczyznę narzędzia „dystrybucji szacunku” zadziałały, choć już nie do końca w jej rękach ani na jej rzecz, produkujšc tłumy „inteligentów”, których jedynym tytułem do inteligenckoœci jest tytuł demonstracyjnie kupowanej i obdarzanej zaufaniem gazety. Ale wszystko to rozegrało się i wyczerpało na poziomie symboli, pozorów, jak się to dziœ nazywa, „pijaru”. Modernizacja przez imitację i tak nie byłaby modernizacjš prawdziwš, ale tu nawet imitacja jest tylko pozorem, powierzchownym strojeniem się w błyskotki, bo przejęcie rzeczywistych cywilizacyjnych wzorców Zachodu ani nie jest możliwe dla warstw tak intelektualnie miernych i niewyedukowanych, ani nie jest na rękę tym, którzy za zasłonš takiego „europeizowania” Polski tworzš prawdziwe „grupy trzymajšce władzę”. Słowem – Salon Polski 2010, ten obnażony i obnażajšcy się w chwili narodowego uniesienia, to fasada, w której pogršżajšcy się w demencji pogrobowcy starej inteligencji stanowiš już tylko alibi dla „inteligencji wytnij-wklej” z jej idolami pokroju Kuby Wojewódzkiego. Kilka lat temu, kończšc pracę nad „Michnikowszczyznš”, miałem pod powiekami obraz idšcych na Belweder w zimnš listopadowš noc podchoršżych. Teraz zdaje mi się, że widzę tych samych podchoršżych, może trochę starszych i bardziej zaznajomionych z uczuciem goryczy, jak już po upadku powstańczych nadziei, czy to w kraju, czy na emigracji, pochylajš się z zapartym tchem nad œwieżo wydanš „Dziadów częœciš III” Mickiewicza, jak przy tej lekturze „duch z nich uchodzi i błšdzi daleko”, gdy znajdujš w słowach wieszcza swoje myœli, swoje odczucia, nadzieje i wiarę. Zwłaszcza w scenie VII aktu I – w „Salonie warszawskim”. Salonie zaludnionym przez „kilku wielkich urzędników, kilku wielkich literatów, kilka dam wielkiego tonu, kilku jenerałów i sztabsoficerów” (reżyserów filmowych i tzw. celebrytów w czasach Mickiewicza jeszcze nie było), salonie pełnym hrabiów „œwieżo awansowanych z mieszczaństwa”, bełkocšcych, jak ważna jest arystokracja, i przywołujšcych na dowód „Wielkš Brytaniję”, pisarzy niechcšcych pisać o prawdziwym życiu, tylko bełkoczšcych kunsztownie cholera jedna wie, o czym właœciwie, i kamerjunkrów ubolewajšcych, że „dworu nie mamy w Warszawie”… W salonie, mówišc krótko, potraktowanym słowami, które poeta wkłada w usta Piotra Wysockiego: „Nasz naród jak lawa / Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa / Lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi / Plwajmy na tę skorupę i zstšpmy do głębi”. Mało kto chce pamiętać, że w cišgu następnych kilkudziesięciu lat owa „skorupa” zniknęła rzeczywiœcie, tak, jak to Mickiewicz prorokował. I zostawmy na bok historyczne szczegóły, które mšcš poetyckš wizję, pozostańmy w czystym micie, którego Mickiewicz był tyleż prorokiem, co i realizacjš. Tak, „rówieœnicy Mickiewicza”, przeważnie potomkowie zubożałej, drobnej szlachty, zmuszeni zarobkować pracš umysłowš, rzucili wyzwanie salonowi arystokratyczno-ziemiańskiemu i dali poczštek elicie nowej – inteligenckiej. I ta inteligencka elita, niosšca myœl niepodległoœciowš, stopniowo wyparła dawnš, ugodowš czy wręcz kolaboranckš wobec zaborców. [srodtytul]Zbędna skorupa[/srodtytul] Polska literatura wieku XIX z zamiłowaniem posługuje się figurš zaprzańca – kosmopolity, takiego (sięgam po dzieło mierne, ale jako lektura szkolna powszechnie znane) Różyca z „Nad Niemnem” Orzeszkowej, wygłaszajšcego tyrady o tym, jak piękny jest Paryż i jak żałosne, nudne i zapyziałe te polskie pola kapusty. W wywodach ludzi, którzy dziœ, w chwili gdy te słowa piszę, uważajš się za jedynš polskš elitę, brzmiš te same tony. I nie sš to cytaty, bo narodowa literatura jest im, generalnie, obca, jest dla nich, jak wszystko, co narodowe, nudna, głupia, dziwaczna i przeszkadzajšca w implementowaniu wzorców zachodniej cywilizacji. W 20 lat po odzyskaniu niepodległoœci czas stwierdzić, że obecnie znajdujšca się „na wierzchu” warstwa, która sama siebie uporczywie nazywa „inteligencjš” (z tš dawnš, prawdziwš inteligencjš nic wspólnego nie ma, bo tamta wyginęła w apokalipsie wojny i w ubeckich katowniach, leży w Katyniu, Palmirach, na emigracyjnych cmentarzach), choć jest tylko gromadš zdeprawowanych przez socjalizm ludzi z dyplomami, ale bez etosu, stała się podobnie zbędnš narodowi „skorupš”, jak przyszpilony przez Mickiewicza do papieru na wiecznš hańbę salon hrabiów, „wielkich literatów” i „sztabsoficyjerów”. Zbędnš, bo niczego nie tworzy, nie formułuje ważkich pytań ani nie wskazuje dróg poszukiwania odpowiedzi. Zastygła w intensywnym przeżywaniu swej wyższoœci nad „katolickim ciemnogrodem” i zwolniła się od wszelkiego myœlenia wiarš w historyczny determinizm, na mocy którego z czasem zostaniemy ucywilizowani na jedynie słusznš modłę przez Unię Europejskš, a oni po prostu, jako awangarda narodu, sš w tym procesie cywilizowania w pierwszej transzy, przed pogardzanymi „osobami starszymi, słabiej wykształconymi i z mniejszych oœrodków”. Osoby starsze wymrš, słabiej wykształcone się dokształci, mniejsze oœrodki zrobiš się z czasem większe i to wszystko załatwi. Nie trzeba nic robić, tylko gorliwie papugować jedynie słuszne wzorce i tresować w tym ciemny lud, aż mu się w głowach rozjaœni. Kto przyglšda się Unii Europejskiej uważniej, nie ma wštpliwoœci, że ta prosta wiara polskiej obrazowanszcziny nie ziœci się nigdy. Integracyjny projekt się przesilił, fala odpływa. Przeforsowany w ostatnim jej porywie traktat lizboński zdezaktualizował się, zanim wszedł w życie, obsadzenie przewidzianych nim stanowisk bezbarwnymi figurantami z pištego szeregu eurobiurokracji jest tego najlepszym dowodem. Europa wraca do „koncertu mocarstw”, do starych zasad polityki formułowanych przez Bismarcka i księcia Gorczakowa, a przy tym wyludnia się, grzęŸnie w gospodarczej stagnacji i rozsadzana jest przez nieasymilujšcych się imigrantów. Ale tego postinteligencki establishment nie jest w stanie ani zauważyć, ani tym bardziej zrozumieć. Polska inteligencja odegrała swš rolę i odeszła, jej dzisiejsza, zapatrzona w siebie karykatura jest już tylko groteskš i farsš. [srodtytul]Elita bez narodu[/srodtytul] W punkcie wyjœcia – uznajmy za taki krakowskš konferencję o „etosie »Solidarnoœci«” z roku 1990 – rodzšca się michnikowszczyzna mówiła jeszcze dużo o Polsce, nie odrzucała patriotyzmu, ale obiecywała pokazać jego nowoczesnš formułę. W punkcie dojœcia – niech to będzie, na przykład, spotkanie honorowego komitetu poparcia dla Bronisława Komorowskiego w warszawskim Pałacu na Wodzie w roku 2010 – pozostało już tylko uparte poczucie wyższoœci, starcze zacietrzewienie w nienawiœci do tych, którzy nie poddajš się narzucaniu hierarchii i języka, i przede wszystkim totalne wykorzenienie, to, które tak jaskrawo ujawniła żałoba. Polskoœć sprowadzona tylko do cepelii, wšsów, dwururki, portretów sarmackich przodków i kuchni ziemiańskiej. A pod tym? „Gdyby moja ojczyzna popadła w jakieœ tarapaty, myœlę tu o sytuacji zbrojnej, to ja natychmiast zostaję dezerterem. Nie zostaję sanitariuszkš, nie schodzę do kanału. Pierwsza rzecz, jakš robię, to spierdalam po prostu” – to wyznanie szansonistki Marii Peszek, mocno lansowanej przez media dziedziczki znanej krakowskiej rodziny aktorskiej, nie jest jakimœ wybrykiem, jest właœnie tym wzorcem, który uważajš za atrakcyjny ludzie wychowani na michnikowszczyŸnie i jej autorytetach. Naród bez elity: ciężki los. Ale naród, jak pokazał nam to wiek XIX, jest w stanie, odrzuciwszy na nic mu nieprzydatnš „skorupę”, wytworzyć elitę nowš, nawet w warunkach niesprzyjajšcych. Natomiast elita bez narodu to po prostu nonsens. Nie jest nikomu potrzebna i nie ma żadnej racji istnienia. Już nie Polacy, jeszcze nie „obywatele Europy”, do czasu wynagradzani za swš klakierskš pilnoœć grantem, dyplomem czy zaproszeniem do poprowadzenia wykładów – komu i co mogš po sobie zostawić? Takie procesy, jak wymiana elity, nie zachodzš szybko, ale w pewnym momencie stajš się oczywiste i to jest właœnie finałowa koda, nadajšca sens wznowieniu tego opisu michnikowszczyzny w czasach, gdy jej uroszczenia sš już tylko wspomnieniem, a realne znaczenie sprowadza się do roli jednej z wielu sitw, walczšcej w postkomunistycznym państwie o utrzymanie wpływów w mediach, œrodowiskach kulturalnych czy akademickich, i zachowanie władzy „dystrybuowania szacunku”. Choć sytuacja, w której ludzie tacy, jak wspomniany Rymkiewicz, jak profesor Krasnodębski czy profesor Staniszkis, sš propagandowo z salonu wypychani, a tworzyć go majš ludzie z talk shows, jest równie œmieszna, jak ongiœ elitarnoœć wielkich literatów od „tysišca wierszy o sadzeniu grochu”. Próba ucywilizowania Polaków na siłę poprzez medialnš przemoc, poprzez narzucenie warstwom wyższym jedynie słusznego modelu elitarnoœci, a za ich poœrednictwem wtłoczenie go społeczeństwu, skończyła się czymœ więcej niż klęskš. Po prostu częœć elit, która się tej operacji poddała, oderwała się od narodu tak, że już się tego nie sklei. Obumrze z czasem, podczas gdy naród pozostawiony sam sobie będzie w konwulsjach i bólach rodzić nowš. To, co było, znowu przychodzi. Nie ma doprawdy znaczenia, jak zakończš się te czy tamte wybory, która z obsługujšcych postkolonialny podział partii zdoła w danym momencie przekonać do zagłosowania na siebie liczniejszš grupę obywateli i usadowić się na kadencję czy dwie za biurkami. Prawdziwa zmiana nie dokonuje się w gabinetach. Prawdziwie ważne sš nie ministerstwa, ale dusza narodu. A tu rozstrzygnięcie już zapadło. [i]Fragment posłowia do nowego wydania ksišżki „Michnikowszczyzna. Zapis choroby”, Fabryka Słów 2010[/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL