Plus Minus

Spór o krzyż, spór o państwo

Fotorzepa, Piotr Kala Piotr Kala
Co jest świadectwem tego, że państwo polskie nie działa: drewniany krzyż przed Pałacem Prezydenckim czy niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta?
Państwo zawiodło. To przekonanie łączy demonstrantów – tych, którzy bronią krzyża, i tych, którzy chcą jego przeniesienia. Ale inne są podstawy tej diagnozy, inny jej sens. Dla jednych nie zdało egzaminu, bo 3 sierpnia nie przeniesiono krzyża z powodu oporu tłumu. W ich przekonaniu chodzi tylko o garstkę oszołomów, którzy terroryzują współobywateli, o fanatyków, których należy usunąć sprzed pałacu. Chcą – jak twierdzą – aby prawo było respektowane.

Ponieważ państwo nie działa, postanowili wziąć sprawy w swoje ręce. Na szczęście nie zrealizowali tej groźby do końca. Niektórym z nich przeszkadza tylko ten konkretny krzyż, innym – a było ich w czasie tej demonstracji wielu – krzyż w ogóle. Ten krzyż jest dla nich symbolem wszystkich krzyży, które powinny zniknąć z przestrzeni publicznej. Sądzą oni, że państwo powinno być świeckie, a świeckość miałaby polegać na tym, żeby krzyże przenieść do kościołów, a chrześcijan zamknąć w katakumbach. Natomiast na ulicach jest miejsce na owe radosne happeningi, jakie odbywają się co noc na Krakowskim Przedmieściu.
Niektórym już w czasie żałoby przeszkadzały symbole i nabożeństwa chrześcijańskie. Tyle że od czasu, gdy zaprzestano twórczo rozwijać obrzędowość świecką, nie wiadomo, jak się zachować w czasie pogrzebu. Trudno zamiast krzyżem posługiwać się kółkiem, jak proponują demonstranci, lepsza byłaby już chyba tradycyjna czerwona gwiazda, znak zasłużony w walce o pełny laicyzm. Nie przypadkiem większość ofiar katastrofy, nawet te znane z postępowych poglądów, miała pochówek chrześcijański. Nikt nie skakał na ich pogrzebach, nie pił piwa i się nie obnażał. Miałem okazję obserwować posłów lewicy w czasie uroczystości pogrzebowej na placu Piłsudskiego. Nie był to budujący widok, ale zachowywali się z powagą. [wyimek]Jak pisał Adam Michnik w 1983 roku w „Liście z Białołęki”: „sens bycia Polakiem niemożliwy jest do zrozumienia i ogarnięcia bez zrozumienia sensu Krzyża”[/wyimek]
Według grupy ludzi czuwającej przy krzyżu, ale także tysięcy tych, którzy ich wspierają, państwo polskie zawiodło, bo 10 kwietnia pod Smoleńskiem zdarzyła się okropna katastrofa, jaka się nie przydarza państwom cywilizowanym, a śledztwo w sprawie jej przyczyn nie jest prowadzone w odpowiedni sposób. Ich nieufność pogłębiają obecne działania rządu. Pamiętają także o kampanii nienawiści skierowanej przeciw prezydentowi Kaczyńskiemu. Tak więc i jedni, i drudzy odwołują się do Polski i do państwa. I to o nie walczą. Krzyż jest potrzebny tylko jednej stronie. Trzeba zatem odpowiedzieć sobie na pytanie: Co jest większym problemem Polski, co jest świadectwem tego, że państwo polskie nie działa: drewniany krzyż przed Pałacem Prezydenckim czy niewyjaśniona tragiczna śmierć lżonego za życia prezydenta, jego małżonki i wybitnych przedstawicieli polskiego państwa i życia publicznego, posłów i generałów, którą ten krzyż upamiętnia. Kto tu jest fanatykiem, a kto realistą? Różne są metody zwaśnionych stron. Jedni walczą modlitwą i pieśniami religijnymi. A także cierpliwością. Czasami również ostrym słowem. Krzyż nie jest dla nich tylko symbolem wiary, lecz także symbolem pamięci o tych, którzy zginęli. Jest symbolem wolnej Polski, która znajduje się w niebezpieczeństwie. Lech Kaczyński, którego nie wszyscy z nich cenili za życia, jest dla nich prezydentem tej wolnej Polski. Usunięcie krzyża sprzed pałacu to także jeszcze jedna akcja wymierzona przeciw Polsce i polskości. Zdarzało się, że na kartkach składanych pod krzyżem formułowane były najcięższe oskarżenia – o zdradę, o narodowe zaprzaństwo rządzących. Nie jest to jedyny krzyż w naszym kraju, który pojawił się w miejscu publicznym. Polacy wznosili je dla powstańców warszawskich, kiedy ich jeszcze opluwano w imię społecznego postępu, dla ludzi poległych w czasie komunizmu. Pomnik w postaci trzech krzyży wzniesiono w 1980 roku przy Stoczni Gdańskiej, doszczętnie zmodernizowanej przez obecny rząd. Krzyż był symbolem wolności i oporu, symbolem polskości. Jak pisał Adam Michnik w 1983 roku w „Liście z Białołęki”: „sens bycia Polakiem niemożliwy jest do zrozumienia i ogarnięcia bez zrozumienia sensu Krzyża. W tym znaczeniu... bez Krzyża niepodobna pojąć kondycji duchowej tego narodu”. Niektórzy światli przedstawiciele Kościoła twierdzą jednak, że krzyż postawiony przed Pałacem Prezydenckim jest polityczny, i wobec tego mogą umyć ręce. Ale tamte krzyże były nie mniej polityczne. W ogóle krzyż w pewnych sytuacjach staje się bardzo polityczny. Być może należałoby się zastanowić nad sytuacją, w której tak się dzieje. Najczęściej to bardzo źle wróży Polsce. [srodtytul]Krzyż z puszek po piwie Lech[/srodtytul] Przeciwnicy krzyża walczą żartem, drwiną, śpiewem biesiadnym, podskokami, zabawą. Postępowi politycy i inteligenci się zachwycają, że pokazali oni twarz innej Polski – „uśmiechniętej, przekornej, dowcipnej, czasami prowokującej”. Do tych dowcipów należało obnoszenie pluszowego misia przymocowanego do krzyża, a także optymistyczny okrzyk progenderowy „Pokaż cycki”. Ktoś się przebrał za papieża, jakaś podochocona pani zademonstrowała swe wdzięki w oknach Bristolu. Słowem, wreszcie przeżyliśmy renesans społeczeństwa obywatelskiego i ubawiliśmy się po pachy. Ten rodzaj subtelnego humoru hartował się w programach Kuby Wojewódzkiego i podobnych mu nadwiślańskich Lettermanów. Włączyli się nawet kibice Legii, jak zwykle po jasnej stronie. Pomniejsze happeningi odbywają się zresztą co noc. Bo to nie tylko w Pędzącym Króliku, ale i w knajpie na rogu, w dawnym Europejskim, przy śledziku i wódce powstaje nowa, zmodernizowana Polska – bezpruderyjna i gotowa do wszelkich zabaw, nawet do sikania na znicze. A teorie, niezbyt chyba potrzebne, wkuwa się na rogu Nowego Światu i Świętokrzyskiej. Nic więc dziwnego, że te występy tak się podobają cytowanemu powyżej Markowi Siwcowi. Przecież to on jako pierwszy wykonał dowcipny happening – całowanie ziemi kaliskiej. Niestety, wyprzedził epokę i spotkało go powszechne potępienie, choć w porównaniu z krzyżem z puszek po piwie Lech był to leciutki żarcik. Dopiero w epoce Palikota, w czasach rządu partii, która uchodzi w PE za chadecką, doszliśmy – jeśli chodzi o poszanowanie wiary – do właściwych standardów dobrego smaku. Odmienny jest skład społeczny zwalczających się stron. Jedni są podobno prowincjuszami, moherami, ciemnymi, niewykształconymi ludźmi, fanatykami ulegającymi teoriom spiskowym. Wielu przypomina te osoby, które w stanie wojennym układały krzyż z kwiatów na placu zwanym wówczas placem Zwycięstwa, a potem przed kościołem Wizytek. Drudzy to młodzi, z wielkich miast, w swym przekonaniu wykształceni, inteligentni, światowi, jak ów błyskotliwy kucharz z ASP, który uchodził za głównego organizatora demonstracji. Często swe umysły rozjaśniają jeszcze alkoholem, a także innymi środkami bardzo modernizującymi. Wśród ludzi zebranych przed krzyżem zdarzają się tacy, którzy chcieliby wierzyć, że ci rozjaśnieni to „żydokomuna”. Ale to zupełnie rodzime wyrostki. To są dzieci III RP, wychowane na odpadach światowej popkultury, to produkt wielkiego sukcesu edukacyjnego polegającego na tym, że można dostać dyplom wyższej uczelni, nie przeczytawszy ani jednej książki, nawet Żiżka. Demonstrują w obronie prawa i wolności. A że przy tym naruszają prawo i prawa współobywateli, tym gorzej dla prawa. Gdyby wybory potoczyły się nie po ich myśli, pewnie przyszliby jeszcze większą masą. A Jarosław Kaczyński mógłby się liczyć z podobnym traktowaniem jak jego brat. Są bezwzględni, bo wmówiono im, że nowoczesna Polska do nich wyłącznie powinna należeć, a prawo jest dobre wtedy, gdy służy umacnianiu własności. [srodtytul]Zbiorowy Palikot[/srodtytul] Metody, którymi się posługują, nie są nowe. Od paru lat stosowane są z sukcesem w polskiej polityce. Kiedyś śmiano się z Lecha Kaczyńskiego, teraz się śmieją z krzyża i papieża. Niedługo i do biskupów Kościoła „łagiewnickiego” będą krzyczeć „spieprzaj dziadu”. Są bardzo użyteczni, bo obozowi rządzącemu nie na rękę była rozprawa z tłumem 3 sierpnia. Musiano by użyć środków przymusu bezpośredniego. Zdjęcia i filmy poszłyby w świat i komuś mogłoby przyjść do głowy, że oni rzeczywiście stanęli, gdzie stało ZOMO. Tym razem Palikot, o którym jego kolega partyjny mówi, że jest „bardzo mocno umocowany”, nie wystarczył jako indywiduum, potrzebny był Palikot zbiorowy, aktyw młodzieżowy, który spełni tę samą rolę, co aktyw robotniczy w dawnych czasach, gdy też trzeba było zatrzymać ciemnotę i reakcję. Teraz wystarczy Facebook, by zorganizować tłumek, a prymitywną pałkę można zastąpić lepszymi narzędziami. Nie przypadkiem premierowi poprawił się humor. Już nie mówił o potrzebie zaprowadzenia porządku, ale o polskim Hyde Parku. Obozowi rządzącemu chodzi o zatarcie niewygodnej pamięci o poprzednim prezydencie. Po pierwsze dlatego, że chce się wykpić z oczywistej odpowiedzialności za skandaliczną organizację podróży do Smoleńska rządowym samolotem. Po drugie chce zatrzeć pamięć o obrzydliwej nagonce, którą prowadził przeciw Lechowi Kaczyńskiemu, i o tym, że posunął się nawet do współdziałania w tym względzie z putinowską Rosją. Po trzecie chce ukryć fakt swojej bezsilności i całkowitej uległości w stosunku do Rosji. W gruncie rzeczy jest to lęk przed historią. Lęk, że mimo całej skutecznej propagandy sukcesu rządzący zostaną zapamiętani jako ci, którzy ponoszą polityczną i moralną odpowiedzialność za katastrofę smoleńską. Ten lęk bardzo źle wróży wolności w Polsce. To on sprawił, że Bronisław Komorowski rozpoczął swoją prezydenturę od wypowiedzenia wojny, która jednak nie okazała się blitzkriegiem. A przecież mogło być inaczej. Obejmujący urząd prezydent mógł złożyć wiązankę kwiatów pod krzyżem, wygłosić parę ciepłych słów o poprzedniku, zapewnić, że mimo różnic politycznych zadba o pamięć o nim i o to, by śledztwo było prowadzone sumiennie. Rząd mógł uczynić wyjaśnienie katastrofy smoleńskiej swoim priorytetem. Zamiast więc pytać, dlaczego Jarosław Kaczyński podejmuje sprawę Smoleńska, należy zadać pytanie dokładnie odwrotne: dlaczego obóz rządzący jej nie podejmował, dlaczego tylko pod naciskiem informował opinię publiczną i dlaczego z taką agresją reaguje na każdą wzmiankę o katastrofie? I o czym to świadczy? Postępujący rozkład polskiej demokracji wyraża się w całkowitej fikcyjności treści głoszonych w czasie kampanii wyborczej. PiS niestety zaczął imitować piarowskie metody PO, natomiast obóz rządzący, głosząc zgodę, od razu postawił na wojnę. Zaraz po wyborach się dowiedzieliśmy, że zostaną podniesione podatki, nasz nowy przyjaciel wicepremier Rosji Iwanow oświadczył, że wszystkie materiały ze śledztwa już zostały Polsce przekazane. Wybrany prezydent zatroszczył się o to, by zaprzyjaźnione z nim osoby znalazły się w KRRiT, a następnie dał sygnał do ataku. [srodtytul]Fanatyzm jasnej strony[/srodtytul] Wbrew powszechnym opiniom to po tej stronie polskiej sceny politycznej, zwłaszcza wśród ludzi wykształconych – publicystów, dziennikarzy, socjologów, politologów – znacznie więcej jest ludzi całkowicie zaślepionych. To fanatyzm pozwala wyborcom PO wierzyć w czcze obietnice i w to, że Polska jest zieloną wyspą dzięki działaniom rządu, który jeszcze niedawno chciał wprowadzać euro. To fanatyzm pozwala wierzyć, że PO odnosi sukcesy w polityce zagranicznej. To ten fanatyzm jest przyczyną wiary w MAK, w rosyjską prokuraturę, ba – nawet w KGB i FSB. W nagrodzonej Pulitzerem książce Anny Applebaum, wydanej w roku 2003, możemy przeczytać: „Gdybyśmy rzeczywiście wiedzieli, co Stalin uczynił Czeczenom, gdybyśmy odczuwali to jako straszliwą zbrodnię przeciw narodowi czeczeńskiemu, to nie tylko Władimir Putin nie mógłby jej popełnić ponownie, ale i my nie moglibyśmy przypatrywać się temu obojętnie”. Według tej autorki: „Luki w świadomości historycznej mają poważne konsekwencje dla procesu kształtowania się społeczeństwa obywatelskiego i rządów prawa w Rosji. Mówiąc bez ogródek – jeśli łotry i kanalie starego systemu pozostają bezkarne, nie ma żadnych szans, by dobro zatriumfowało nad złem”. Twierdzi ona także, że „znaczna część ideologii Gułagu przetrwała w mentalności i światopoglądzie współczesnej elity rosyjskiej”. Ubolewa, że „większości Rosjan nie wydaje się szczególnie obchodzić fakt, że FSB może kontrolować korespondencję prywatną, podsłuchiwać rozmowy telefoniczne i wchodzić do mieszkań prywatnych bez nakazu sądowego”. Jak wiadomo, niedawno jeszcze rozszerzono uprawnienia FSB. O hołubionym przez polskich pionierów pojednania Putinie czytamy: „Prezydent Rosji Władimir Putin to były oficer KGB, z dumą określający się mianem »czekisty«. Jeszcze jako premier uznał za swój święty obowiązek pojawić się w kolejną rocznicę utworzenia Czeka – w centrali KGB na Łubiance i wmurować tam tablicę pamiątkową ku czci Jurija Andropowa”. Teraz Władimir Putin znowu jest premierem, a autorka, przez krótki czas kandydatka na pierwszą damę w Polsce, nie mogła chyba przewidzieć, że luki pojawią się także w pamięci jej małżonka, gdy zostanie ministrem spraw zagranicznych w rządzie PO, że premier Polski będzie się obejmował z tymże właśnie Putinem, kiedy nieopodal będą leżały zwłoki polskiego prezydenta, do których nawet nie podejdzie? Czy jeszcze parę lat temu wszyscy nie uznalibyśmy tego za niewyobrażalny koszmar, horror? To fanatyzm sprawia, iż z góry się zakłada, że jedynym winnym katastrofy jest Lech Kaczyński i piloci działający pod jego rzekomym naciskiem. Wielu Polaków chce w to wierzyć, bo tak jest najwygodniej. Cóż bowiem by było, gdyby się okazało, że główną przyczyną katastrofy było np. złe naprowadzanie samolotu przez kontrolerów? Nie są to jednak sprawy, które obchodzą zmodernizowaną młodzież. Dla niej to był wypadek jakich wiele. Ich przekonuje zapewne twierdzenie Bronisława Komorowskiego, że nikt na nich nie czyha – co najwyżej Kościół i dewoci chcący ograniczyć ich w sprawach naprawdę dla nich ważnych. Dopóki trwa zabawa, dopóki ma się na piwo i znajduje miłosnych partnerów, wszystko jest dobrze. Im już wytłumaczono, że Polska nie jest najważniejsza. I zawsze można ich skrzyknąć, by przyszli o tym zaświadczyć. Jakie jest wyjście z tego konfliktu? W sprawie krzyża przed pałacem można dojść do kompromisu. Przecież wszyscy są zgodni, że ów drewniany krzyż stoi tam tylko czasowo. Platformie nie zależy na tym, by ostatecznie zrazić do siebie hierarchów Kościoła „łagiewnickiego”, który znalazł się w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Ale cichcem, pospiesznie wmurowana tablica nie świadczy o dobrych intencjach. Czy dojdzie zaś do kompromisu Polaków w sprawie Polski? Skoro tragedia smoleńska nie doprowadziła do zmiany, to w zasadzie nie wiadomo, jaki wstrząs mógłby sprawić, żeby doszło do prawdziwej zgody w sprawach podstawowych, w sprawie polskiej racji stanu. Ta władza się nie zatrzyma, potrzebuje konfliktu, by ukryć swą nieudolność, swoją winę i lęk. Może liczyć na wsparcie „młodych, wykształconych, z wielkich miast”, ma też już wszystkie instytucje państwowe w swoich rękach. Siły są nierówne, ale historia Polski pokazuje, że w najtrudniejszych momentach słabi okazywali się wyjątkowo silni i ostatecznie zwyciężali.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL