Ja jako ofiara sondaży

aktualizacja: 22.06.2010, 09:36
Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej"
Paweł Lisicki, redaktor naczelny "Rzeczpospolitej"
Foto: Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek

Byłem ufny. Do tej pory, ilekroć słyszałem o tym, że sondaże są naciągane, że robi się je pod z góry przewidzianą tezę, wzruszałem ramionami lub pukałem się znacząco w głowę.

Niemożliwe, mówiłem sobie w duchu. Sondaże są profesjonalne. Tam w firmach siedzą prawdziwi znawcy. Wszystko potrafią przewidzieć, wymierzyć, oszacować. Statystycznie ująć. No, zdarzają się im czasem wpadki, ale niewielkie. Nieznaczące. Przecież nikt by sobie tam nie pozwolił na fuszerkę. Nikomu do głowy by nie przyszło, że można manipulować. Ścisłe reguły i jasne kryteria muszą być przestrzegane. Za to im płacą i tego się od nich wymaga.
Tak, byłem ufny. Pisałem i myślałem, durny i głupi, podług tego, co wyczytałem w badaniach. Do niedzieli. A ściślej do wczorajszego poranka, kiedy to się okazało, że wbrew danym ośrodków badawczych różnica między Jarosławem Kaczyńskim a Bronisławem Komorowskim wynosi nie – jak wczoraj można było zobaczyć w prywatnych telewizjach – 10 punktów procentowych, ale ledwie 4,5, co pokazało badanie OBOP.
Błędy popełniły niemal wszystkie ośrodki. Również przewidywania "Rzeczpospolitej" w piątkowym wydaniu odbiegały od rzeczywistości, choć może nie w tak dużym stopniu. Pomylili się niemal wszyscy, choć nie wszyscy w równym stopniu. Nic nie przebije błędu PBS DGA, która jeszcze w piątek podawała 51 proc. poparcia dla Komorowskiego i 33 proc. dla Kaczyńskiego. Wniosek był oczywisty: Komorowski może wygrać w pierwszej turze, trzeba się tylko sprężyć.
Całkiem przypadkowo opublikowano to w przededniu wyborów akurat na łamach "GW", która jak żadna inna gazeta stała się tubą propagandową partii rządzącej. Która obok notowań kandydatów umieściła wezwanie Tadeusza Mazowieckiego do głosowania na Komorowskiego. Pytam zatem: czy to tylko błąd pomiaru? Czy rzetelna pracownia może się pomylić o kilkanaście punktów procentowych? Czy pracują tam zawodowcy, czy szamani wróżący z układu chmur na niebie?
I dalej: co zamierzają teraz zrobić wszyscy ci specjaliści? Jak chcą się ustrzec przed kolejną kompromitacją? Jak się wytłumaczyć przed opinią publiczną? Na razie odpowiada mi cisza. Co najwyżej znowu widzę miny zadowolonych z siebie ekspertów, którzy spokojnie tłumaczą, że w gruncie rzeczy nie ma o co kruszyć kopii. Guzik prawda.
Jedyne, co usprawiedliwia nieco sondażownie, to to, że zwiedli ich respondenci. Wyborcy bali się przyznać, na kogo zagłosują. Wszystkie ośrodki pomyliły się w ten sam sposób: przeszacowały poparcie dla Komorowskiego, nie doceniły Kaczyńskiego. Ot, to najlepszy dowód na to, kogo boją się ludzie i jaki jest stan polskiej demokracji. Wbrew propagandzie PO wyborcy obawiali się przyznawać do głosowania na Jarosława Kaczyńskiego. Czyli bali się nie strasznej IV RP, ale łagodnej powszechnej miłości proponowanej przez marszałka.
To tyle. Od tej pory przestaję ufać badaczom. Chyba że zrobią coś, żeby mi utraconą wiarę przywrócić. Chyba że będą mieli odwagę przeprosić. A może, skoro przewidywania im nie wychodzą, zmienić profesję? Dlaczego mam od nich wymagać mniej niż od polityków? Za takie błędy się płaci.
[ramka]Skomentuj [link=http://blog.rp.pl/lisicki/2010/06/21/ja-jako-ofiara-sondazy/]na blogu[/link][/ramka]

POLECAMY

KOMENTARZE