Opinie

Internauci to również obywatele

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
O cenzurze w Internecie, mówi Piotr Waglowski, autor serwisu VaGla.pl Prawo i Internet, członek zarządu Internet Society Poland i Rady Polskiej Izby Informatyki i Telekomunikacji, w rozmowie ze Sławomirem Wikariakiem
[b]Projekt ustawy antyhazardowej, który miał doprowadzić do cenzury Internetu, paradoksalnie przyczynił się do rozpoczęcia dyskusji na temat sposobu przygotowywania regulacji prawnych. Jak do tego doszło?[/b]
Pierwsza ustawa, dotycząca m.in. jednorękich bandytów, została przygotowana w ekspresowym tempie i trzy czytania w Sejmie odbyły się w ciągu tygodnia, co w praktyce uniemożliwiało jakąkolwiek dyskusję. Zaraz potem została przygotowana nowelizacja, co było zrobione z pełną premedytacją. W niej bowiem zostały zawarte tzw. przepisy techniczne, dotyczące m.in. blokowania stron internetowych. Rząd zdawał sobie sprawę, że konieczność ich notyfikacji w Unii Europejskiej zamrozi proces legislacyjny na jakiś czas. Stąd ta dwuetapowość. [b]Pomysł blokowania stron wywołał olbrzymie oburzenie wśród internautów.[/b]
Tak, przy tym rejestr stron i usług niedozwolonych miał dotyczyć nie tylko hazardu. Rozszerzono go o tzw. phishing, czyli podszywanie się pod inne osoby, propagowanie totalitarnych ustrojów i pornografię z udziałem dzieci. [b]Opublikował pan wówczas felieton zatytułowany “To nie jest fair, że państwo zmusza mnie do obrony pedofilów i faszystów”.[/b] Tytuł był prowokacją. Niemniej jednak oddawał to, do czego sprowadzona została dyskusja. Nie toczyła się wokół meritum problemu, tylko opierała na emocjach. Przecież fakt, że krytycznie komentowałem projekt, nie oznaczał automatycznie, że jestem zwolennikiem pornografii dziecięcej lub hazardu. [b]Przeciwko czemu więc pan protestował?[/b] Przede wszystkim przeciwko temu, w jaki sposób przygotowano projekt. Ingerował on w wolności konstytucyjne, nakładał poważne obowiązki na właścicieli infrastruktury teleinformatycznej, a nie był w żaden sposób konsultowany z branżą teleinformatyczną i organizacjami społecznymi. Nie był zresztą konsultowany prawie z nikim poza firmami hazardowymi. A wywoływał wiele pytań. Chociażby, czy wydawca serwisu internetowego ma prawa strony w postępowaniu o zablokowanie strony serwisu internetowego. Nie wynikało to z projektu, a przecież jednym z praw podstawowych jest prawo do sądu. [b]Ze strony rządu padł wówczas argument, że przecież zdecydowana większość Polaków chce walki z pedofilią. Dlaczego więc wy, drodzy użytkownicy Internetu, protestujecie przeciwko blokowaniu takich stron?[/b] Tych argumentów padało ze strony rządowej więcej. Ale zatrzymując się przy tym – czy już sam fakt, że kwestię pornografii dziecięcej zaczyna regulować Ministerstwo Finansów, nie powinien budzić zdziwienia? [b]Doszło do głośnego spotkania premiera z internautami…[/b] Mała poprawka. To nie było spotkanie z internautami. To było spotkanie z obywatelami tego kraju. [b]Wychodząc z niego, premier Tusk oświadczył, że chociaż nie został do końca przekonany, to jednak, dostrzegając niezadowolenie użytkowników Internetu, zdecydował się zrezygnować z blokowania stron.[/b] Nie tylko to. Pan premier był uprzejmy zauważyć, że jednym z elementów, które wziął pod uwagę, wycofując się z rejestru stron niedozwolonych, było to, co wydarzyło się w Niemczech. Otóż tam wprowadzono rozwiązania legislacyjne pozwalające blokować niektóre strony. Zaraz po tym odbyły się wybory do Bundestagu i koalicja, która przyjęła te rozwiązania, utraciła większość. [b]Sugeruje pan, że to nie względy merytoryczne skłoniły premiera Tuska do rezygnacji z blokowania stron internetowych?[/b] To nie ja sugeruję. To pan premier powiedział podczas tego spotkania, że dostrzegł, co działo się w Niemczech, i zdaje sobie sprawę, że i u nas można się spodziewać reperkusji politycznych. [b]Ponad 80 tys. ludzi podpisało się wtedy pod listem do prezydenta, żeby zawetował tę ustawę.[/b] Ja się pod nim nie podpisałem, bo staram się posługiwać argumentami merytorycznymi, a na etapie przygotowywania projektu trudno przecież mówić o konieczności prezydenckiego weta. [b]Być może dużo istotniejszym skutkiem spotkania z premierem było rozpoczęcie dyskusji na temat udziału społeczeństwa w stanowieniu prawa.[/b] Wcześniej rzeczywiście premier jakby nie dostrzegał potrzeby przejrzystości. Pytany o protokół z pewnego spotkania, odpowiadał, że ma zaufanie do swoich ludzi. O ile dla mnie jest oczywiste, że szef rządu ma zaufanie do ludzi, z którymi współpracuje, o tyle jako obywatel chciałbym mieć instytucjonalną pewność, że informacje ze spotkań z premierem, który przecież nie występuje na nich jako prywatna osoba, tylko jako m.in. mój przedstawiciel, będą dla mnie dostępne. [b]Po spotkaniu Kancelaria Prezesa Rady Ministrów ogłosiła, że powoła tzw. grupę inicjatywną, która opracuje zasady konsultacji projektów ustaw dotyczących społeczeństwa informacyjnego.[/b] W serwisie własnym premiera opublikowano taki komunikat, chociaż nikt nie był pod nim podpisany, tak więc nie wiadomo, kto naprawdę go wydał. Co zaś do samego pomysłu powołania grupy inicjatywnej: gdybym chciał wziąć odpowiedzialność za proces stanowienia prawa, założyłbym partię i wystartował w wyborach. [b]Czyli jest pan przeciwny ustanowieniu grupy inicjatywnej, która miała doprowadzić do większego zaangażowania obywateli w proces legislacyjny, a o to przecież pan walczy. Nie ma tu sprzeczności?[/b] Czym innym jest przygotowanie procesu legislacyjnego i branie za niego odpowiedzialności, a czym innym konsultowanie projektów z obywatelami. Rząd jest od tego, by przygotować regulacje prawne, dobre uzasadnienie, rzetelną ocenę skutków regulacji, to on jest do tego umocowany. Ale powinien to robić w sposób przejrzysty i z poszanowaniem głosu obywateli. Jedno drugiemu nie przeczy. [b]Na razie grupa nie powstała.[/b] I nie powstanie. Do premiera trafił list podpisany przez 11 organizacji społecznych. Podziękowały za propozycję, ale uznały, że nie chodzi tu o komunikację z internautami czy organizacjami, tylko z obywatelami. Nie sposób wyłonić przedstawicieli “społeczeństwa informacyjnego”, by w ten sposób ograniczyć liczbę podmiotów biorących udział w konsultacjach. [b]Czy to oznacza, że cały projekt spalił na panewce?[/b] Mam nadzieję, że nie. Strona rządowa została zaproszona do udziału w Kongresie Praw Obywatelskich, podczas którego poruszano również temat przejrzystości stanowienia prawa i udziału w tym procesie obywateli. Reprezentanci strony rządowej zgodzili się, że przynajmniej część ustaw, ta, która dotyczy społeczeństwa informacyjnego, będzie szeroko konsultowana społecznie. [b]Jak to ma wyglądać?[/b] Dyskusja na ten temat została przerwana przez tragedię w Smoleńsku. Podejrzewam, że nie będzie jej sprzyjał także czas przyspieszonych wyborów. Mam jednak nadzieję, że to nie koniec i dyskusja będzie się toczyć i doprowadzi do większego zaangażowania społeczeństwa. Trwa cały czas m.in. na specjalnej liście dyskusyjnej, na którą zapisali się przedstawiciele rządu. W swojej naiwności wierzę, że do tych tematów ustosunkują się kandydaci na urząd prezydenta. Tyle że to oznaczałoby udział w merytorycznej dyskusji o sprawach technicznych, której – jak mi się wydaje – politycy nie lubią. Uwolnienie informacji, która związana jest z państwem, jest nieuchronne. Już teraz pojawiły się inicjatywy obywatelskie pobierania i wykorzystywania danych wszędzie tam, gdzie to możliwe. W USA konkurenci polityczni tworzą serwisy internetowe pozwalające na lepsze analizowanie sytuacji w państwie niejako równolegle do tego, co robią oficjalne władze. To będzie postępować. Na razie jest to prawnie niemożliwe, ale wyobraźmy sobie, że można byłoby użyć podpisu elektronicznego do poparcia obywatelskiego projektu ustawy. Nagle okazałoby się, że zebranie 100 tys. podpisów nie stwarza problemu. Pytanie tylko, co powiedzieliby na to politycy. [b]To kusząca idea, ale na razie chyba dość odległa. Jaki powinien być pierwszy krok?[/b] Bezsensowne jest to, że urzędnik przygotowuje dokument na komputerze, drukuje go, niesie piętro niżej lub wyżej albo przesyła faksem, potem inny urzędnik go skanuje, a następnie rozsyła do wąskiego grona osób. Czasami, chociaż nie zawsze, jest on publikowany na stronie internetowej. Przejrzystość i racjonalność działania państwa wymaga, aby to wszystko działo się w jakimś elektronicznym systemie zarządzania dokumentami i było dostępne w Biuletynie Informacji Publicznej, bo do tego przecież został on stworzony. Wówczas nie byłoby sytuacji, które dzisiaj się zdarzają, że kilku urzędników z różnych resortów pracuje nad rozwiązaniem tego samego problemu, nic o sobie wzajemnie nie wiedząc. Takie rozwiązanie powinno również ograniczyć wydatki publiczne. [b]Od wielu lat mówi się o stworzeniu takiego systemu. Na razie jednak efektów nie widać. Dlaczego?[/b] Istotnym problemem w Polsce jest resortowość. Efekt jest taki, że jedno ministerstwo nie wie, czym zajmuje się drugie. Przykładem może być właśnie system elektronicznej konsultacji aktów prawnych. Rządowe Centrum Legislacji pracuje nad własnym systemem, Ministerstwo Gospodarki nad swoim, a Centrum Projektów Informatycznych przy MSWiA właśnie w tej chwili zamawia Centralny Biuletyn Informacji Publicznej. Trudno tu mówić o efektywności działań. [b]A jak według pana taki system miałby wyglądać?[/b] System rządowy powinien być zintegrowany z sejmowym systemem obiegu dokumentów. Na tym się sprawa nie kończy. W proces stanowienia prawa zaangażowany jest przecież także prezydent. Projekty aktów prawnych mógłby też dostawać do oceny Trybunał Konstytucyjny. Wszystko to powinno być opublikowane w BIP oraz udostępnione do ponownego wykorzystania przez obywateli. Taki jednolity system wymiany dokumentów umożliwia śledzenie, co dzieje się z projektem na każdym etapie, tak aby było wiadomo, kto coś do niego dodał, a kto coś usunął.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL