Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Już nie przeszkadza

Rzeczpospolita
Najbardziej dotkliwe obelgi, drwiny, poniżajšce wyzwiska sypały się na Prezydenta RP. Pomiatano Nim w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie – pisze filozof społeczny
Od dłuższego czasu planowałem napisanie dla „Rzeczpospolitej” artykułu, w którym chciałem uzasadnić, dlaczego będę głosował na Lecha Kaczyńskiego i dlaczego uważam Go za dobrego prezydenta, za najlepszego, jakiego mieliœmy od 1989 roku. Wiedziałem, jakie będš reakcje tak wielu ludzi Mu niechętnych – że to oczywiste, bo to pisze pisowiec, lizus, oszołom od ojca Rydzyka, wyrzucony z UW za głupotę, ideolog IV RP, któremu szkoda sutych apanaży, członek Honorowego Komitetu Wyborczego Lecha Kaczyńskiego w 2005 r. Także tego ostatniego okreœlenia używano jako obelgi.    
Od paru lat spadały na nas wyzwiska – na tych wszystkich, którzy nie chcieli przyłšczyć się do chóru wylewajšcych pomyje na głowę Prezydenta, przystšpić do walki z kaczyzmem, dołšczyć się do zbożnego czynu dożynania watah. Tak jakby nie było o wiele łatwiej płynšć z głównym nurtem, pisać do „GW” i odcinać kupony od poglšdów wytartych w powszechnym obrocie. Nie, wcale się nie skarżę. Te obelgi były zaszczytem. Dzisiaj wiem, że sš największym zaszczytem, jaki mnie spotkał w życiu. Znacznie potężniejsze razy spadały na współpracowników Prezydenta i polityków PiS, także takich, których kiedyœ Platforma chciała mieć w swoim szeregu, jak Grażyna Gęsicka. Nie mogę zapomnieć, jak uszargano Annę Fotygę, która chciała służyć Prezydentowi, realizować jego politykę najlepiej jak umiała. Można się było nie zgadzać z tymi celami, ze sposobami ich realizacji. Ale drwiny dotyczyły sposobu bycia, wyglšdu. Znamy także odwrotne przypadki – wystarczyło się odcišć od Prezydenta i jego brata, by znowu zostać uznanym za subtelnego intelektualistę, by wznosić się w rankingach zaufania, by odzyskać godnoœć i urodę. Był konserwatywnym socjalistš czy socjalnym konserwatystš, łšczšcym patriotyzm z wrażliwoœciš społecznš i umiarkowanym konserwatyzmem obyczajowym Najbardziej dotkliwe obelgi, drwiny, poniżajšce wyzwiska posypały się na Prezydenta RP. Pierwsze spadły od razu po Jego wyborze. Nie oszczędzono także poczštkowo Jego Małżonki, zanim postępowe panie Jej nie polubiły. Pomiatano Prezydentem w sposób bezprzykładny, nękano Go bezustannie. Nie dbano o godnoœć najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej. Pamiętamy zabierany samolot, pamiętamy pomniejszanie rangi urzędu, który sprawował, przy pomocy usłużnych prawników i dziennikarzy. Pamiętamy wszystkie te haniebne: „nie potrzebuję tu pana prezydenta”, „jaki zamach, taki prezydent” i „durnia mamy za prezydenta”, „trup na wrotkach”. Wyœmiewano się z Jego nazwiska – typowego, szacownego polskiego nazwiska – wyœmiewano się w Polsce, jakby to nie była już Polska, jakby to było miejsce na Polenwitze lub Polish jokes. I liczono dni, jakie pozostały do końca Jego prezydentury. Zgromadzonym przed telewizorami Polakom cynicznie wmawiano, że ważniejsze niż ideowoœć sš przekleństwa bezdomnego Huberta, od którego rozpoczęła się era „nowoczesnego PR” w Polsce, „Borubar”, „Irasiad”, przekręcony szalik czy flaga. Ekscytowano się „małpkami” wypijanymi przez zapraszanego dzień w dzień, wieczór w wieczór i promowanego w partii rzšdzšcej przedstawiciela polskiego motłochu. Sam premier wyrażał się ciepło o tym wspaniałym PR-owskim pocišgnięciu. (por. dzieło „Ja, Palikot”, Wydawnictwo Czerwone i Czarne, Warszawa 2010, s. 155)     Czołowi politycy przekraczali granicę przyzwoitoœci, krzyczšc: „Były prezydent Kaczyński”, popisujšc się piskliwymi tyradami o dyplomatołkach i małpce Fiki Miki. Bo ani studia na najlepszej uczelni, ani dobra przeszłoœć, choćby opowiedziana tysišc razy, nie ochroniš przed obsunięciem się do poziomu motłochu. Niezawisłe sšdy RP orzekały, że nazwanie prezydenta chamem nie jest obrazš, a jednoczeœnie skazywały doradcę prezydenta na kary za opisywanie powszechnie znanych poglšdów słynnego na œwiecie obrońcy wolnego słowa i innych wolnoœci. Gdy dzisiaj patrzymy na prezydenturę Lecha Kaczyńskiego, trudno wydestylować z potoku brudu rzeczowe argumenty mogšce uzasadnić tę falę nienawiœci. Mówiono, że to prezydentura partyjna. Żartobliwe powiedzenie, że „misja została wykonana”, traktowano jako dowód, mimo że wszyscy wiedzieli, że relacje między braćmi nie miały charakteru podległoœci. Oburzano się, że zwleka z podpisaniem traktatu lizbońskiego, chociaż zapowiadał, że go podpisze wtedy, gdy decyzję podejmš Irlandczycy. Bo tak jak w polityce wewnętrznej, także w polityce europejskiej Lech Kaczyński chciał, by nie było równych i równiejszych, tych, którym wolno wszystko, i tych, którym z góry przeznaczono miejsce poœlednie. Sprawiedliwoœć, równe prawa dla słabszych i wolna, bezpieczna Polska – to było jego credo. Był w gruncie rzeczy konserwatywnym socjalistš czy socjalnym konserwatystš, łšczšcym patriotyzm z wrażliwoœciš społecznš i umiarkowanym konserwatyzmem obyczajowym. Nie był antyeuropejski. Gdy zostawał prezydentem, nie miał wielkiego doœwiadczenia międzynarodowego. Szybko się jednak uczył, bo mimo braku talentów językowych był wyjštkowej klasy umysłem. Z poczštku był bardzo zdziwiony tym, jak silne sš interesy narodowe w Europie i jak mocno trzeba ich bronić. Chciał zadbać o pozycję swego, naszego kraju – nie inaczej niż Angela Merkel, o której zawsze wyrażał się ciepło i z uznaniem, o interes Niemiec, i jak Nicolas Sarkozy, o którym mówił z uœmiechem, że na pewno przewyższa go ekscentrycznoœciš, o interes Francji. Inni mieli mu za złe, że w ogóle traktat negocjował i że nań przystał. Ale Lech Kaczyński był realistš, wiedział, że Polska nie może pozostać wyizolowana. Niestety, dla Jego Polski, Polski równouprawnionej, podmiotowej, niewyrzekajšcej się swojej tożsamoœci, Polski ambitnej, zrobiło się ostatnio bardzo mało miejsca. W Europie coraz wyraŸniejsza jest dominacja wielkich państw. Stany Zjednoczone coraz mniej interesujš się Europš Œrodkowš, rezygnujšc nie tylko z tarczy nad Polskš, lecz także zabierajšc ochronny parasol znad głowy jej prezydenta.     Lech Kaczyński był coraz bardziej osamotniony. Niedawno doszło do zwrotu na Ukrainie, coraz bardziej zagrożona jest Gruzja, ale pojawiły się znaki, że coœ się zmienia. W niedzielę odbyły się wybory na Węgrzech, w których wygrał Fidesz. W Wielkiej Brytanii ogłoszono wybory, w których konserwatyœci, sojusznicy PiS z Parlamentu Europejskiego, mogš odnieœć zwycięstwo. W Polsce zaczęło rosnšć zaufanie dla Prezydenta. Ostatni sondaż przed Jego œmierciš pokazywał dziewięcioprocentowy spadek poparcia dla kandydata PO i siedmioprocentowy wzrost poparcia dla Lecha Kaczyńskiego. Mnożyły się sygnały, że Polacy, że znaczna ich częœć zaczyna trzeŸwieć, zaczyna powoli dostrzegać rzeczywistoœć. Za pół roku sytuacja Polski mogła być zupełnie inna. Œmierć Prezydenta przekreœliła te nadzieje. Lecha Kaczyńskiego przedstawiano za granicš jako nacjonalistę i człowieka o skrajnych poglšdach. Nigdy nim nie był. Kochał swojš rodzinę – tu nie było żartów i nie było „przebacz”. I kochał Polskę – tu też nie było żartów, nie było „przebacz”. Wiedział, że przeznaczenie postawiło Go na urzędzie w skomplikowanej sytuacji, na czele narodu zdezorientowanego. Był człowiekiem idei i wartoœci, nie taniej popularnoœci. Był oryginałem. Był nieœmiały i uparty, niereformowalny i nieustawialny. Zupełnie też niemedialny, często nieporadny przed kamerš, choć dzisiaj widzimy, że także w mediach można było go pokazywać inaczej. Potrzebował ciepła i przyjaŸni, choć bywał – co zrozumiałe – nieufny i impulsywny. Był naprawdę wielkim człowiekiem. Nie potrzebowałem Jego œmierci, by to widzieć. I nie piszę tego dlatego, że się poniewczasie wzruszyłem i przyłšczam do chóru zawodowych płaczek. Nie znam innego przypadku współczesnego polityka, którego poglšdy przedstawiane byłyby tak nieadekwatnie i niesprawiedliwie, w sposób tak zdeformowany. W Niemczech, i nie tylko w Niemczech, próbowano nawet zrobić z niego antysemitę, choć, jak wiemy, było wręcz przeciwnie i Jego ciepłe uczucia dla Żydów powodowały dystans u Polaków żywišcych atawistyczne uprzedzenia. Przedstawiano Go jako homofoba. Ale fakt, że to właœnie Guido Westerwelle był tym politykiem niemieckim, który nie mógł powstrzymać łez i że po swej pierwszej, inauguracyjnej wizycie w Warszawie był wobec polskiego Prezydenta pełen przyjaŸni i szacunku, mówi sam za siebie.     Najgorsze rzeczy spotykały Go jednak od rodaków, którzy teraz Go opłakujšc, czujš, że zostali oszukani i wzbiera w nich gniew i wstyd. Zawsze obawiałem się, że Jego prezydentura może zakończyć się tragicznie. Bałem się, że spotka Go los podobny do losu prezydenta Narutowicza, że znajdzie się jakiœ intoksowany i indoktrynowany szaleniec, który będzie chciał zakończyć ten „obciach”. Spotkał Go jednak inny los. Elity III RP nienawiœć do Niego siały œwiadomie i z premedytacjš. Niedawno u czołowego dziennikarza, przedstawiciela ulizanego i zarazem agresywnego konformizmu, dominujšcego w polskich mediach elektronicznych, wyczytałem znamiennš opinię: „A to obrażał się na profesora Bartoszewskiego, a to nie zaprosił Michnika na uroczystoœci z okazji Marca ,68, a to pomstował na (inna sprawa, że czasem słusznie) media. To sprawiło, że większoœć Polaków widzi w Nim raczej prezydenta jednopartyjnego, ideologicznego i uosabiajšcego małoœć wielu ludzi z jego zaplecza niż wielkoœć Rzeczypospolitej.” Ale Lech Kaczyński nie zapraszał tych osób nie tylko dlatego, że spotykały Go obelgi od obu tych autorytetów, ale dlatego, że głęboko nie zgadzał się z ich projektami Polski – takiej Polski, w której generał Kiszczak może uchodzić za człowieka honoru, a Anna Walentynowicz ma dogorywać w zapomnieniu, i takiej Polski, która ma się zachowywać jak brzydka panna na wydaniu i pozwalać na rewizję europejskiej historii przez sšsiadów. Razem z Prezydentem zginęli ludzie, którzy byli nadziejš polskiej polityki: Władysław Stasiak, Grażyna Gęsicka, Tomasz Merta, Aleksander Szczygło. Zginšł Janusz Kochanowski, który podczas ostatniej rozmowy opowiadał mi o tym, jak jego i jego rodzinę zaczęły nękać odpowiednie instytucje. Zginšł Janusz Kurtyka, o którego nękaniu wiedziała cała Polska. Zginęła Anna Walentynowicz, która przeżyła i próbę otrucia w 1981 roku, i stan wojenny, i lata zapomnienia w III RP. Ich wszystkich łšczył jeden wspólny rys – byli ludŸmi idei, a nie kariery. Byli państwowcami. Niestety już nie zabiorš głosu, by wyjaœnić, o co im chodzi, o co chodziło Prezydentowi. Teraz już nie będzie przeszkadzał. Nie ma człowieka, nie ma problemu. I gdy już nie ma problemu, nagle pokazano nam człowieka – jakiegoœ innego Lecha Kaczyńskiego. Okazało się, że był jeszcze trzeci bliŸniak. Nie nieudacznik, który napisał pracę doktorskš o Leninie wtedy, gdy inni walczyli o wolnoœć, nie zaciekły, zapiekły polityk, ale człowiek wielkiego serca i umysłu, choć skromnej postury. Teraz przez ekrany telewizorów przesuwajš się zastępy tych usłużnych gadajšcych głów, które nigdy nie potrafiš zamilknšć i zawsze się pchajš do pierwszego rzędu. Teraz jego dawni koledzy z opozycji pokonali amnezję i przypominajš sobie wspólne czasy, choć jeszcze niedawno nie potrafili wykrztusić ani jednego życzliwego słowa.     A od tych, którzy przy Nim stali i pozostali, wymaga się, by milczeli, by odkreœlili przeszłoœć grubš kreskš, by się pojednali, by nie zakłócali atmosfery żałoby. Ale ich – naszym – obowišzkiem wobec Niego i Nich jest mówić. Grubej kreski tym razem nie będzie. I wy miejcie odwagę, pozostańcie sobš. Już zaczęliœcie dzielić łupy i dobierać się do szaf. Zróbcie kolejne „Szkło kontaktowe”, wyœmiejcie tę œmierć, wypijcie małpki. Zaproœcie Palikota i Niesiołowskiego. Krzyczcie: „cham” i „dureń”, i „były prezydent Lech Kaczyński”. Wyœmiewajcie i drwijcie. BšdŸcie sobš. Gardzę wami. Jestem dumny, że Go znałem. Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL