Styl życia

Tak, straszmy dzieci baśniami

Prof. Grzegorz Leszczyński
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Rozmowa z prof. Grzegorzem Leszczyńskim, kierownikiem Pracowni Badań nad Literaturą Dziecięcą i Młodzieżową w Instytucie Literatury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego
[b]2 kwietnia obchodzony był w Europie Międzynarodowy Dzień Książki Dziecięcej. Fetuje się go od ponad 40 lat. W Polsce bez echa, ale był Wielki Piątek i ważna rocznica – śmierci Jana Pawła II.
Grzegorz Leszczyński:[/b] Gdyby święto książki dziecięcej przypadało u nas w innym czasie, również byłoby niezauważone. [b]Dlaczego pan tak uważa? [/b]
Bo w Polsce nie ma społecznego i medialnego zainteresowania literaturą dla dzieci. To jest bardzo specyficzna cecha naszej kultury. Wiem, że w modzie jest narzekanie na własny dom i ja tak utyskiwać nie lubię. Ale w tym przypadku, niestety, dzieje się coś naprawdę dziwnego i powód do narzekania jest ogromny, bo nie dotyczy jakiejś błahostki, tylko duchowej kondycji młodego pokolenia. Dla porównania – w Szwecji recenzuje się każdą nową książkę dla dzieci w prasie codziennej, odnotowywane są też wznowienia. W Danii na tworzenie sztuki dla dziecka przeznaczanych jest 25 proc. budżetu resortu kultury. W Finlandii powołano narodowy Instytut Książki Dziecięcej zajmujący się badaniem tej literatury i jej promocją. Poważnie traktuje się książkę dziecięcą i duży nacisk kładzie się na wyrabianie nawyków czytelniczych u młodego pokolenia we Francji, Włoszech i w Niemczech. [b]Dlaczego w Polsce literatura dziecięca traktowana jest niepoważnie? [/b] Widzę trzy powody tej sytuacji. Po pierwsze, wielu uważa, że zajmowanie się w jakikolwiek sposób dziecięcością jest infantylne. Po drugie – nie udało nam się wytworzyć tradycji, powszechnego zainteresowania książką dla dziecka, pospolitego w tym kierunku ruszenia. Próbowała to robić akcja „Cała Polska czyta dzieciom” (rok 2010 to jej dziewiąta edycja, red.), ale bez specjalnego wsparcia władz. Jedynie minister Rafał Skąpski (wiceminister kultury w rządzie Leszka Millera, red.) mówił głośno, że priorytetem jest książka dziecięca, ale były to tylko deklaracje. Trzeci powód – przy całym szacunku dla rodzimej twórczości, nie mamy swojego Andersena, Milne’a, Astrid Lindgren, braci Grimm czy Tove Jansson... [b]Pański wybór „Polskie baśnie i legendy” wydany w 2005 r. świadczy o tym, że w Polsce wielu pisało bądź pisze świetnie dla dzieci. [/b] Ale nie mamy do czynienia z czymś takim jak duma narodowa z dokonań tych twórców. Nie umieliśmy ich wypromować na świecie. Tylko jak promować coś, czego sami nie znamy? Zaprzepaściliśmy np. absolutnie pionierską książkę wprowadzającą najmłodszych w tematykę śmierci, naprawdę wielkiego kalibru powieść dla dzieci – „Zwierzoczłekoupiór” Tadeusza Konwickiego. Do dziś utwór znany nielicznym w kręgach inteligenckich... [b] Zauważył pan, że po okresie disneylandyzacji literatury dziecięcej w latach 90. mamy wreszcie ogrom, wręcz zalew pięknie ilustrowanych książek. Zastanawiam się jednak nad ich zawartością literacką. Mówiąc wprost: czy nie mamy przerostu formy nad treścią? [/b] Nie, zdecydowanie nie. To nie są książki tylko do oglądania, bardzo wiele z nich ma znakomity poziom literacki. Są również świetne tekstowo. Fenomenalnie pisze dla dzieci Lilijana Bardijewska, jej „Moja ciotka sroka” jest rewelacyjna. Poza tym ciągle aktywne są Joanna Papuzińska, Joanna Kulmowa i Wanda Chotomska, z poetów Małgorzata Strzałkowska. Z piszących panów – Grzegorz Kasdepke, Paweł Beręsewicz. Ten ostatni napisał świetną rzecz – „Warszawa. Spacery z Ciumkami”. Stworzył książkę, która uczy miłości do tzw. małych ojczyzn. Poruszający, pięknie wydany jest "Wroniec" Jacka Dukaja, baśń osnuta wokół wydarzeń związanych ze stanem wojennym. [b] Gdy mamy niewiele czasu na czytanie, to dobry pomysł, by sięgać do dawnej literatury dziecięcej operującej archaicznym językiem? [/b] Oczywiście. Doceńmy poznawcze i intelektualne możliwości dzieci. Dawny język to dawny sposób myślenia, poszerza sferę doświadczeń młodego czytelnika. Dzięki temu w przyszłości nie będzie miał barier językowych, obcując w szkole np. z utworami Kochanowskiego. [b] A co pan myśli o wszechobecnych w księgarniach tzw. skrótach klasyki dziecięcej, streszczeniach baśni, cenzurowaniu ich z tzw. drastycznych momentów? [/b] Te dzikie przeróbki, wariackie, amatorskie adaptacje słynnych baśni są straszne. Wydawcy chcą sprzedać jak najwięcej produktu. Celowo używam tu słowa „produkt”, a nie książka. Stąd na półkach księgarskich wszechobecny wyrób książkopodobny, jakieś pseudoliterackie utwory „na podstawie”. Najgorsze, że udają oryginały. Nikt nie informuje o rzeczywistym autorstwie, napisane jest: Hans Christian Andersen „Baśnie”! A za tym opakowaniem kryje się obrzydliwa, nieudolna grafomania. [b] Przerabianie na łagodniejsze wersje np. baśni braci Grimm tłumaczy się dobrem dziecka. [/b] Kaleczy się w ten sposób jednak nie tylko literaturę, ale i dziecko. Baśń to gatunek idealny, od zarania świetnie sprawdzone przedszkole ludzkości, elementarz osobisty uczący systemu wartości, w którym dobro zwycięża, a zło musi być ukarane. Nie możemy więc wolno puścić wilka i zaprzyjaźniać się z nim, bo postanowił zostać jaroszem, choć przedtem zjadł Czerwonego Kapturka i babcię. To wbrew baśniowej logice. Przy takiej wersji wydarzeń młody czytelnik nigdy nie zrozumie toposu wilka, nie pozna ważnego kodu kulturowego. Wilk jest uosobieniem zła, podobnie jak Baba Jaga. Uważam, że tak jak nie należy chronić dziecka przed przerażającą bądź dziwną ilustracją (bo i taką powinno oglądać, by dobrze rozwijała się jego wrażliwość i wyobraźnia) – tak też nie powinno się chronić go przed okrucieństwem zawartym w baśniach. Pokazywanie tylko dobra i piękna to pozbawianie dzieci tej drugiej części świata. To tak jakby próbować wmawiać im, że doba nie ma nocy, a w roku są tylko dni pogodne. Potem te dzieci w wieku nastoletnim są przerażone światem, złem i są kompletnie nieprzystosowane do życia. Mało tego, zaobserwowałem coś takiego jak efekt czytelniczego wahadła u dzieci. [b] Co to znaczy? [/b] Jeśli w dzieciństwie karmione były łagodną literaturą, to potem tym chętniej sięgają tylko po powieści grozy, horrory i science fiction. Dzieci i młodzież chcą od książki wrażeń i emocji. Jeśli ich tam nie znajdą, odrzucą książkę, zadowolą się pełnymi emocji filmami i grami komputerowymi. Ale tam nie ma tej mapy, którą dają baśnie uczące odróżniania dobra od zła, a przyjaciela od wroga. Tylko baśń, zawarte w niej symbole, archetypy, jej ogromna, przez pokolenia sprawdzona mądrość, daje człowiekowi ten wewnętrzny kompas pomagający później w poruszaniu się po emocjonalnym świecie.
Źródło: rp.pl

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL