Lipno się wstydzi swoich złoczyńców

aktualizacja: 10.03.2010, 02:52
W imieniu mieszkańców Lipna władze miasta wysłały do dyrekcji muzeum w...
W imieniu mieszkańców Lipna władze miasta wysłały do dyrekcji muzeum w Auschwitz list z przeprosinami
Foto: Fotorzepa

Mieszkańcy miasta od czasu kradzieży napisu z Auschwitz dokonanej przez ich ziomków żyją z piętnem złodziei

„Nie mówię szeptem, gdy pytają, skąd jestem” – to hasło ze strony internetowej Lipna, 14-tysięcznego miasteczka w województwie kujawsko-pomorskim. Miasto się chwali, że stąd pochodzą m.in. Lech Wałęsa, Leszek Balcerowicz, Pola Negri.
Jednak ostatnio nazwa Lipno pojawiała się w mediach z powodu innych jego mieszkańców.
[srodtytul]Kradzież i pobicie[/srodtytul]
18 grudnia świat obiegła informacja o kradzieży napisu „Arbeit macht frei” znad bramy obozu w Oświęcimiu. Trzech jej sprawców to mieszkańcy Lipna, dwóch – oddalonego o około 20 km. Czernikowa.
Dwa miesiące później kilkunastu młodych ludzi z Leni Wielkich w powiecie lipnowskim pobiło policjanta w Sobowie w sąsiednim powiecie płockim, który zwrócił im uwagę z powodu źle zaparkowanego samochodu.
– Jeśli jeszcze teraz okaże się, że gwałciciel z Zielonej Góry jest od nas, podaję się do dymisji – żartuje rzeczniczka powiatowej komendy policji w Lipnie Anna Kozłowska. 
W samochodzie z lipnowską rejestracją CLI Dorota Łańcucka, radna Lipna i szefowa Lipnowskiego Towarzystwa Kulturalnego im. Poli Negri, czuje się napiętnowana.
– Kiedy byłam z rodziną w Auschwitz, już po kradzieży, miałam wrażenie, że wszyscy na nas patrzą. A gdy podjechałam z córką pod jej mieszkanie w Warszawie, stróż zwrócił uwagę na naszą rejestrację. Nasze miasto nie powinno być kojarzone z przestępcami – skarży się. Władze Lipna wysłały nawet list do dyrekcji muzeum w Auschwitz. Piszą, że wśród lipnowian zapanowało uczucie wstydu. Dostali już odpowiedź od dyrektora, który pociesza – nie ma odpowiedzialności zbiorowej.
Sprawcy kradzieży napisu są w areszcie. Matka jednego z nich – 34-letniego Pawła S., sprzedaje znicze przed lipnowskim cmentarzem. Gdy słyszy, że ma do czynienia z prasą, kurczy się w kącie stoiska i prosi, by dać jej spokój.
– Pomagał jej przy sprzedaży, był raczej spokojny – opowiadają sąsiedzi. – Wychowywała go sama. Ma jeszcze córkę, nauczycielkę. Ta jej pomaga.
Znajoma Piotra S. z czasów szkoły: – Chodził do technikum w zespole szkół zawodowych. To ta sama szkoła, którą skończył Lech Wałęsa. Niczym szczególnym się nie wyróżniał. Spokojny był. Ale potem zaczęło się mówić, że bierze narkotyki. Widywałam go na mieście. Robił z roku na rok coraz gorsze wrażenie.
W kradzieży napisu brali też udział dwaj bracia – Radosław i Łukasz M. (21 i 24 lata). Ich rodzice mieszkają w bloku w centrum Lipna. Na domofonie ich nazwisko zamazane jest długopisem. Drzwi otwiera ojciec, zdejmuje okulary, przeciera czoło. – Nie chcę się na ten temat wypowiadać – mówi.
Na osiedlu się mówi, że bracia niedawno wrócili z zagranicy, chyba z Anglii. Raczej nigdzie nie pracowali.
– Jeden to miał dziewczynę, córkę naszej pani od biologii – opowiada uczennica liceum ogólnokształcącego, które sąsiaduje z osiedlem braci M. Inna znała ich z widzenia. – Obaj byli nieźle napakowani, musieli często chodzić na siłownię – zastanawia się. One też wstydzą się za swoich kolegów.
– Jedną naszą koleżankę, która chciała pójść do szkoły w Szczecinie, podczas rozmowy kwalifikacyjnej pytali, czy zna tych złodziei – wspomina kolejna uczennica. Następna zaś opowiada: – Rodzice byli w Zakopanem na Małyszu. Gdy szli przez Krupówki z transparentem Lipno, ciągle ktoś ich zaczepiał i pytał, czy niczego nie ukradną.
Piotr Wojciechowski, wicestarosta powiatu lipnowskiego, denerwuje się, że przez kilka osób cierpią wszyscy mieszkańcy. – Przecież takie sytuacje zdarzają się w całej Polsce.
Zdaniem starosty to zwykły pech, że w ciągu ostatnich miesięcy zdarzyły się dwie głośne sprawy z udziałem mieszkańców z Lipna. Czy rzeczywiście to tylko pech?
[srodtytul]Trzeba się ewakuować[/srodtytul]
– U nas wiadomo, że jak tylko pojawiają się chłopaki z Lipna, będzie dym – mówi mieszkaniec sąsiedniego Rypina. – Dlatego jak usłyszałem, że napis z Auschwitz ukradli mieszkańcy kujawsko-pomorskiego, od razu pomyślałem o Lipnie.
Wtóruje mu częsty bywalec okolicznych dyskotek. – Jak przyjeżdżają ci z Lipna, nikt nie może być pewien, czy go nie zaczepią, czy nie oberwie – opowiada. – Hasło „Lipno przyjechało” oznacza na imprezie jedno: trzeba się ewakuować. Mój kolega kiedyś został pobity – do dziś nie wie, dlaczego.
Policyjne statystyki nie pokazują jednak czarnego obrazu. – Z roku na rok mamy coraz mniej rozbojów i wymuszeń – twierdzi rzeczniczka powiatowej komendy policji. – Największą bolączką są przestępstwa tzw. pospolite – kradzieże, kradzieże z włamaniem. Ale ich wykrywalność to ponad 90 procent.
Pod względem liczby popełnionych przestępstw Lipno plasuje się na piątym – szóstym miejscu w województwie, a pod względem wykrywalności – na czwartym – piątym.
[srodtytul]Bezpiecznie? Zależy dla kogo[/srodtytul]
Do 2003 roku w Lipnie działała mafia. Współpracowała m.in. z grupami z Wołomina i Ożarowa. Jak ustalił portal TVP Info – jej kwaterą główną był lokal w centrum miasta.
Gangsterzy nie tylko terroryzowali miasto, handlowali narkotykami, porywali dla okupu. Jeden z nich wybudował w swoim domu loch – półtora na półtora metra, gdzie trzymał porwanych. Śledztwo w tej sprawie prowadzi katowicka prokuratura.
Dziś w Lipnie mafii już podobno nie ma. Za to w pizzerii Klan w samym centrum można zamówić pizze: Mafia, Mafiozza czy Al Capone.
Pracownicy okolicznych barów, pytani o sprawców kradzieży z Auschwitz, zgodnie wskazują to miejsce jako źródło informacji o nich. Jednak pracownicy Klanu zgodnie zaprzeczają, jakoby coś o nich wiedzieli. – Pani z gazety? Ja to jestem za głupi na wywiad – mówi jeden z pracowników, do którego inni zwracają się familiarnie, ale z szacunkiem, Wasyl.
– Czy w Lipnie jest bezpiecznie? A, to zależy dla kogo – odpowiada ze śmiechem inny pracownik, który pije przy barze z naczynia z niepozostawiającym złudzeń napisem: kubek erotomana. Dla kogo nie jest – nie chce już tłumaczyć. – Kiedyś było gorzej, była tu mafia, pobierali haracze od wszystkich lokali – opowiada właściciel kubka.
Narzeka też na nudę w mieście. Kiedyś grał w zespole piłkarskim Mień Lipno, ale teraz już nawet im nie kibicuje. Był raz na meczu, ale od kiedy klub nakupował piłkarzy z innych miejscowości, w zespole jest dwóch, trzech lipniaków. – Komu tu kibicować – skarży się.
Dlatego, jak chce się rozerwać, jedzie do Torunia, do Multikina. Do kina w Lipnie nie chodzi. Mimo że wyświetlają już „Avatara”.
– Wystrój nawiązuje do lat międzywojennych – wyjaśnia Krzysztof Kowalewski z Miejskiego Centrum Kulturalnego, wskazując na boazerię w kinie. – Filmy wyświetlamy tylko w weekendy, w tygodniu jest za mało chętnych. Staramy się przyciągnąć ludzi, pokazując im coś, czego nie mają w telewizji. Mamy np. amatorski teatr.
[srodtytul]Przywrócić dawny urok[/srodtytul]
Ożywić miasto stara się też Dorota Łańcucka zafascynowana życiem Apolonii Chałupiec, która wyjechała z Lipna, by podbić świat jako Pola Negri.
Łańcucka, która mieszka w Lipnie od urodzenia, też kiedyś myślała o wyjeździe, ale mąż, weterynarz, jest związany w miastem. Przez wiele lat szukała wrażeń kulturalnych poza Lipnem: jeździła do teatrów w Toruniu, Warszawie. Ale pięć lat temu założyła Lipnowskie Towarzystwo Kulturalne i w 2007 roku zorganizowała pierwszy festiwal Poli Negri w Lipnie.
Nazwisko aktorki ściąga co roku znanych ludzi. Był Leszek Balcerowicz, przyjeżdżają aktorzy, posłowie, senatorowie, krytycy filmowi, dziennikarze. W mieście zaczęło się coś dziać. Powstał nawet hotel – nad rzeką Mień. Tuż obok miasto stworzyło bulwary Poli Negri – wyłożona czerwonym polbrukiem alejka nad rzeką, z kilkoma lampami z wizerunkiem aktorki.
– Miasto w okresie przedwojennym miało ogromny urok, mieszkało tu wielu Rosjan, Niemców, Żydów – opowiada Łańcucka.
I pokazuje czarno-białe zdjęcia roześmianych dam i dżentelmenów na dowód tego, że w zaniedbanym teraz parku miejskim przed wojną był ekskluzywny klub tenisowy.
Małe biuro towarzystwa kulturalnego jest zarzucone plakatami Poli Negri, starymi zdjęciami Lipna. Ale Łańcucka nie może w nim spędzać zbyt dużo czasu. Jeśli zebranie stowarzyszenia przeciągnie się do późna, boi się sama wracać do domu, choć to zaledwie kilkaset metrów stąd. To nieciekawa okolica.

POLECAMY

KOMENTARZE