Z orłem w koronie

aktualizacja: 26.02.2010, 13:47
Ujawnienie b. Obwodu AK Mińsk Mazowiecki wrzesień 1945 r.
Ujawnienie b. Obwodu AK Mińsk Mazowiecki wrzesień 1945 r.
Foto: IPN

Powojenne powstanie antykomunistyczne – życie codzienne w nowej rzeczywistości i walka zbrojna

Fakt, że setki konspiracyjnych inicjatyw lokalnych, które pojawiły się w Polsce po styczniu 1945 r. (tj. po rozwiązaniu AK), tworzyli konspiratorzy wyrastający z szeregów Polskiego Państwa Podziemnego, powodował, iż w większości starały się one nawiązywać wprost do standardów wypracowanych w latach 1939 – 1944.
[srodtytul]Wojsko narodowej samoobrony[/srodtytul]
Wbrew opinii ukutej przez komunistyczną propagandę, cechą charakteryzującą większość oddziałów leśnych przynależnych do poważnych inicjatyw organizacyjnych był ich wymiar wojskowy. Począwszy od dyscypliny oraz szkoleń opartych na wzorcach Wojska Polskiego z okresu międzywojennego, a skończywszy na umundurowaniu (reguły te obowiązywały m.in. w DSZ, AKO, WSGO „Warta”, Zrzeszeniu WiN, KWP, Zgrupowaniu „Błyskawica”). Dość powszechnie korzystano wprawdzie ze zdobycznych mundurów „ludowego” Wojska Polskiego, wyróżniając je jednak typowymi dla podziemia niepodległościowego emblematami: orzełkami z koroną, ryngrafami z wizerunkiem Matki Boskiej czy też naszywkami – np. Pogotowia Akcji Specjalnej NZW – SWO – Śmierć Wrogom Ojczyzny.
Wbrew tezom komunistycznej propagandy, konspiracja niepodległościowa, z racji dysproporcji sił, nigdy nie była stroną inicjatywną w walce z komunistyczną władzą i siłami sowieckimi. Nawet w 1945 r., w okresie największej aktywności bojowej, siły podziemia dysponujące wyłącznie bronią lekką miały bowiem przeciwko sobie kilkaset tysięcy żołnierzy Armii Czerwonej, ludowego Wojska Polskiego, Wojsk Wewnętrznych NKWD, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, funkcjonariuszy UB, MO dysponujących bronią ciężką: czołgami i lotnictwem. W kolejnych latach proporcje te w dramatyczny sposób zmieniały się dalej na niekorzyść strony niepodległościowej, osiągając swoje apogeum na początku lat 50., kiedy to sama polska komunistyczna bezpieka dysponowała siłami przekraczającymi 300 tysięcy funkcjonariuszy i żołnierzy, przy siłach podziemia szacowanych już tylko na kilkuset partyzantów i kilka czy kilkanaście tysięcy członków siatek konspiracyjnych stanowiących zaplecze dla tych naprawdę już „ostatnich leśnych”.
[wyimek]W latach 1944 – 1946 oddziały podziemia niepodległościowego zaatakowały w sumie 84 więzienia i areszty UB oraz cztery obozy NKWD[/wyimek]
W tej niezwykle trudnej sytuacji konspiracje powojenne, zarówno te najważniejsze – jak DSZ, WiN czy NZW, jak i te lokalne – jak ROAK-i, KWP mogły co najwyżej starać się reagować na kolejne odsłony represji „serwowanych” społeczeństwu przez przywódców PPR–PZPR. Owe defensywne akcje sprowadzały się w znacznym stopniu do szeroko rozumianej samoobrony.
Jeśli atakowano posterunki i oddziały przeciwnika, to zazwyczaj te, których funkcjonariusze i żołnierze okazali się szczególnie niebezpieczni i bezwzględni wobec ludności.
[srodtytul]Rodzinę Bieruta puszczono wolno[/srodtytul]
Jeśli zwalczano przedstawicieli aparatu bezpieczeństwa i jego agenturę, to dlatego, że stanowili oni największe zagrożenie tak dla członków organizacji i ich rodzin, jak i całego społeczeństwa niezorganizowanego (w przypadku funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa w wielu organizacjach trzymano się zasady traktowania ich jako członków organizacji przestępczej i likwidowania, tak jak w latach okupacji niemieckiej funkcjonariuszy SS i gestapo). Byli oni też jedynymi reprezentantami aparatu represji, których podziemie mogło realnie dosięgnąć, reagując na ich rozliczne zbrodnie (według ustaleń reżimowych historyków liczba poległych po stronie komunistycznej wynieść miała około 10 tysięcy funkcjonariuszy, żołnierzy i osób cywilnych nazywanych ongiś „działaczami komunistycznymi” – dziś jednak wiadomo, że w ogromnej większości byli to informatorzy oraz tajni współpracownicy UB i NKWD).
Przez cały okres działalności podziemia poza zasięgiem pozostawali zarówno partyjni architekci masowego, a później powszechnego terroru, jak i planiści kolejnych fal represji z kręgów MBP. Prawdą jest jednak, że akcji takich po prostu nie planowano, nawet w sytuacji przypadkowego schwytania rodziny Bolesława Bieruta przez oddział WiN Leona Taraszkiewicza „Jastrzębia” nie zastosowano wobec niej tak typowej dla strony komunistycznej zasady odpowiedzialności zbiorowej i puszczono ją wolno.
Prawdą jest, że na poziomie lokalnym akcje likwidacyjne, dokonywane często wśród osób znajomych, sąsiadów, niejednokrotnie byłych współtowarzyszy broni z szeregów konspiracji (pozostających na służbie UB) czy nawet członków rodzin (zmuszonych do współpracy) miały niezwykle dramatyczny wymiar. Wynikał on jednak z nacisku bezpieki, która starała się wszelkimi sposobami rozbić środowiska niepodległościowe, zmuszając torturami, szantażem i groźbą do wydawania przyjaciół, ojców, matek, braci, synów. Przez ponad pół wieku wydarzenia te przedstawiane były przez reżimowych historyków i publicystów w sposób całkowicie nieprawdziwy – jako przykłady okrucieństwa partyzantów.
[srodtytul]Siekiera pod Chodakowem [/srodtytul]
Jako typowy przykład tego rodzaju manipulacji może posłużyć historia likwidacji tzw. robotników z Chodakowa. 12 XII 1946 r. dowodzony przez ppor. Waleriana Nowackiego „Bartosza” 2. szwadron 6. Brygady Wileńskiej AK w zasadzce koło wsi Grochów pod Sokołowem Podlaskim ujął ośmiu tzw. robotników z Chodakowa oraz dwóch żołnierzy KBW. Ludzie ci, będący aktywistami PPR, zostali oddelegowani do dyspozycji PUBP w Sokołowie z zadaniem „zorganizowania” wyborów do Sejmu Ustawodawczego – co w praktyce oznaczało ich sfałszowanie. Wszyscy wyposażeni byli w broń oraz dokumenty wystawione przez resort bezpieczeństwa. Zabrano ich ze sobą, podczas gdy innych schwytanych wówczas członków PPR i PPS puszczono wolno. Następnego dnia, gdy szwadron „Bartosza” został zagrożony przez pościg UB i KBW, „robotnicy z Chodakowa” zostali rozstrzelani (według jednej z relacji nastąpiło to w trakcie podjętej przez nich próby ucieczki). Ciała ich partyzanci pozostawili na brzegu zamarzniętego Bugu. Po odnalezieniu ich przez pościg, co nastąpiło dopiero po trzech dniach, trzeba było wyrąbywać je z lodu siekierami. Dokonujący tej czynności funkcjonariusze, pracujący w pośpiechu i niestarannie, pokaleczyli zwłoki. Obrażenia ujawniły się, gdy zamarznięte ciała przewieziono do gmachu PUBP w Sokołowie Podlaskim, w którym odtajały. Natychmiast wykorzystano tę okoliczność do ukucia propagandowej tezy, jakoby partyzanci znęcali się nad ujętymi PPR-owcami i zabili ich za pomocą siekier, podczas gdy przeczyła temu nawet relacja powiatowego sekretarza PPR z Sokołowa Podlaskiego, który przeżył opisywane spotkanie z partyzantami (wspominał on wręcz o dobrym traktowaniu zatrzymanych przez partyzantów). Pomimo ewidentnie zmanipulowanego charakteru owego przekazu, wykorzystano go jeszcze w latach 90. podczas posiedzenia Sejmu (wystąpienia marszałka Sejmu RP Marka Borowskiego oraz posła Longina Pastusiaka), usiłując przeciwstawić się podjęciu uchwały oddającej sprawiedliwość żołnierzom Zrzeszenia WiN (nota bene oddział „Bartosza” Zrzeszeniu WiN nie podlegał). Nie zadano sobie także wówczas trudu, aby przyjrzeć się reakcji władz komunistycznych na owo wydarzenie. Była nim zarządzona przez centralne władze partyjne i kierownictwo bezpieki pacyfikacja powiatu sokołowskiego w stylu iście hitlerowskim. Jej wynikiem było „przefiltrowanie” (aresztowanie i skatowanie) w ciągu dziesięciu dni 1200 mężczyzn pomiędzy 16. a 60. rokiem życia z ponad 40 wiosek oraz osiem publicznych egzekucji ludzi niemających ze wspomnianą sprawą nic wspólnego.
[srodtytul]Rozbijanie katowni[/srodtytul]
Jeśli podejmowano operacje o pozornie ofensywnym charakterze, to w praktyce i tak były one kolejnymi przykładami samoobrony. Dotyczyły bowiem w większości akcji odbijania aresztowanych i więźniów, nawet z większych miast. W latach 1944 – 1946 oddziały podziemia niepodległościowego zaatakowały w sumie 84 więzienia i areszty UB oraz cztery obozy NKWD. Jeśli dodamy do tego akcje na konwoje z więźniami i areszty przy posterunkach MO oraz terenowych placówkach UB, to uzyskamy łączną liczbę ponad 5000 osób, które odzyskały wolność w wyniku działań oddziałów partyzanckich. Do najsłynniejszych operacji przeprowadzanych z zaskoczenia stosunkowo niewielkimi siłami należą: rozbicie obozu NKWD w Rembertowie oraz więzień w Kielcach i Radomiu przeprowadzone przez oddziały „Wichury”, „Szarego” i „Harnasia” w 1945 r.
Ostatnią spektakularną operacją podziemia polegającą na uwolnieniu aresztowanych było rozbicie więzienia w Pułtusku 25 XI 1946 r. dokonane przez oddział partyzancki WiN z Obwodu Ostrów Mazowiecka dowodzony przez ppor. Stanisława Łaneckiego „Przelotnego” (uwolniono wówczas 56 więźniów politycznych, w tym członków WiN 5, AK 36, NSZ 15).
„Operacja trwała do dwóch godzin. Zachodnia część miasta do kanału przy obsadzie dwóch mostków była opanowana przez nasze wojska i odcięta od głównych sił UB i MO. W akcji brało udział 39 ludzi. Oddział ś.p. „Przelotnego” liczący 25 ludzi, w skład którego wchodziło 3-ch: „Brzytew”, „Kruczek” i „Drozd”. Patrol „Wisa” 6-ciu ludzi nasz patrol w liczbie 8-miu ludzi. […] Operacja miała przebieg następujący: 1-wsze nastąpiło rozbicie centrali telefonicznej na poczcie. 2-gie wtargnięcie do gmachu zamieszkałego przez straż więzienną i jednocześnie obstawa gmachu więziennego i wysłanie patroli na obstawę mostków i ulic. UB i MO kilkakrotnie atakowało na te dwa mostki, lecz po otrzymaniu ognia z naszej strony uciekali z powrotem w popłochu”.
[i](fragment meldunku Zygmunta Dąbkowskiego „Kryma” z 28 XI 1946 r.)[/i]
[srodtytul]Zdobycze pod kontrolą[/srodtytul]
Jeśli decydowano się na akcje finansowe lub gospodarcze – tzw. eksy, to było to wynikiem nie tyle postępującej demoralizacji, ile konieczności zdobywania środków na prowadzenie jakiejkolwiek działalności niepodległościowej. Wobec utraty dopływu funduszy z zewnątrz (od rządu polskiego na emigracji) wystarczających i tak na pokrycie zaledwie części kosztów utrzymania organizacji, problem pozyskania środków musiał zostać przerzucony na czynniki krajowe. Skala tych obciążeń, biorąc pod uwagę stale zwiększającą się liczbę ukrywających się członków konspiracji, była doprawdy znacząca, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę tak skalę zniszczeń, jak i nałożonych przez komunistyczne władze podatków, domiarów, kontyngentów rujnujących ekonomicznie prowincję.
Wobec takiego stanu rzeczy znaczna część organizacji starała się przede wszystkim obciążyć kosztami swojego istnienia instytucje państwowe – zaopatrując się zarówno w środki finansowe, jak i dobra materialne w: bankach, spółdzielniach, sklepach, fabrykach etc. W dalszej kolejności obiektem takich akcji byli beneficjenci komunistycznego reżimu: współpracownicy resortu bezpieczeństwa, rodziny funkcjonariuszy UBP, MO, ORMO, członkowie partii, aktywiści różnego rodzaju przybudówek PPR–PZPR, osoby, które odniosły korzyści materialne wynikające z różnych form represji karno-administracyjnych. W organizacjach i podległych im oddziałach partyzanckich utrzymujących dyscyplinę i standardy wypracowane jeszcze w czasach AK problem nadużyć był zminimalizowany.
Zdobycze księgowane jako przychody podlegały bardzo szczegółowej kontroli, podobnie jak i wydatki przeznaczane tak na bieżące potrzeby, jak i wsparcie dla represjonowanych i ich rodzin, pogrzeby, msze święte za poległych itp. Za naruszenie tych norm groziły poważne konsekwencje, do kary śmierci włącznie. Nie znaczy to, że problemu nielegalnych rekwizycji nie było. Dotyczył on jednak w znacznie większym stopniu grup zbrojnych nieafiliowanych przy którejś z organizacji niepodległościowych, jak i grup bandyckich stanowiących plagę powojennej prowincji, złożonych niejednokrotnie także z byłych i ówczesnych członków siatek konspiracyjnych – tzw. nocnych, niewątpliwie kompromitujących takimi ekscesami swoje macierzyste organizacje.
„Społeczeństwo nie wiedziało, jak odróżnić partyzantów od opryszków i szpiclów, gdzie należy szukać dowództwa i komu wierzyć, a komu nie, bo jednego i tego samego osobnika można było widzieć w milicji i w partyzantce, w Lublinie na ulicy i w krzakach pod Parczewem. Nocami pojawiali się uzbrojeni osobnicy, podawali się za partyzantów, odczytywali i wykonywali wyroki, rabowali i znikali, by następnej nocy pojawić się gdzie indziej. Ofiarami w tych wypadkach bywali czasem ludzie najuczciwsi. Załatwianie porachunków było na porządku dziennym. […] Aby pohamować rozszerzającą się samowolę i ratować sławę partyzantów, zmuszeni byliśmy do strzelania groźniejszych opryszków. Wykonywało się to z bólem serca. Bo najczęściej osobnik taki mógłby być pożyteczną jednostką, gdyby nie istniejące owe podłe warunki sprzyjające przestępczości”.
[i](fragment dziennika kpt. Zdzisława Brońskiego „Uskoka” – dowódcy oddziałów partyzanckich Zrzeszenia WiN w Inspektoracie Lublin)[/i]
„Środki materialne należy czerpać bądź z ofiar społecznych, bądź też ze zdobyczy, które można czerpać z akcji na urzędy i instytucje państwowe, samorządowe, spółdzielcze. Nie wolno grabić mienia prywatnego, nawet u PPR-ów” (z rozkazu Komendy Okręgu WiN Lublin z 27 VI 1946 r.)
[srodtytul]Prawdziwi wrogowie bandytów[/srodtytul]
Komunistyczny aparat przemocy, skupiony na niszczeniu strony niepodległościowej, w pierwszych latach po wojnie niewiele uwagi poświęcał walce z przestępczością pospolitą (element przestępczy stanowił wręcz bazę do werbunku jego agentury). Na wielu terenach to właśnie podziemie niepodległościowe zapewniało spokój i bezpieczeństwo ludności, tępiąc bandytyzm i złodziejstwo, zwalczając plagę bezprawnych rekwizycji dokonywanych przez osoby podszywające się pod uczestników ruchu niepodległościowego.
Działania tego rodzaju były niezwykle istotne z punktu widzenia utrzymania wśród społeczności lokalnych wiarygodności konspiracji powojennej. Z reguły odpowiadały za nią wyspecjalizowane pododdziały partyzanckiej żandarmerii bądź też pełniące ich rolę stałe oddziały lotne, a zestaw stosowanych w praktyce kar obejmował zarówno konfiskaty mienia, kary pieniężne, jak i kary cielesne – aż do wyroków śmierci włącznie. Warto podkreślić, że w obrębie zachowań piętnowanych przez podziemie znajdziemy nie tylko grabieże, rabunki i bezprawne „kontrybucje”, ale też dewastację lasów państwowych polegającą na ich dzikim wyrębie.
A także, szczególnie godne potępienia, rozkopywanie masowych grobów ofiar terroru niemieckiego – w celu poszukiwania złota. Na terenach, na których ciągłość pracy konspiracyjnej nie została naruszona przez blisko dwa lata po wojnie, to właśnie organizacje podziemne zajmowały się w praktyce utrzymaniem porządku publicznego. Przyznawali to bezwiednie sami UB-ecy, pisząc w meldunkach, że na tych właśnie terenach kradzieże i morderstwa zdarzają się zdecydowanie rzadziej.
„Teren gminy Miedzna [powiat węgrowski] jest gruntem podatnym na rozwój bandytyzmu [sic]. Ludność tejże gminy w 70 proc. jest negatywnie ustosunkowana do obecnej rzeczywistości i przesiąknięta wrogą propagandą podziemia. Napady i kradzieże na tejże gminie zdarzają się bardzo rzadko”.
[i](sprawozdanie z działalności operacyjnej GO KBW o kryptonimie „Z” z 1948 r.).[/i]
„2 II 1946 r. Zbliżamy się do sławetnej Treblinki. Według opowiadań ludności, ciągłe rozkopywanie i ograbianie trupów doszło do ostatnich granic zezwierzęcenia. Wyrywa się zęby, całe szczęki, obcina ręce, nogi głowy, aby zdobyć kawałek złota. Profanacja, a władze nic nie robią, celem zabezpieczenia tego jedynego swoim rodzajem cmentarzyska, na którym spoczywa przeszło 3 miliony Polaków, Żydów, Cyganów, Rosjan i innych narodowości [sic – błędna ocena liczby ofiar]. 3-4 II 1946 r. Chmielnik. Jesteśmy o trzy kilometry od obozu śmierci. Wywiad przeprowadzony w obozie potwierdził dane o profanacji. Wieczorem 4 II 1946 r. jedziemy do wsi Wólka Okrągli na ekspedycję konną przeciw poszukiwaczom złota w Treblince […] 6 II 1946 r. Rostki kolonia. Wczorajszej nocy (z 5 na 6 II) oddział ukarał grzywną i karą chłosty „kopaczy złota” w Treblince”.
[i](fragment dziennika 6. Brygady Wileńskiej AK)[/i]
„Prócz MO i UB rabują również bandy złodziejsko-rabunkowe, z którymi WiN prowadzi bezwzględną walkę. Każdy złodziej-bandyta pochwycony przez oddziały WiN jest karany śmiercią”.
[i](fragment ulotki z Okręgu Lubelskiego WiN z 20 I 1947 r.).[/i]
„W miesiącu czerwcu i lipcu patrole zlikwidowały 14 szpicli UB, w tym 4 oficerów UB oraz ponad 20 band rabunkowych i nakładających kontrybucje. [W sierpniu 1946 r.] patrole WiN interweniowały w 64 wypadkach rabunku dokonanego i nałożonych kontrybucji. W 3-ch wypadkach sprawcy zostali ukarani śmiercią, w pozostałych silna chłostą”
[i](fragmenty meldunków prezesa Obwodu WiN Bielsk Podlaski z lipca i sierpnia 1946 r.)[/i]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE