Muzyka

McCoy Tyner, czyli anioł z piorunem w dłoniach

McCoy Tyner
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Koncertem na Bielskiej Zadymce Jazzowej amerykański pianista zostawił testament z zapisanym wzorcem improwizacji i rytmu
Kwartet Tynera nie odkrywa nowych kierunków w jazzie, ale doskonali muzykę, pokazując jej najatrakcyjniejsze aspekty: harmonię, pulsujący rytm i poruszające wyobraźnię słuchaczy improwizacje.
Porównując ostatnie koncerty pianisty (rocznik 1938) z nagraniami zarejestrowanymi w latach 60., jeszcze z kwartetem Johna Coltrane'a i jego własnymi zespołami, widać, że jego gra stała się oszczędniejsza, ale nie straciła mocy. Jego palce spadają na klawiaturę nieomylnie jak pazury jastrzębia na ofiarę. By nabrać rozpędu, podnosi dłonie wysoko i, uderzając, gra niczym perkusista. Jego akordy mają moc pioruna, porządkują muzykę, dodają jej energii, która przenosi się na pozostałych muzyków i słuchaczy. Trudno było wysiedzieć w fotelach ustawionych w Klubie Klimat bielskiej Galerii Sfera i nie przytupywać do rytmu. Muzyka McCoya Tynera była jak duża dawka adrenaliny.
Przed Tynerem wystąpiło trio z Niemiec Three Fall, improwizując z żarliwością, na jaką potrafią się zdobyć tylko zapaleńcy. Zestaw instrumentów: saksofon, puzon i perkusja, jest w jazzie rzadko spotykany, ale młodzi muzycy pokazali wysoką sprawność i oryginalne pomysły. Po nich na scenę wkroczył kwintet trębacza Jerzego Małka. Małek, saksofonista Radek Nowicki, pianista Dominik Wania, kontrabasista Wojciech Pulcyn i perkusista Arek Skolik tworzą muzykę godną najlepszych scen świata. Błyskotliwe improwizacje lidera i Nowickiego, ekspresyjna sekcja rytmiczna idealnie przygotowały publiczność na przyjęcie jazzowej legendy. Najpierw organizatorzy festiwalu wręczyli McCoyowi Tynerowi prestiżową Nagrodę Anioł Jazzu. Statuetki otrzymują tylko największe gwiazdy. Wyraźnie wzruszony pianista powiedział po polsku: "dziękuję", czym wywołał radość zgromadzonych. Nie zwlekając, usiadł do fortepianu i pokazał to, co w jazzie najlepsze. Jego zespół nie potrzebował czasu na rozpędzenie się, od razu ruszyła maszyna rytmiczna napędzana siłą perkusji Erika Gravatta i kontrabasu Geralda Cannona. A wspomagały ją co chwila perkusyjne akordy Tynera wplatane w perliste solówki. Saksofonista Gary Bartz intrygująco połączył nowoczesność i tradycję. Dysponując wyrafinowanym brzmieniem, współtworzył najlepszy jazzowy spektakl. Kiedy pianista zagrał ostatni motyw, publiczność poderwała się z miejsc. Sędziwy muzyk niechętnie odchodził od instrumentu, który daje mu młodzieńczą witalność. Publiczności zasalutował, co na jego koncertach widziałem po raz pierwszy. Był bardzo zaskoczony, kiedy do sceny rzucili się fani, wyciągając do niego okładki płyt z prośbą o autograf. Wcześniej szczelnie izolowany, teraz nie miał wyboru, podpisał kilka płyt, rozłożył przepraszająco ręce i powoli, pochylony do przodu podążył za kulisy krokiem staruszka. Takie chwile zapamiętuje się na zawsze.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL