Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Zawiedziona miłość polskich elit

Wiktor Juszczenko witany przez Lecha Kaczyńskiego podczas wizyty w Polsce w kwietniu 2008 r.
Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek
Platforma wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, PiS - bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistš nienawiœć do prezydenta Ukrainy zadeklarował Władimir Putin
[link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/01/28/zawiedziona-milosc-polskich-elit/" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link] Ukraińscy wyborcy udzielili swemu prezydentowi Wiktorowi Juszczence bardzo bolesnej lekcji – z zaledwie kilkuprocentowym wynikiem zajšł on dopiero pište miejsce w stawce kandydatów. Ale chyba jeszcze boleœniejszej lekcji udzielili w ten sposób Ukraińcy nam. Bo Wiktor Juszczenko do samego końca, mimo wszystkich apeli o opamiętanie, pozostawał dla naszych polityków jedynym partnerem branym pod uwagę w kontaktach z Ukrainš. [srodtytul]Chłodny Zachód [/srodtytul]
Mówišc szczerze, polskie elity polityczne i opiniotwórcze od dawna w swym œlepym uwielbieniu dla bohatera pomarańczowej rewolucji pozostawały osamotnione. Zachód spisał go na straty już kilka lat temu, choć bez spektakularnego zerwania. Po prostu chłodna obserwacja poczynań Juszczenki jako prezydenta doprowadziła tamtejszych analityków – a za ich poradš polityków – do przekonania, iż Juszczenko, mimo otaczajšcej go legendy, albo nie chce zmieniać postsowieckiego systemu oligarchicznego, albo tego nie potrafi. W zachodnich publikacjach coraz wyraŸniej podkreœlano jego niezdolnoœć do uprawiania skutecznej polityki, irracjonalnoœć paraliżujšcego kraj konfliktu z Juliš Tymoszenko, pozornoœć zmian ustrojowych i gospodarczych, unikanie reform, a także – last but not least – coraz wyraŸniejsze cišgoty ku neofaszystowskim radykałom, odwołujšcym się wprost do tradycji zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego Dymytro Doncowa, Romana Szuchewycza i Stepana Bandery. Żadnej z tych spraw nie chcieli zauważać przywódcy polscy. Ignorowano, po pierwsze, fakt, iż Juszczenko nie pojawił się na Ukrainie w roku 2004, z twarzš zniszczonš truciznš, którš próbowali go wyprawić na tamten œwiat być może (jak to szybko przesšdzono w legendzie) ludzie powišzani z rosyjskimi służbami, a być może mafia reprezentujšca oligarchów skłóconych z jego protektorami. Był wczeœniej prezesem Narodowego Banku Ukrainy i z nominacji prezydenta Leonida Kuczmy szefem rzšdu – w obu wypadkach firmował reformy, które stabilizowały wprawdzie finanse państwa i gospodarkę, ale poprzez umocnienie potęgi oligarchów. Zarówno obserwatorzy Zachodni, jak i sami Ukraińcy, doœć szybko dostrzegli w posunięciach bohatera pomarańczowej rewolucji kontynuację ówczesnych uwikłań – także personalnych. Jednych oligarchów zastšpili inni, nowe afery wyparły z pamięci stare, a obietnice składane podczas rewolucji poszły do lamusa. Zamiast bodaj prób ich zrealizowania otrzymali Ukraińcy od "pomarańczowych" wieloletniš "wojnę na górze", w której wzajemna nienawiœć Juszczenki i Tymoszenko szybko przyćmiła ich konflikt z Janukowyczem. [srodtytul]Z zamkniętymi oczami[/srodtytul] Za bezprzykładne poparcie i oddanie, jakie przez całš prezydenturę otrzymał ze strony Polski, odwdzięczył się nam Juszczenko w sposób osobliwy – już po poniesionej klęsce zademonstrował wiernoœć dla ukraińskiego nacjonalizmu uhonorowaniem Bandery orderem i tytułem Bohatera Ukrainy. Dopiero ta decyzja spotkała się u nas ze zgodnš dezaprobatš, także ze strony tych, którzy jeszcze kilka miesięcy temu atakowali œrodowiska kresowe czy ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego za "psucie atmosfery" i "szkodzenie" wzajemnym stosunkom, a bodajże i "historycznemu pojednaniu" narodów.A przecież taka pointa prezydentury nikogo nie powinna zaskakiwać, jest ona jej logicznym i konsekwentnym uwieńczeniem. Im bardziej rozczarowywał do siebie Juszczenko dotychczasowych zwolenników, im bardziej masowo odwracali się od niego dotychczasowi wyborcy, tym wyraŸniej eksponował swe poparcie dla sił wywodzšcych się z OUN i UPA. Polskie elity kurczowo zaciskały oczy, żeby tego nie widzieć. A sygnały alarmowe rozlegały się niemal od samego poczštku. Jeszcze przed rewolucjš, w sierpniu 2004 roku przyszli "pomarańczowi" Juszczenki pikietowali gmachy rzšdowe i polskš ambasadę pod hasłem "Wołyń – ukraińska ziemia", oskarżajšc prezydenta Kuczmę o gotowoœć(!) "przepraszania Polaków" za to, co według wersji OUN było "wojnš domowš", w której Ukraińcy bronili swojej ziemi przed polskimi "kolonizatorami". Nie ma tu miejsca na wyliczanie kolejnych coraz dalej idšcych wyrazów poparcia Juszczenki dla nacjonalistów – jego uczestnictwa w rozmaitych ceremoniach, uroczystoœciach i odsłanianiu pomników upamiętniajšcych ideologów, dowódców i wykonawców wielkiego ludobójstwa Polaków, Żydów, Ukraińców, Ormian i Czechów w czasie II wojny œwiatowej. Wystarczajšcym gestem dla diametralnej zmiany polskiego kursu wobec Juszczenki powinno być jego wystšpienie w 2006 r. na zjeŸdzie zdominowanego przez nacjonalistów Œwiatowego Kongresu Ukraińskiego, gdzie symbolicznie odznaczył Romana Szuchewycza i Stepana Chmarę, wbrew prawie jednogłoœnemu stanowisku ukraińskiego parlamentu. [srodtytul]Kompromitujšca uległoœć[/srodtytul] Tak jak nie sposób w krótkim tekœcie wyliczyć nawet najważniejszych przykładów zaangażowania byłego prezydenta Ukrainy w rehabilitację zbrodni OUN/UPA oraz dywizji SS "Galizien", tak nie sposób wyliczyć wszystkich przejawów kompromitujšcej Polskę uległoœci naszych elit wobec tych zachowań. Szczytów politycznego tchórzostwa i hańby doszliœmy podczas rocznicy rzezi wołyńskich. Nieobecnoœć przedstawicieli władz na obchodach, odmowa patronatu prezydenta Lecha Kaczyńskiego nad konferencjš upamiętniajšcš ofiary zbrodni i przypominajšcy komunistycznš nowomowę styl jego listu topišcego prawdę w okreœleniach typu "wydarzenia wołyńskie" czy "tragiczne wypadki", wreszcie zachowanie marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, który odmówił poddania pod głosowanie projektu rocznicowej uchwały, zdaniem wielu, przestraszony pojawieniem się ambasadora Ukrainy, który znalazł tego dnia czas na dopilnowanie sytuacji w Sejmie, ale nie zdobył się na kurtuazyjne położenie choćby najmarniejszego kwiatka pod pomnikiem ofiar – wszystko to wystawia naszej elicie politycznej najgorsze z możliwych œwiadectwo. Œrodowiska kresowe zostały przez niš bez jakiejkolwiek próby wysłuchania ich racji potraktowane z wrogoœciš, uznano je z góry za polski odpowiednik œrodowiska Eriki Steinbach, za nacjonalistycznych dywersantów, chcšcych zepsucia naszych strategicznych stosunków ze wschodnim sšsiadem (porównanie zawodzi o tyle, że niemieccy "wypędzeni" sš przez swoich polityków traktowani diametralnie odmiennie). Jedynie rzecznik praw obywatelskich znalazł dla pamięci ofiar Wołynia zrozumienie, ale także na zorganizowanš przez niego sesję rzšd odmówił przysłania bodaj najniższego rangš przedstawiciela. [srodtytul]Ukraińcy pamiętajš zbrodnie UPA[/srodtytul] Platforma Obywatelska wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, Prawo i Sprawiedliwoœć – bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistš nienawiœć do Juszczenki zadeklarował Władimir Putin. Niektórzy próbujš tłumaczyć zachowanie polskich władz swoistš "realpolitik", chęciš utrzymania pozycji, jak ujšł to prezydent Kaczyński "dużego kraju pobratymczego", czyli odgrywania wobec aspiracji Ukrainy roli promotora.Osobne pytanie, jak można odegrać takš rolę, nie stawiajšc promowanemu żadnych oczekiwań (jeœli nasi politycy chcš wiedzieć, jak to się robi, niech naœladujš postępowanie niemieckich elit i mediów wobec nas). Ale jeœli była w tym jakaœ "polityka realna", to wywiedziona z kompletnej nieznajomoœci współczesnej Ukrainy. Nacjonalizm, odwołanie do OUN i UPA nie sš – na szczęœcie – kluczem do serc jej mieszkańców, co dobitnie pokazał wyborczy wynik Juszczenki. Ukraińcy pamiętajš dobrze, że obłędna ideologia Doncowa i Bandery nakazywała likwidację nie tylko Polaków, Żydów i innych "chwastów" na etnicznie ukraińskich ziemiach, ale także, używajšc jej okreœlenia, "schłopiałych" Ukraińców. UPA i inne organizacje nacjonalistyczne mordowały tych ostatnich nie tylko za pomaganie polskim sšsiadom, ale też np. za służbę w Armii Czerwonej, do której wszak wcielani byli ukraińscy chłopi siłš. Dla przeciętnego współczesnego Ukraińca uwielbiana przez Juszczenkę UPA to faszystowscy zbrodniarze, i ocena ta wyniesiona jest nie tylko z komunistycznych podręczników, ale i z rodzinnych wspomnień. [srodtytul]Mikre korzyœci[/srodtytul] Byłoby oczywiœcie przesadš twierdzić, że niechęć Ukraińców do Juszczenki spowodowana była przede wszystkim jego upowskimi sympatiami. Zadecydowała katastrofa gospodarcza, bieda, brak nadziei na poprawę poziomu życia. Z punktu widzenia nie tylko prostego wyborcy, ale i elit, te sprawy majš dziœ największe znaczenie. Rzecz w tym, że i tu Polska niczego na popieraniu bohatera pomarańczowej rewolucji nie ugrała. Podczas szczerych rozmów z przedstawicielami ukraińskiego biznesu czy administracji usłyszeć można było często kilka obiegowych opinii. Że Polska nie ma im niczego do zaoferowania, że nie warto dla marnych interesów z Polskš psuć sobie daleko lepszych z Rosjš, że, wreszcie, Polacy przecież i tak muszš Ukrainę popierać, cokolwiek ta ostatnia zrobi. Można te opinie traktować jako niereprezentatywne. Ale nie da się zaprzeczyć, że nasze osišgnięcia we współpracy z sšsiednim krajem nie przerastajš rangš umowy o ruchu granicznym. Proœci Ukraińcy nie zostawiajš dziœ na Juszczence suchej nitki, nie broniš go też elity. Ostatnich przyjaciół ma w Polsce. Może zechciałby przyjšć u nas azyl i zaproszenie do stworzenia muzeum przyjaŸni polsko-ukraińskiej im. Doncowa i Bandery? Myœlę, że nasze władze gotowe sš – konsekwentnie – wystosować takie zaproszenie. [i]współpraca Matylda Młocka[/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL