Zawiedziona miłość polskich elit

aktualizacja: 28.01.2010, 18:53
Wiktor Juszczenko witany przez Lecha Kaczyńskiego podczas wizyty w Pol...
Wiktor Juszczenko witany przez Lecha Kaczyńskiego podczas wizyty w Polsce w kwietniu 2008 r.
Foto: Fotorzepa, Jerzy Dudek JD Jerzy Dudek

Platforma wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, PiS - bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistą nienawiść do prezydenta Ukrainy zadeklarował Władimir Putin

[link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/01/28/zawiedziona-milosc-polskich-elit/" "target=_blank]Skomentuj na blogu[/link]
Ukraińscy wyborcy udzielili swemu prezydentowi Wiktorowi Juszczence bardzo bolesnej lekcji – z zaledwie kilkuprocentowym wynikiem zajął on dopiero piąte miejsce w stawce kandydatów. Ale chyba jeszcze boleśniejszej lekcji udzielili w ten sposób Ukraińcy nam. Bo Wiktor Juszczenko do samego końca, mimo wszystkich apeli o opamiętanie, pozostawał dla naszych polityków jedynym partnerem branym pod uwagę w kontaktach z Ukrainą.
[srodtytul]Chłodny Zachód [/srodtytul]
Mówiąc szczerze, polskie elity polityczne i opiniotwórcze od dawna w swym ślepym uwielbieniu dla bohatera pomarańczowej rewolucji pozostawały osamotnione. Zachód spisał go na straty już kilka lat temu, choć bez spektakularnego zerwania. Po prostu chłodna obserwacja poczynań Juszczenki jako prezydenta doprowadziła tamtejszych analityków – a za ich poradą polityków – do przekonania, iż Juszczenko, mimo otaczającej go legendy, albo nie chce zmieniać postsowieckiego systemu oligarchicznego, albo tego nie potrafi. W zachodnich publikacjach coraz wyraźniej podkreślano jego niezdolność do uprawiania skutecznej polityki, irracjonalność paraliżującego kraj konfliktu z Julią Tymoszenko, pozorność zmian ustrojowych i gospodarczych, unikanie reform, a także – last but not least – coraz wyraźniejsze ciągoty ku neofaszystowskim radykałom, odwołującym się wprost do tradycji zbrodniczego nacjonalizmu ukraińskiego Dymytro Doncowa, Romana Szuchewycza i Stepana Bandery.
Żadnej z tych spraw nie chcieli zauważać przywódcy polscy. Ignorowano, po pierwsze, fakt, iż Juszczenko nie pojawił się na Ukrainie w roku 2004, z twarzą zniszczoną trucizną, którą próbowali go wyprawić na tamten świat być może (jak to szybko przesądzono w legendzie) ludzie powiązani z rosyjskimi służbami, a być może mafia reprezentująca oligarchów skłóconych z jego protektorami. Był wcześniej prezesem Narodowego Banku Ukrainy i z nominacji prezydenta Leonida Kuczmy szefem rządu – w obu wypadkach firmował reformy, które stabilizowały wprawdzie finanse państwa i gospodarkę, ale poprzez umocnienie potęgi oligarchów.
Zarówno obserwatorzy Zachodni, jak i sami Ukraińcy, dość szybko dostrzegli w posunięciach bohatera pomarańczowej rewolucji kontynuację ówczesnych uwikłań – także personalnych. Jednych oligarchów zastąpili inni, nowe afery wyparły z pamięci stare, a obietnice składane podczas rewolucji poszły do lamusa. Zamiast bodaj prób ich zrealizowania otrzymali Ukraińcy od "pomarańczowych" wieloletnią "wojnę na górze", w której wzajemna nienawiść Juszczenki i Tymoszenko szybko przyćmiła ich konflikt z Janukowyczem.
[srodtytul]Z zamkniętymi oczami[/srodtytul]
Za bezprzykładne poparcie i oddanie, jakie przez całą prezydenturę otrzymał ze strony Polski, odwdzięczył się nam Juszczenko w sposób osobliwy – już po poniesionej klęsce zademonstrował wierność dla ukraińskiego nacjonalizmu uhonorowaniem Bandery orderem i tytułem Bohatera Ukrainy. Dopiero ta decyzja spotkała się u nas ze zgodną dezaprobatą, także ze strony tych, którzy jeszcze kilka miesięcy temu atakowali środowiska kresowe czy ks. Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego za "psucie atmosfery" i "szkodzenie" wzajemnym stosunkom, a bodajże i "historycznemu pojednaniu" narodów.A przecież taka pointa prezydentury nikogo nie powinna zaskakiwać, jest ona jej logicznym i konsekwentnym uwieńczeniem. Im bardziej rozczarowywał do siebie Juszczenko dotychczasowych zwolenników, im bardziej masowo odwracali się od niego dotychczasowi wyborcy, tym wyraźniej eksponował swe poparcie dla sił wywodzących się z OUN i UPA. Polskie elity kurczowo zaciskały oczy, żeby tego nie widzieć.
A sygnały alarmowe rozlegały się niemal od samego początku. Jeszcze przed rewolucją, w sierpniu 2004 roku przyszli "pomarańczowi" Juszczenki pikietowali gmachy rządowe i polską ambasadę pod hasłem "Wołyń – ukraińska ziemia", oskarżając prezydenta Kuczmę o gotowość(!) "przepraszania Polaków" za to, co według wersji OUN było "wojną domową", w której Ukraińcy bronili swojej ziemi przed polskimi "kolonizatorami".
Nie ma tu miejsca na wyliczanie kolejnych coraz dalej idących wyrazów poparcia Juszczenki dla nacjonalistów – jego uczestnictwa w rozmaitych ceremoniach, uroczystościach i odsłanianiu pomników upamiętniających ideologów, dowódców i wykonawców wielkiego ludobójstwa Polaków, Żydów, Ukraińców, Ormian i Czechów w czasie II wojny światowej. Wystarczającym gestem dla diametralnej zmiany polskiego kursu wobec Juszczenki powinno być jego wystąpienie w 2006 r. na zjeździe zdominowanego przez nacjonalistów Światowego Kongresu Ukraińskiego, gdzie symbolicznie odznaczył Romana Szuchewycza i Stepana Chmarę, wbrew prawie jednogłośnemu stanowisku ukraińskiego parlamentu.
[srodtytul]Kompromitująca uległość[/srodtytul]
Tak jak nie sposób w krótkim tekście wyliczyć nawet najważniejszych przykładów zaangażowania byłego prezydenta Ukrainy w rehabilitację zbrodni OUN/UPA oraz dywizji SS "Galizien", tak nie sposób wyliczyć wszystkich przejawów kompromitującej Polskę uległości naszych elit wobec tych zachowań. Szczytów politycznego tchórzostwa i hańby doszliśmy podczas rocznicy rzezi wołyńskich. Nieobecność przedstawicieli władz na obchodach, odmowa patronatu prezydenta Lecha Kaczyńskiego nad konferencją upamiętniającą ofiary zbrodni i przypominający komunistyczną nowomowę styl jego listu topiącego prawdę w określeniach typu "wydarzenia wołyńskie" czy "tragiczne wypadki", wreszcie zachowanie marszałka Sejmu Bronisława Komorowskiego, który odmówił poddania pod głosowanie projektu rocznicowej uchwały, zdaniem wielu, przestraszony pojawieniem się ambasadora Ukrainy, który znalazł tego dnia czas na dopilnowanie sytuacji w Sejmie, ale nie zdobył się na kurtuazyjne położenie choćby najmarniejszego kwiatka pod pomnikiem ofiar – wszystko to wystawia naszej elicie politycznej najgorsze z możliwych świadectwo.
Środowiska kresowe zostały przez nią bez jakiejkolwiek próby wysłuchania ich racji potraktowane z wrogością, uznano je z góry za polski odpowiednik środowiska Eriki Steinbach, za nacjonalistycznych dywersantów, chcących zepsucia naszych strategicznych stosunków ze wschodnim sąsiadem (porównanie zawodzi o tyle, że niemieccy "wypędzeni" są przez swoich polityków traktowani diametralnie odmiennie). Jedynie rzecznik praw obywatelskich znalazł dla pamięci ofiar Wołynia zrozumienie, ale także na zorganizowaną przez niego sesję rząd odmówił przysłania bodaj najniższego rangą przedstawiciela.
[srodtytul]Ukraińcy pamiętają zbrodnie UPA[/srodtytul]
Platforma Obywatelska wybaczała Juszczence wszystko, bo widziała w nim polityka prounijnego, Prawo i Sprawiedliwość – bo wszystko przesłaniał fakt, iż osobistą nienawiść do Juszczenki zadeklarował Władimir Putin. Niektórzy próbują tłumaczyć zachowanie polskich władz swoistą "realpolitik", chęcią utrzymania pozycji, jak ujął to prezydent Kaczyński "dużego kraju pobratymczego", czyli odgrywania wobec aspiracji Ukrainy roli promotora.Osobne pytanie, jak można odegrać taką rolę, nie stawiając promowanemu żadnych oczekiwań (jeśli nasi politycy chcą wiedzieć, jak to się robi, niech naśladują postępowanie niemieckich elit i mediów wobec nas). Ale jeśli była w tym jakaś "polityka realna", to wywiedziona z kompletnej nieznajomości współczesnej Ukrainy.
Nacjonalizm, odwołanie do OUN i UPA nie są – na szczęście – kluczem do serc jej mieszkańców, co dobitnie pokazał wyborczy wynik Juszczenki. Ukraińcy pamiętają dobrze, że obłędna ideologia Doncowa i Bandery nakazywała likwidację nie tylko Polaków, Żydów i innych "chwastów" na etnicznie ukraińskich ziemiach, ale także, używając jej określenia, "schłopiałych" Ukraińców. UPA i inne organizacje nacjonalistyczne mordowały tych ostatnich nie tylko za pomaganie polskim sąsiadom, ale też np. za służbę w Armii Czerwonej, do której wszak wcielani byli ukraińscy chłopi siłą.
Dla przeciętnego współczesnego Ukraińca uwielbiana przez Juszczenkę UPA to faszystowscy zbrodniarze, i ocena ta wyniesiona jest nie tylko z komunistycznych podręczników, ale i z rodzinnych wspomnień.
[srodtytul]Mikre korzyści[/srodtytul]
Byłoby oczywiście przesadą twierdzić, że niechęć Ukraińców do Juszczenki spowodowana była przede wszystkim jego upowskimi sympatiami. Zadecydowała katastrofa gospodarcza, bieda, brak nadziei na poprawę poziomu życia. Z punktu widzenia nie tylko prostego wyborcy, ale i elit, te sprawy mają dziś największe znaczenie. Rzecz w tym, że i tu Polska niczego na popieraniu bohatera pomarańczowej rewolucji nie ugrała. Podczas szczerych rozmów z przedstawicielami ukraińskiego biznesu czy administracji usłyszeć można było często kilka obiegowych opinii. Że Polska nie ma im niczego do zaoferowania, że nie warto dla marnych interesów z Polską psuć sobie daleko lepszych z Rosją, że, wreszcie, Polacy przecież i tak muszą Ukrainę popierać, cokolwiek ta ostatnia zrobi. Można te opinie traktować jako niereprezentatywne. Ale nie da się zaprzeczyć, że nasze osiągnięcia we współpracy z sąsiednim krajem nie przerastają rangą umowy o ruchu granicznym.
Prości Ukraińcy nie zostawiają dziś na Juszczence suchej nitki, nie bronią go też elity. Ostatnich przyjaciół ma w Polsce. Może zechciałby przyjąć u nas azyl i zaproszenie do stworzenia muzeum przyjaźni polsko-ukraińskiej im. Doncowa i Bandery? Myślę, że nasze władze gotowe są – konsekwentnie – wystosować takie zaproszenie.
[i]współpraca Matylda Młocka[/i]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE