Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

KOMPAS na rok 2010: I tego trzymać się trzeba

Rafał A. Ziemkiewicz
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
[b]Po pierwsze:[/b] Polska, jakš nam przez ostatnie dwie dekady zbudowano pod dyktando grup interesu wyrosłych z peerelu ? zdeptanej, spustoszonej przez Stalina z Hitlerem i zbolszewizowanej kolonii ? jest państwem, w którym brak sprawiedliwoœci stanowi zasadę ustrojowš. Państwem, w którym o sukcesie, awansie i miejscu w hierarchii społecznej nie decydujš zdolnoœci, przedsiębiorczoœć, praca ani pożytek dla innych, ale przede wszystkim przynależnoœć lub brak przynależnoœci do grupy uprzywilejowanej, powišzania, znajomoœci, koneksje, układy. Obojętne, czy mówimy o biznesie, służbie publicznej, nauce, wolnych zawodach, tak zwanej kulturze czy innych dziedzinach. Jest zasadš, że protegowany zawsze wygrywa u nas z utalentowanym, a odstępstwa od tej zasady, czyli możliwoœć obejœcia blokujšcych drogi awansu i dystrybuujšcych sukces sitw i układów sš rzadkie i dotyczš dziedzin mniej atrakcyjnych. [b] [link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2010/01/02/kompas-na-rok-2010-i-tego-trzymac-sie-trzeba/] skomentuj na blogu[/link][/b]
Jest się po to dziennikarzem, publicystš, pisarzem, żeby być zawsze po stronie tych, którzy sš krzywdzeni i przeciwko tym, którzy krzywdzš; po stronie zablokowanych w realizowaniu zdolnoœci i aspiracji, przeciwko tym, którzy ich gnojš; po stronie tych, którzy próbujš zmieniać Polskę na lepsze i przeciwko zakamieniałym układom, które w ich aktywnoœci widzš zagrożenie dla swej uprzywilejowanej pozycji i na wszelki wypadek rzucajš ile się da kłód pod nogi. Po to więc, aby tę władzę sitw i œrodowiskowych gangów, koterii czy to mafijnych, czy gerontokratycznych, powišzań wszelkiego rodzaju demaskować, atakować, zwalczać dostępnymi sobie sposobami. A co najmniej ? nigdy się im nie dać kupić, nigdy nie szukać sukcesu w akceptowaniu i usprawiedliwianiu draństwa za cenę dopuszczenia do rozmaitych reglamentowanych korzyœci. [b] Po drugie:[/b] Polska, którš nam w ostatnich dwóch dekadach zbudowano pod dyktando wyrosłych z peerelu grup interesu, na oczekiwania których nałożyła się powszechna demoralizacja, deprawacja i myœlenie przez oduczone patriotyzmu i poczucia wspólnego dobra społeczeństwo w kategoriach wšsko pojmowanych, doraŸnych interesów własnej grupy, jest państwem niezdolnym do zapewniania narodowi warunków cywilizacyjnego rozwoju, realizowania narodowych interesów, kultywowania narodowej kultury, umacniania ducha i poczucia wspólnoty. Struktury państwowe peerelu budowano nie dla obywateli, ale przeciwko nim. I nadal takimi pozostajš, z tš jedynš różnicš, że o ile kiedyœ zarzšdzała nimi scentralizowana mafia pod jednolitym, kremlowskim przywództwem, to po wielkim rozszabrowaniu upadajšcego peerelu, jakim była w podstawowym sensie transformacja ustrojowa lat 1986 – 1993, rozmaite fragmenty tej struktury dostały się pod zarzšd rozmaitych koterii, sitw i mafii. Wobec słaboœci władzy i braku elity państwowej z prawdziwego zdarzenia elementy tej przeroœniętej struktury, uprawnionej i wyposażonej w narzędzia do bardzo głębokiego ingerowania w życie obywatela, służš realizacji partykularnych, czasem wręcz przestępczych interesów trudnych do precyzyjnego opisania układów. To samo, co przed rokiem 1989 mogło nas spotkać ze strony totalitarnej władzy, dziœ spotkać nas może ze strony szemranych cwaniaczków, dzielšcych między siebie czerwone sukno przeżartej niemożnoœciš i obsuwajšcš się w stan chronicznie niereformowalnego burdelu Rzeczpospolitej. Każdy z nas, jeœli jego osobiste powodzenie osišgnięte bez przyzwolenia i podziałkowania stanie się dla takich cwaniaczków solš w oku, może podzielić los Kluski, Olejnika czy właœcicieli Bestcomu. Sšdy, prokuratury, urzędy, służby stanš przeciwko obywatelowi, a przywódcy polityczni, których psich obowišzkiem jest ukrócenie nadużyć, coraz bardziej uzależniajš się od œrodowisk, którymi teoretycznie powinni zarzšdzać, stajš się marionetkami ich sitwowych interesów. Jest dla dziennikarza, publicysty, pisarza rzeczš godnš, sprawiedliwš i słusznš uporczywe przypominanie Polakom, co mogliby mieć i z czego sš okradani, przypominanie, czym jest cywilizowane, demokratyczne państwo i czym się ono różni od postkomunistycznego folwarku, wpasowanego w struktury europejskie raczej pod względem formalnym, niż za sprawš rzeczywistego przyjęcia zasad wypracowanych przez Zachód. [b]Po trzecie:[/b] To patologiczne państwo, deformujšce nasze narodowe aspiracje i przycinajšce nas w rozwoju w jakiœ pokręcony, karłowaty bonsai, ma wœród swoich sitw i grup interesów także koterię klerków, dostarczajšcych dla neo-feudalnej deformacji państwa uzasadnień ideologicznych. Nie udało się jej, jak roiła to sobie dwadzieœcia lat temu, objšć całkowitego rzšdu nad III RP, nie udało się jej nawet objšć w niej rzšdu dusz; niczym w mrożkowskim „Tangu”, prawdziwym beneficjentem propagandowych i personalnych nikczemnoœci przeœwiadczonej o swej decydujšcej roli michnikowszczyzny okazała się Ferajna rozmaitych „Rysiów” i „znajomych od œrub w samochodzie, odkręconych”, porozumiewajšcych się charakterystycznym slangiem znanym z policyjnych podsłuchów. Towarzystwo sprowadzone zostało do roli jednego z wielu lobbies u boku Ferajny, wcišż zachowujšc pewnš siłę, jakš daje mu władza nad rzeszš pół- i ćwierćinteligentów, którym czytanie „Gazety Wyborczej” i „Polityki” albo oglšdanie „Szkła kontaktowego” daje nie tylko wskazówkę, jakie poglšdy należy wyznawać i wygłaszać, z kogo szydzić, a kogo czcić, aby uchodzić za stuprocentowego inteligenta, ale także poczucie uczestnictwa w elicie, zjednoczonej wspólnym przeżywaniem pogardy dla polskiego motłochu i ciemnogrodu, u zarania III RP uosabianych przez Wałęsę i Niesiołowskiego, a dziœ etykietowanego przymiotnikiem „pisowski”. U boku rzšdzšcej Ferajny kultywuje salon tradycje kolaboracji (niekiedy słodzonej niby-opozycyjnym dšsem) z peerelem, i wczeœniej, z czasów, gdy „liberalna inteligencja” basowała mordom i napaœciom sanacyjnych zbirów na opozycjonistów, urabiajšc opinię, że Brzeœć i Bereza brzydkie, ale przecież usprawiedliwione koniecznoœciš walki z zagrożeniem endeckim. Dokładnie tak samo dziœ dyspozycyjni intelektualiœci, dziennikarze i celebryci służš Ferajnie w potrzebie, każde jej œwiństwo i nadużycie relatywizujšc na zawołanie mirażem zagrożenia pisowskiego. Służš jej codziennš gotowoœciš do ogłupiania widzów, słuchaczy i czytelników wydumanymi pseudoproblemami w rodzaju parytetów płciowych czy równouprawniania seksualnych perwersów, przy jednoczesnym zamilczaniu i tuszowaniu spraw rzeczywistych i najważniejszych. Służš im wreszcie prokurowaniem dla byle jakich rzšdów historycznej podkładki, wizji III RP jako państwa doskonałego, wielkiego historycznego sukcesu; ubierania założycielskiego szwindlu, jakim było zblatowanie peerelowskich specsłużb i nomenklatury z establishmentem opozycyjnym, w ornamenty „największego, osišgniętego bezkrwawo sukcesu w całej historii Polaków”. Wizji historii, w której nasz Cwaniak Narodowy, Wałęsa, upozowany zostaje na herosa, który wywalczył nam i łaskawie podarował wolnoœć sam jeden, tylko z grupkš wiernych wykonawców jego genialnych planów, podczas gdy wszystkie „Gwiazdy, Wyszkowskie i Walentynowicze” jedynie przeszkadzali ? i w której renegat, godny spadkobierca Szczęsnych-Potockich i Bierutów, Jaruzelski, drapowany jest w szaty patrioty i polskiego męża stanu. Zaprawdę jest godne, sprawiedliwe i słuszne walczyć ze wszystkich sił z tš bandš hipokrytów i lokajów patologicznych porzšdków. Odkłamywać prostytuowane przez nich słowa, wytykać cierpliwie ich nadużycia, manipulacje i kłamstwa. Demaskować głupotę i nicoœć modnych bredni, przywleczonych tu z rozgęganych postępowych salonów znudzonego nadmiarem dobrobytu Zachodu. Bronić opluwanych, wyrzucanych z pracy historyków i wszystkich opluskwianych przez medialnych establisz-mętów obrońców zdrowego rozsšdku i uczciwoœci. Bronić prawdy. Szukać prawdy. Służyć prawdzie, całej prawdzie i tylko prawdzie. I tego trzymać się trzeba. [b]Po czwarte:[/b] Jeœli jest przed Polakami droga wybicia się na rzeczywistš suwerennoœć, stania się podmiotem, a nie przedmiotem międzynarodowej gry, to nie prowadzi ona przez prymitywne papugowanie podsuwanych nam wzorców ani wdrażanie przysyłanych „do wykonu” ustrojowych dyrektyw, pisanych wszak przez przywódców kierujšcych się interesem swoich państw, a nie naszym. Jest w Polakach jakaœ dziwna siła. Napisałem „Polactwo” o deprawacji zgwałconej, zdeptanej i zeœwinionej ludnoœci miejscowej, która zapomniała o wspólnym dobru, o swej historii i możliwej wielkoœci, stajšc się na co dzień irytujšcš bandš drobnych kombinatorów i złodziejaszków o mentalnoœci fornali i pańszczyŸnianych niewolników. Napisałem „Michnikowszczynę” o zdeprawowaniu post-inteligencji, pozbawionej etosu, wiary i patriotyzmu, identyfikujšcej się wyłšcznie poczuciem wyższoœci i nienawiœciš do własnych korzeni, pogardš dla własnego narodu, czerpišcej to poczucie wyższoœci z małpiego imitowania wzorców, których nie jest nawet w stanie zrozumieć. Wydaje się sobie człowiekiem uodpornionym i na tombakowy blask michnikowych salonów, i na kazania z narodowych mszy. A jednak co i raz łapię się na tym spostrzeżeniu: jest w Polakach jakaœ dziwna siła. Siła, która być może zdolna jest sprawić, że w tej saskiej nocy nie pójdziemy na dno, wypłyniemy jakoœ, jak tyle już razy, na powierzchnię. [b]Po pište: [/b] Bieżšce polityczne przepychanki ? bo nikt mnie przecież nie zwolni z ich œledzenia i objaœniania, przeciwnie, wchodzimy wszak w rok wyborczy. Polska polityka nawet na tle ogólnego zepsucia jawi się jako dziedzina zepsuta w stopniu szczególnym. Organizmy, nazywane partiami politycznymi, nie majš nic wspólnego z partiami w sensie właœciwym ? organizacjami służšcymi w demokracji społeczeństwu do artykułowania, wyważania i realizowania swoich oczekiwań wobec państwa. Sš po częœci dworami, a po częœci gangami, zajętymi wzajemnym popieraniem się w zawłaszczaniu państwa i żerowaniu na obywatelach: ja ci szwagra do ministerstwa, ty mi bratanicę do urzędu marszałkowskiego, ja ci trzydzieœci głosów na konwencji wojewódzkiej, ty mi przetarg w gminie, ja za tobš zagadam u prezesa, ty mi wstaw protegowanego na listę. W rzšdzonym kraju politycy nie sš wybrańcami narodu, ale zdobywcami, którym wyborczy sukces daje prawo do łupienia podbitej gminy, instytucji czy całego kraju na okres kadencji, w ramach podziału łupów w umowie koalicyjnej. Na straży tej z kolei patologii stoi konstytucja z zasadš proporcjonalnoœci wyborów i ustawa o finansowaniu partii z budżetu państwa. Ale nic innego nie mamy i w najbliższej perspektywie mieć nie będziemy. Wchodzimy do restauracji, i możemy wybrać co chcemy, ale tylko z tego, co jest w karcie – a w karcie tylko dwa dania i dwie przystawki. Można co najwyżej wyjœć, ale to żadna opcja. Gdy nazwałem obecny rzšd najgorszym rzšdem dwudziestolecia, kolega, zresztš jeden z najlepszych komentatorów politycznych, oskarżył mnie o retorycznš przesadę, przypominajšc rzšdy Suchockiej, mniejszoœciowy gabinet AWS czy równie schyłkowy rzšd Belki. Nie ma racji. Rzecz nie w sprawnoœci administrowania, w czym, oczywiœcie, niektórzy obecni ministrowie sš gorsi, niektórzy lepsi, a œrednia w porównaniu wypada œrednio. Rzecz w tym, iż gabinet Tuska jest pierwszym rzšdem, którego nieskrywanš filozofiš jest abdykacja, nierzšdzenie. Poprzednicy przynajmniej próbowali jakšœ wizję, jakieœ zamiary, mniej lub bardziej szlachetne, zrealizować. Przynajmniej chcieli, mniej lub bardziej sensownie, coœ usprawniać, zmieniać, reformować. Nawet bezsilny rzšd Belki odważył się mieć plan Hausnera. Kaczyński, nie odmawiajmy mu tego, był szczery w swym konflikcie z układami, sitwami, nawet jeœli zabierał się do walki z nimi niezbyt udolnie i zanadto wierzył, że szlachetny cel uœwięca œrodki. Nie do końca zresztš potrafię go potępiać, bo jednak, gdyby nie jego rzšdy, nie pękłby ustanowiony w czasie historycznego zblatowania monopol na rynku mediów, nie doszłoby do ich częœciowego spluralizowania – mielibyœmy nadal wszędzie, w gazetach i eterze to samo Towarzystwo, w którym za umiarkowane centrum robiliby Żakowski z Paradowskš, za prawicę Lis, a za skrajnš prawicę Wołek (oczywiœcie, niewykluczone, że ten pożšdany przez establisz-męty stan wróci, pracujš nad tym intensywnie). Nie to, żeby takich jak ja prezes PiS lubił, ale na szczęœcie miał interes, by ich do polskich mediów, od zarania i nadal wszak kreowanych z politycznych nominacji (szczególnie dotyczy to tzw. mediów prywatnych czy też komercyjnych) wpuœcić takich, co będš rozbezczelnionym salonowcom trochę psuć krew. Natomiast Donald Tusk był pierwszym, który zmienianie czegokolwiek zupełnie odpuœcił i beztrosko oddał kraj w ręce grup interesu. Prawnicy, komornicy, biegli rewidenci, cholera wie kto ? chcecie ustawę? Zgłoœcie swoje oczekiwania i jeœli jesteœcie w stanie odwdzięczyć się znaczšcym dla partii rzšdzšcej poparciem, dostaniecie prawo uszyte pod wasze oczekiwania. Niewiarygodna rzecz, że polityk tak morderczo skuteczny w eliminowaniu konkurentów do sprawowania władzy, w samym sprawowaniu władzy mógł się okazać tak indolentny, jak okazał się przez ostatnie dwa lata Tusk. Być może po prostu wycišgnšł wnioski ze spektakularnego upadku Kaczyńskiego i z rozmiarów powszechnej nienawiœci, jakš potrafiły rozpętać przeciwko niemu zjednoczone w poczuciu zagrożenia wpływowe sitwy. Być może lenistwo ? gdyby miał w sobie Tusk żšdzę władzy, zamiast celebryckiej żšdzy œwiecznikowania, nie poœwięcałby przecież realnych możliwoœci premiera dla raczej dekoracyjnej funkcji prezydenta. W każdym razie, jako premier postanowił Tusk być Smerfem Lalusiem, nie robišcym niczego, poza nieustannym podziwianiem swego odbicia w lustrze sondaży i niczym poza tym odbiciem nie zainteresowanym, łaszšcym się o popularnoœć, gotowym dla jej zdobycia powiedzieć i obiecać wszystko i wszystkiemu nazajutrz zaprzeczyć. Kaczyńskiego można przynajmniej, na serio, nienawidzić. Tusk budzi tylko mdłoœci. [b]Po szóste:[/b] Dziennikarz, publicysta, pisarz w III RP wcišż przypomina astronoma, który œledzi loty planet, komet i innych ciał niebieskich, oblicza ich odchylenia, perturbacje, i wie na pewno, że gdzieœ tam, w głębi kosmosu, musi być COŒ, coœ, co te odchylenia i perturbacje wywołuje. Ale co – nie wie. Teleskopy, jakimi dysponuje, niczego nie sš w stanie pokazać. Coœ tam musi być, dowodzš tego zakłócenia w ruchu ciał niebieskich. Ale tego nie widać, można tylko się domyœlać, stawiać hipotezy. Astronomowie nazywajš to „ciemnš materiš”, i sš w o tyle łatwiejszej sytuacji, że kosmiczna „ciemna materia” nie dysponuje suto opłacanymi kancelariami prawnymi wytaczajšcymi ujawniajšcym jej istnienie astronomom procesy, podsłuchami węszšcych za „hakami” służb ani innymi metodami uprzykrzania im życia. W życiu publicznym III RP ta ciemna materia daje się zauważyć po skutkach. Opisać jš, objaœnić, walnšć tš prawdš między oczy otępione i otępiałe społeczeństwo jest trudno. Ale trzeba. W końcu, prawdziwy mężczyzna nie traci czasu na robienie tego, co wydaje się do zrobienia możliwe. [b]Po siódme:[/b] BšdŸ wierny, idŸ.
ródło: Rzeczpospolita OnLine

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL