Mniejszości

Nie tylko miejsce kultu

Msza w kościele Świętej Trójcy w Chicago (fot: Marcin Kondek)
Presschicago
Ponadstuletni ceglany kościółek na przedmieściach Waszyngtonu wygląda jak amerykański zabytek klasy zerowej. W środku obok ołtarza stoją dwie flagi: amerykańska i polska. To właśnie w Silver Spring od ponad ćwierć wieku siedzibę ma polska parafia.
Na dwie msze odprawiane przez księdza Jana Fiedurka co niedzielę przyjeżdża kilkuset wiernych nie tylko z Waszyngtonu, ale i odległych zakątków stanów Maryland i Wirginia. – Jadę godzinę w jedną stronę – opowiada Krzysztof Kot, który wraz z rodziną mieszka w Leesburgu. – Ale przyjeżdżamy, bo dla nas i dla naszych córek to jedyna szansa na kontakt z Polską – dodaje. – To rzeczywiście jedyny kościół, w którym my, Polacy, możemy się spotykać. Powstał w dużym stopniu dzięki Janowi Pawłowi II, który w latach 70. wpłynął na ówczesnego arcybiskupa Waszyngtonu. Miał służyć ludziom mówiącym po polsku i bardzo dobrze spełnia swoją funkcję – opowiada Walter Zachariasiewicz, jeden z najwybitniejszych działaczy polonijnych, który pracę w Światowym Związku Polaków z Zagranicy w Warszawie (Światpol) rozpoczął w 1936 roku. Do Stanów Zjednoczonych przyleciał w 1948 roku – najpierw zamieszkał w Nowym Jorku, a w 1961 roku przeprowadził się do Waszyngtonu. Gdzie spotykali się Polacy, zanim powstała polska parafia w Silver Spring? – Raz w miesiącu nabożeństwo w katedrze odprawiał ksiądz, który dobrze mówił po polsku. Przez lata staraliśmy się trzymać razem, choć z osób, które chodziły na tamte nabożeństwa, zostało może pięć, może dziesięć. Pozostali odeszli na wieczną posługę – opowiada Walter Zachariasiewicz. 98-letni weteran II wojny światowej, który przeszedł sowiecki łagier i więzienie w podziemiach NKWD, wciąż emanuje taką energią, że wydaje się, iż laskę nosi jedynie dla ozdoby. Nadal aktywnie pracuje też dla Polonii, jest m.in. członkiem Polonijnej Rady Konsultacyjnej przy marszałku Senatu.
[srodtytul]Msza z disneyowskim tygryskiem[/srodtytul] Ale wśród wiernych zasiadających w drewnianych ławkach nie dominują wcale przedstawiciele powojennej imigracji. Jedną z najważniejszych postaci na mszy 15 listopada był mniej więcej sto lat młodszy niż Walter Zachariasiewicz Liam Sebastian Carrilho. Roześmiany kilkumiesięczny chłopak mężnie zniósł procedurę chrztu (zapewne z powodu innego klimatu woda z chrzcielnicy była cieplejsza niż w Polsce). Dlaczego rodzice zdecydowali się na chrzest akurat w polskiej parafii? – To sprawa tradycji. Zawsze na święta, czy na Wielkanoc, czy na Boże Narodzenie, ciągnie nas do polskiego kościoła. Poza tym na chrzciny przyjechali też goście z Polski i chodziło między innymi o to, żeby wszystko rozumieli – opowiada mieszkająca w Wirginii Katarzyna Flis-Carrilho. Na mszy gromadzi się również wielu 20–, 30– i 40-latków, a także gromada dzieci. Momentami lekko znużone urozmaicają sobie czas w miarę dyskretną zabawą disneyowskim tygryskiem lub nieco głośniejszą jazdą resorakami po ławce (w końcu po coś ktoś wymyślił ten tor do jazdy samochodami, na którym rozmodleni dorośli opierają ręce). A jeśli mamy pozwolą – albo właśnie dlatego, że nie pozwalają – rozmawiają ze sobą, używając ciekawej mieszanki języka polskiego i angielskiego. Czas na prawdziwe szaleństwo dla najmłodszych przychodzi jednak już po mszy, gdy korzystając z uroków waszyngtońskiej aury – piękne słońce i 22 stopnie Celsjusza w połowie listopada – mogą pobawić się wokół zabytkowego kościoła. – 15, 20 lat temu było o wiele więcej ludzi starszych. Teraz podkreślają oni w rozmowach, jak bardzo nasza parafia odmłodniała. Rzeczywiście jest dużo młodych ludzi i małżeństw z dziećmi – zauważa proboszcz Jan Fiedurek, ciesząc się, że w zeszłym roku ochrzcił rekordową liczbę maluchów w historii parafii, a w tym roku rekord ten – 24 dzieci – udało mu się pobić już we wrześniu. Przybywa również młodych osób przystępujących do bierzmowania. [srodtytul]Inaczej niż w Chicago[/srodtytul] W Chicago, gdzie mieszka o wiele więcej Polaków niż w waszyngtońskiej metropolii, odprawia się msze święte po polsku w ponad 50 kościołach. A do największych w każdą niedzielę przychodzą 3 – 4 tysiące rodaków. W podwaszyngtońskiej parafii wiernych jest prawie dziesięciokrotnie mniej. Dzięki temu nie są oni jednak tak anonimowi. Naukowcy, inżynierowie, biznesmeni, dyplomaci i pracownicy elitarnych waszyngtońskich instytucji oraz amerykańskiego rządu po mszach ucinają sobie przed kościołem długie pogawędki. – Ten kościół spełnia funkcję nie tylko centrum religijnego, ale również centrum życia społecznego Polonii. Dlatego przyjeżdżamy tu co tydzień – podkreśla Mirosław Skibniewski, który w Stanach Zjednoczonych mieszka już ponad 20 lat. - Kościół etniczny, zwłaszcza dla nas, Polaków, jest czymś więcej niż tylko miejscem kultu. Ludzie, żyjąc w obcym kraju, są bowiem pozbawieni oparcia, jakie dawali sąsiedzi, rodzina, ciotki, kuzyni. Wsparcia dla szeroko rozumianych potrzeb duchowych szukają więc w parafii – tłumaczy ksiądz Jan Fiedurek, podkreślając, że parafie etniczne pomagają w zachowaniu tożsamości nie tylko religijnej, ale i narodowej. – A jeśli weźmiemy pod uwagę tylko płaszczyznę religijną, to nawet ludzie, którzy doskonale znają język angielski i zapuścili już w Ameryce korzenie, chcą z Panem Bogiem kontaktować się w języku polskim – dodaje. [srodtytul]Niełatwo zachować korzenie[/srodtytul] Co jakiś czas rodzice upominają bawiące się przed kościołem dzieci, żeby mówiły po polsku. Msze, prowadzona przy parafii sobotnia polska szkoła czy zajęcia z religii to bowiem dla bardzo wielu z nich jedyna poza domem możliwość kontaktu z językiem rodziców. – Planujemy nauczyć Liama polskiego, ale zobaczymy, czy to się uda, bo jego tata jest Brazylijczykiem, więc będzie miał do opanowania kilka języków – mówi Katarzyna Flis-Carrilho, mama właśnie ochrzczonego chłopca. Wielu Polaków, z którymi rozmawiałem przed kościołem w Silver Spring, przyznaje, że nie jest to wcale takie proste zadanie, jak mogłoby się wydawać. – Wychowanie dzieci tak, by wyrosły na obywateli świata, którzy znają Amerykę, ale by jednocześnie nie straciły polskich korzeni, jest bardzo trudne – przekonuje Krzysztof Kot.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL