Moda
Jak i gdzie się nie ubierać
Jedni przychodzą w smokingu, inni w dżinsach. Czy potrzebna jest etykieta ubraniowa w czasach indywidualizmu?
Przebojem sezonu są w tym roku legginsy. Podkręcają wygląd tradycyjnej marynarki, wygląda się w nich młodziej i zadziorniej. Latem dziewczyny nosiły je jak rajstopy, bez spódnicy. 15 lat temu byłby to szok.
Czasy się zmieniają, sposób ubierania się rozluźnia, żeby nie powiedzieć: niechlujnieje. Rozkład zapoczątkowała rewolucja obyczajowa 68 roku, ale po niej punk, grunge, dekonstrukcja, styl emo nadal coś odrzucały.
Moda usuwa z naszej garderoby rzeczy klasyczne. Zasady się relatywizują. Na przykład czarny. To ulubiony kolor współczesności, kod młodzieży i wolnych zawodów. Jego konotacje żałobne się zatarły, chociaż wciąż kojarzy się ze smutkiem. Na forach internetowych powraca pytanie, czy na ślub można iść w czarnej sukience. W czasach, gdy na pogrzeb można przyjść już prawie w kostiumie kąpielowym.
Łamanie zasad jest dowodem kreatywności. Ekstrawagancja skupia na sobie uwagę. Niedawno na pokazie Kenzo siedział obok mnie mężczyzna w stroju pasterza z Kirgizji, a dwa rzędy dalej – średniowieczna dama. Granice tego, co dopuszczalne, wyznaczają telewizja i show -biznes, czyli Lady Gaga, Doda, Jola Rutowicz.
Porządek odpicowany
Jak się ubrać do sądu? Na rozmowę o pracę, do opery? Jak ma wyglądać pani domu na przyjęciu, a jak goście? Smoking czy tylko garnitur? Czy dziś ktokolwiek chce przestrzegać kodeksu ubraniowego?
– Ludzie są zagubieni w tym, co proponuje moda – mówi Krzysztof Łoszewski, stylista, wykładowca w Akademii Dyplomatycznej. – Myślę, że z formalnymi okazjami mamy mniej kłopotów, w pracy mniej więcej wiadomo, co wolno. Poza pracą każda sytuacja wymaga wyczucia. Przyszedłem do znajomego na urodziny w białej koszuli. On przyjął mnie w wyrzuconej na wierzch wielkiej bluzie w kratę. Coś się tak odpicował? – mówi. Poczułem się, jakbym to ja popełnił faux pas. A przecież staranność ubrania jest wyrazem szacunku dla gości.
W filharmoniach i teatrach starsze pokolenie stara się wyglądać lepiej niż na co dzień, młodsi przychodzą, jak chcą. Teatr przestał być świątynią. Trzeba jednak przyznać, że garnitury na przedstawieniu Warlikowskiego wyglądałyby śmiesznie.
W starej Europie rytuały przetrwały. Gdzie i jak się ubrać, należy do umowy społecznej. Śluby z kapeluszami, żakietami dla panów (tzw. frakami dziennymi) i uroczystymi sukienkami dla druhen to w Anglii i Francji wcale nie rzadkość. Na chrzty ubiera się dzieci w sukienki przekazywane z pokolenia na pokolenie. W klubach angielskich dżinsy i szorty nie uchodzą, a mężczyźni, jeśli jedzą kolację w jadalni, muszą być w marynarkach. Na kolację do prywatnego domu nie przychodzi się w sportowym ubraniu, chociaż tu także rządzą zasady środowiskowe. Architekci, artyści, pracownicy branży reklamowej mają luźniejsze uniformy.
Byle nie w podkoszulku
Kiedyś znajomy zabrał mnie w Paryżu na przyjęcie. Nie wspomniał, że na zaproszeniu była wzmianka: "krawat, długa suknia". Poszłam w krótkiej sukience. Czułam się głupio (była tam Catherine Deneuve). Goście taktownie udawali, że nie widzą faux pas. We Francji taka adnotacja to normalna rzecz. U nas także na oficjalnych zaproszeniach często stoi "strój wieczorowy obowiązkowy". Organizatorom najczęściej chodzi o to, żeby goście nie przyszli w podkoszulku.
Rzeczywistość służbowa ma inne prawa. Firmy cywilizują zachowania pracowników, narzucając dress cody, organizując kursy ze stylistami. Ale kiedy się wyznaczy dopuszczalną długość paznokci i szerokość nogawki spodni, to zaraz wykwitają parodie tych regulaminów. Jednak można zrozumieć pracodawców, którzy nie życzą sobie panien z tipsami i z gołym brzuchem za biurkami w banku. Zdaniem Łoszewskiego w Polsce kobiety w pracy podkreślają swoją kobiecość. Nawet za bardzo.
– Moja znajoma z Brukseli jest doradcą finansowym w Unii. Idąc na spotkanie, zakrywa ręce i nosi spodnie. U nas spotkałem panią na stanowisku, która miała w pracy rajstopy w kratę – mówi.
– Zanim wprowadzono business casual, na Wall Street wszyscy ubierali się w ciemne garnitury. To była niepisana zasada i nikomu nie przyszłoby do głowy ją złamać – mówi Christopher Smith, prawnik z Wirginii mieszkający od 14 lat w Warszawie. Gdy pojawiło się pojęcie "casual", trzeba było je uściślić.












