Zbliżenie
Nie lubię musieć
Z Magdaleną Cielecką rozmawia Małgorzata Piwowar
Rz: Getsemani to noc zwątpienia, którą przeżył Chrystus. Czy to nie za wielkie słowa jak na tytuł sztuki o polityce? Zbliżenie - czytaj więcej
Magdalena Cielecka: W tym kontekście jest to oczywiście perwersyjne, ale przecież to świadomy zabieg autora. Jako zwykła obywatelka wyobrażam sobie, że politycy też miewają momenty głębszej refleksji, spojrzenia na siebie w lustrze. Wraz z tym przychodzi chwila prawdy, zastanowienia, jak daleko można się posunąć w manipulacjach, w etycznej płynności. Wszyscy mamy świadomość „pewnych mechanizmów", a także „sytuacji bez wyjścia" czy „propozycji nie do odrzucenia".
Czyli spektakl jest po to, by politycy postawili sobie granice?
Nie jestem pewna, czy go obejrzą.
Powinni, to pierwsze przedstawienie Teatru TV po wyborach.
Jednak trzeba pamiętać, że to sztuka. Owszem, pokazująca mechanizmy nieobce politykom w żadnym kraju, ale najpierw warto się jej przyjrzeć jako propozycji artystycznej, a nie publicystyce.
Gra pani Meredith, minister spraw wewnętrznych w rządzie Wielkiej Brytanii. Ona też przeżywa w sztuce getsemani?
Jest uosobieniem tego określenia. Należy do ludzi niecofających się przed niczym, ma jasno wyznaczone cele. Sama przed sobą niespecjalnie lubi się przyznawać do jakichkolwiek skrupułów. Gdy dochodzi do afery, może stracić stanowisko. Ale nie składa urzędu, tylko walczy, choć wie, że może wiele przegrać. Decyduje się stanąć u boku zdemaskowanego męża. Gdyby sytuacja ze Straussem-Kahnem zdarzyła się przed naszą realizacją, to na pewno byśmy się do niej odwoływali. Ale i tak nie trzeba było się szczególnie starać, by znaleźć nawiązania do naszej rzeczywistości. Kiedy w hotelu na Krakowskim Przedmieściu kręciliśmy scenę z Piotrkiem Adamczykiem jako premierem, mówił tekstem Hare'a: „Zobacz, tłum się buntuje, musimy coś z tym zrobić". W tym samym czasie słychać było dobiegające z ulicy kanonady okrzyków, a jak wyjrzeliśmy – zobaczyliśmy transparenty protestujących. To była rzeczywistość, która wdarła się w sztukę napisaną przez brytyjskiego dramaturga. To znaczy, że umiejętnie pokazał mechanizmy władzy, relacje i zależności między jej ludźmi. Zmieniają się tylko lokalne realia.
Przy okazji poprzedniego spotkania z Waldemarem Krzystkiem podczas pracy nad „Przesileniem" przyznała pani, że interesuje się polityką. Jest pani skłonna usprawiedliwiać tych, którzy ją tworzą?
Raczej próbuję zrozumieć.
Mówi się, że zrozumieć znaczy wybaczyć...
Nie jestem jeszcze na tym etapie. Chciałabym jednak nie czytać rzeczywistości, a w tym polityki – skrótowo, powierzchownie, przebiegając wzrokiem tylko tytuły w gazetach. Lubię śledzić słowne batalie na argumenty, rozumieć. co się za nimi kryje. To mnie ciekawi. Oceny są mniej ważne niż refleksja i chęć zrozumienia.
Na premiery czekają dwa filmy z pani udziałem: „Jezioro" Jacka Piotra Bławuta i „Taniec śmierci. Sceny z Powstania Warszawskiego" Leszka Wosiewicza.
Ten drugi jest jeszcze nieskończony. To kameralna opowieść, niejednoznaczna w wymowie. Pokazuje postawy dalekie od martyrologicznych. Liczę na ten film.
Do tych artystycznych projektów jakoś nie bardzo pasuje „Hotel 52"...
To po prostu przygoda zawodowa. Nie wstydzę się, że gram w tym serialu. Zaufałam Michałowi Kwiecińskiemu, który zaproponował mi rolę. I nie rozczarowałam się. W telewizji też można uczestniczyć w rzetelnej robocie. W Polsce kręci się mało filmów. Do tego scenariusze bywają często nie do przyjęcia, ostatnio czytałam dwa takie. Wolę zagrać w dobrze robionym serialu niż w złym filmie.
Co jest dziś dla pani zawodowym azylem?
Teatr, jak zawsze. Teraz przyszedł moment, w którym zmieniam nieco środowisko. Nie kończę z teatrem Krzysztofa Warlikowskiego, jednak nie biorę udziału w najnowszej produkcji mojego macierzystego teatru. Bardzo potrzebowałam zmiany, odcięcia się od tego świata, tego myślenia o teatrze i tego sposobu myślenia Krzysztofa o mnie. Czułam, że stoję w miejscu i kolejna rola grana przeze mnie w jego przedstawieniu byłaby wariacją na temat tej samej postaci. Potrzebowałam czasu i odpoczynku, żeby się „zresetować". W związku z tym zrobiłam skok w bok. Zagrałam u Mikołaja Grabowskiego w „Dziennikach" Gombrowicza w IMCE i sprawiło mi to nieprawdopodobną radość. Całkiem inna praca w kompletnie odmiennym świecie, z innymi ludźmi. Wkrótce zaczynam też próby w Teatrze Narodowym. Wreszcie mogę wygospodarować trochę czasu na życie, a to daje inną perspektywę, niezbędny dystans. Jestem szczęściarą, mam komfortową sytuację: nie muszę nieustannie grać, przyjmować wszystkich ról. Mogę pozwolić sobie na wybór: przyjmuję propozycje, w których sens wierzę, czasem z ciekawości albo dla przyjemności podjęcia ryzyka, czasem dla dowcipu albo włożenia kija w mrowisko, jak było w przypadku parodiowania Joanny Krupy w programie Szymona Majewskiego. W końcu przez ładnych kilka lat byłam zaszufladkowana: teatr artystyczny i trudne role wymagające ekstremum. Nie chcę powiedzieć, że nie będę już tego robić, ale mam gotowość i wielką potrzebę szukania w sobie innych możliwości.















