Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Publicystyka

Bukraba-Rylska: Parytety jak numerus clausus

Fotorzepa, Mirosław Owczarek MO Mirosław Owczarek
Dlaczego œrodowiska feministyczne zakładajš, że płeć powinna œciœle determinować œwiatopoglšd? - zastanawia się profesor socjologii
Kiedy przed ćwierćwieczem mijał uchwalony przez ONZ Międzynarodowy Rok Kobiet, Stanisław Szanter, socjolog i etnolog, podsumował jego dorobek bezlitoœnie: słowa, hasła, slogany, truizmy powtarzane od lat. I zadał pytanie: jak to się stało, że genialna piastunka gatunku Hominis sapientis stała się tak słaba i głupia, popadła w sytuację tak żałoœnie upoœledzonš, że litoœciwi dobroczyńcy z ONZ musieli organizować specjalny rok jej poœwięcony? Szanter miał prawo w ten sposób formułować oceny, gdyż był autorem (poprzedzonej dziesięcioletnimi badaniami i zrealizowanymi po przetłumaczeniu na 29 języków 300 tysišcami ankiet) ksišżki „Socjologia kobiety”. Do tej pozycji wydanej w 1948 roku, o której Jan S. Bystroń napisał, że stanowi „trwałš pozycję w dorobku myœli ludzkiej”, a Bertrand Russel ubolewał, że została napisana co najmniej sto lat za wczeœnie, warto odesłać dzisiejsze feministki. [srodtytul]Płeć okreœla œwiadomoœć[/srodtytul]
Stanisław Szanter w podobny sposób odniósłby się zapewne do formułowanego obecnie postulatu parytetów dla kobiet. Jako jedna z sygnatariuszek listu otwartego przeciw parytetom chciałabym do argumentów tam zawartych dodać kilka innych zastrzeżeń. Otóż, mój zdecydowany sprzeciw budzi wyraŸna w postulatach œrodowisk feministycznych intencja klasyfikowania ludzi według ich cech biologicznych i przypisywanie im na tej podstawie okreœlonych charakterystyk. To, że jest się kobietš bšdŸ mężczyznš, podobnie jak fakt, że jest się członkiem tej czy innej grupy etnicznej, w niczym nie przesšdza o predyspozycjach, wartoœciach i interesach reprezentowanych przez poszczególne osobniki. Taki naturalistyczny redukcjonizm został dostatecznie skompromitowany, wydawać by się mogło, w koncepcjach rasowych. Zawiódł też, najwyraŸniej, już na poczštku inicjatywy podjętej przez feministki. Okazało się bowiem, że sš kobiety myœlšce inaczej. Ciekawe zresztš, dlaczego te same œrodowiska głoszš, że płeć nie może ograniczać preferencji seksualnych, wyboru zawodu czy prawa do noszenia spodni, a jednoczeœnie zakładajš, że powinna œciœle determinować œwiatopoglšd. Nietrudno zauważyć, że na miejsce stereotypowych wyobrażeń kobiecoœci zawartych w utrwalonych wzorach i rolach społecznych feministki pragnš wprowadzić zupełnie inne wyobrażenia, ale oparte na tym samym fałszywym założeniu i co najmniej tak samo stereotypowe. Nie sposób zgodzić się z kolejnym twierdzeniem, że reprezentacja grupy w danym gremium powinna odzwierciedlać liczbowy udział tej grupy w całej populacji. Przede wszystkim powraca absurdalne kryterium biologiczne, wzmocnione o skrajnie kolektywistycznš przesłankę: jeżeli ktoœ został zaliczony (w dodatku nie przez siebie) do tak zdefiniowanej grupy, nie ma prawa tego podważać. W społeczeństwie nowoczesnym, cenišcym status osišgany przez jednostkę w drodze jej indywidualnych wysiłków, odwoływanie się do przypisanej pozycji grozi regresem do jakiegoœ neokastowego ustroju, w którym warstwa mędrców będzie wyznaczać pozostałym osobnikom, co majš myœleć i do czego dšżyć. Drobne różnice wynikajš zaœ z tego, że obecnie zalecenia nie dotyczš obowišzku posiadania dzieci, zajmowania się domem ani siadania na traktory, lecz wchodzenia do polityki i rad nadzorczych. Majšca służyć realizacji nowych ambicji (czyich?) zasada parytetu nie wydaje się dobrym rozwišzaniem. Przypomnijmy, że w 20-leciu międzywojennym w wielu państwach Europy stosowano tę zasadę (nazywanš wtedy numerus clausus) i była ona powszechnie krytykowana jako rasistowska. Niezależnie od tego, czy wprowadza się jš z myœlš o grupie postrzeganej jako zbyt silna, ekspansywna i zagrażajšca pozostałym (za takš grupę uważani byli Żydzi, wyróżniani przez ustawy nazistowskie na podstawie pochodzenia), czy też o grupie uważanej za słabš i pokrzywdzonš – jej istota pozostaje ta sama. Warto też się zastanowić, z jakim kształtem społeczeństwa mielibyœmy do czynienia, gdyby konsekwentnie stosować parytety. [wyimek]Feministki, zarzucajšce pozostałym kobietom „fałszywš œwiadomoœć”, brak wiedzy i zdradę wspólnych interesów, grzeszš tym samym [/wyimek] Gdyby œciœle stosować zasadę proporcjonalnoœci, należałoby pomyœleć nie tylko o kobietach w ogóle, ale też o kobietach pięknych (narażonych na molestowanie) i brzydkich (niechętnie zatrudnianych, zwłaszcza na pewnych stanowiskach), o kobietach z nadwagš, rudych, okularnicach, nie mówišc już o niepełnosprawnych czy po pięćdziesištce. [srodtytul]Rywalizacja między pierwotnymi hordami[/srodtytul] Krzyżowanie kryteriów ukazuje absurd samej idei, a ponadto prowadzi do oczywistego wniosku, że każdy człowiek jest niepowtarzalnš kombinacjš cech, aspiracji i możliwoœci ich realizowania. Dlatego nie da się wymyœlić nic lepszego niż prawa człowieka i obywatela – odnoszšce się nie do wydzielanych na tej czy innej zasadzie grup, ale do jednostek, które na forum publicznym rywalizujš ze sobš albo zawierajš sojusze, kierujšc się swojš kalkulacjš, a nie podporzšdkowujšc się rzekomym rasowym czy płciowym determinizmom. Warto też podkreœlić poważniejsze konsekwencje proponowanego przez feministki myœlenia. Oto w pierwszym przypadku mamy społeczeństwo otwarte, demokratyczne, w którym – zgodnie z uniwersalizmem ładnie wyrażanym przez jednš z religii – nie ma mężczyzny ani kobiety, Żyda ani Greka, pana ani niewolnika, natomiast w drugim wracamy do prehistorycznych czasów, gdzie pierwotne hordy pielęgnujš swoje „wrodzone” partykularyzmy i zwalczajš się zaciekle. W tym drugim przypadku nie jest możliwe jakiekolwiek współdziałanie pomiędzy różnymi grupami: wszyscy sš trwale uwięzieni w wyznaczonych przez biologię ramach, a złamanie lojalnoœci naraża co najmniej na niewybredne inwektywy. Współczesne œrodowiska feministyczne zdajš się stosować jeszcze bardziej (niż czynili to naziœci czy marksiœci) uproszczone schematy w postrzeganiu struktury społecznej. Staje się ona uboga i archaiczna: zamiast wizji wielu ras czy klas feministki proponujš idealnie dychotomiczny podział ludzkoœci według płci. Nie widzš żadnej szansy już nie na sympatię, ale i na empatię, racjonalne porozumienie czy choćby wykalkulowanš transakcję między przedstawicielami zantagonizowanych grup – czeka je tylko konfrontacja w ramach ustalonych z góry parytetów. W ramach ultrakolektywizmu neguje się istnienie osobników czy indywidualnoœci i dopuszcza jedynie istnienie grup wyposażonych w „dusze zbiorowe”, owładniętych tymi samymi pragnieniami i dšżeniami. Takie mistyczne przekonanie nijak się ma do nowoczesnego liberalizmu, którego podstawowš przesłankę brytyjska żelazna dama wyraziła kiedyœ następujšco: nie ma społeczeństwa, sš tylko jednostki. Listę zastrzeżeń wobec postulatu ponownego wprowadzenia zasady numerus clausus (i ponownie, dodajmy, kierujšc się wzorami płynšcymi z zachodniej Europy) można by poszerzyć. Toczšca się dyskusja – pod warunkiem że będzie się odwoływała do argumentów, a nie inwektyw – przyniesie ich pewnie więcej. Na zakończenie przyda się jeszcze jedna uwaga. Otóż wydaje się, że niektóre feministki, zarzucajšce pozostałym kobietom „fałszywš œwiadomoœć”, brak wiedzy i zdradę wspólnych interesów, grzeszš tym samym. Toczenie emancypacyjnych batalii pod sztandarem feminizmu jest bowiem nieporozumieniem i obrazš dla każdej szanujšcej się kobiety, zważywszy na fakt, co znaczyło to słowo i do jakich konotacji odsyłało. [srodtytul]„Mulier” brzmi dumniej[/srodtytul] „Femen”, jak przypomina œw. Augustyn w „Państwie Bożym”, to tyle co udo i bok (femur), z którego kobieta została ponoć stworzona. Mało zaszczytna genealogia, której lepiej byłoby nie przypominać. Z kolei, jak tłumaczy komentator Wergiliusza Serwiusz Gramatyk, starożytni nazywali potocznie „mala” (jabłka) męskie jšdra, stšd skojarzenia ze słowem „female” bywały dwuznaczne. „Femina” oznaczała kobietkę, kobiecištko, kobiecinę – słowo to miało więc wydŸwięk pobłażliwy, frywolny, deprecjonujšcy. W odniesieniu do kobiet poważnych, dojrzałych i otaczanych szacunkiem łacina dysponowała innym słowem: „mulier”. Najwyższy czas przypomnieć je i wprowadzić ponownie do użycia. Skoro feministki opowiadajš się za infantylnš i podrzędnš wersjš kobiecoœci (zważywszy na merytorycznš jakoœć ich argumentów, chyba najzupełniej słusznie), pozostałym kobietom nie pozostaje nic innego, jak zaproponować konkurencyjnš wizję i zainicjować ruch mulierystek. Do tego ruchu już teraz zgłaszam akces. [i]Autorka jest socjologiem, kieruje Zakładem Socjologii Kultury na Uniwersytecie Warszawskim i Zakładem Socjologii Wsi Instytutu Rozwoju Wsi i Rolnictwa PAN [/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL