Publicystyka

Przykrywanie prawdy kłamstwem

Jan Żaryn
Fotorzepa, Dominik Pisarek Dominik Pisarek
Czym się tak naraziłem prof. Andrzejowi Friszke? Przede wszystkim tym, że w ogóle śmiałem przypomnieć, iż istnieje tradycja narodowa, o której wolno pisać pod logo IPN, i to pozytywnie – pisze były szef Biura Edukacji Publicznej IPN
Kierowałem Biurem Edukacji Publicznej IPN przez ponad trzy lata, od stycznia 2006 r. do połowy kwietnia 2009 r. To sporo, szczególnie biorąc pod uwagę rzeczywistą skalę zadań, które podejmował kilkuset osobowy zespół naukowców, wystawienników, edukatorów i redaktorów naukowych wydawnictwa IPN, pracujący w centrali BEP, jak i w kilkunastu oddziałach i delegaturach Instytutu. Co to w praktyce znaczy: kierować taką jednostką, składającą się z wybitnych osobowości, różniących się temperamentem, wrażliwością, czy poglądami?
W jednym z wywiadów prof. Andrzej Friszke („Dziennik. Europa”, 18-19 IV 2009 r.) był łaskaw stwierdzić, porównując okres rządów w BEP-ie prof. Pawła Machcewicza i mój, że „tamten zespół był bardziej pluralistyczny. Żaryn też się w tym mieścił [podjąłem pracę w IPN w grudniu 2000 r. – przyp. J. Ż.], ale dominantą była opcja bliższa centrum. To, z czym mamy do czynienia pod kierownictwem Żaryna, to rozrachunek z PRL z bardzo wyraźnych pozycji narodowych, by nie powiedzieć nacjonalistycznych”, a pewnie i gorszych – chciałoby się także dopowiedzieć. Wypowiedź powyższa przedstawiciela – zapewne także – „liberalnego centrum” jest dość typowa dla mentalności ludzi, którym się wydaje, iż kierowanie daną instytucją polega na niedopuszczaniu do głosu inaczej myślących. Niestety, od początku mojego dyrektorowania spotykałem się z takim – wypowiadanym wprost, bądź po „inteligencku” zasugerowanym – pomówieniem. Gdy usłyszałem po raz pierwszy, że moje prawicowe i konserwatywne poglądy spowodują na pewno dyskryminowanie naukowców z BEP-u o innej wrażliwości, zażądałem od oskarżyciela (nie podam nazwiska, gdyż podczas tego samego spotkania przeprosił mnie) dowodów, albo zaniechania takich oskarżeń. Nic z tego, kolejni „liberałowie” i „centryści” – obdarzeni rzecz jasna tolerancją – nadal mnie bezkarnie obrażali (tak jak powyżej prof. Friszke) obnażając de facto swoją własną ułomność. Kierowaniu BEP-em, wspólnie z prezesem IPN, oraz przy pomocy moich zastępców, towarzyszyły zatem słowa-epitety, które miały wywołać w opinii publicznej zatrwożenie i słuszne oburzenie: „pisowcy”, „zbliżony do LPR”, „popłuczyny endecji”, itd. (to tylko niektóre z określeń, którym obdarzano moją skromna osobę). Ja uważam te określenia – z racji intencji nadawcy — za ohydne, ale nie ukrywam swych poglądów i sympatii ideowych, co nie oznacza iż znajdują swój wyraz w mojej twórczości naukowej, czy też w doborze współpracowników. Nie muszę się także tłumaczyć z tego, które z nurtów ideowych II RP są mi bliższe: narodowe i chadeckie, czy piłsudczykowskie i socjalistyczne. Moi zastępcy zaś –jak przypuszczam jedynie, bo nigdy ich nie pytałem o to na kogo głosowali – powinni się obrazić tym bardziej za takie słowa, nie mówiąc o zdecydowanej większości pracowników BEP.
Moi szanowni skądinąd krytycy nie byli zatem w stanie pojąć, że można przyjmować ludzi do pracy, kierować zespołem badaczy, i cieszyć się, że są oni różni i gotowi tę różnorodność przekazać – za pośrednictwem IPN-u – opinii publicznej. Powyższy cytat z rozmowy prof. Friszke z dziennikarzem „Dziennika” dowodzi także, że formacja „liberalna” – jak sama siebie określa – odbiera innym (spoza mitycznego „centrum”) prawo do kierowania w Polsce instytucjami wpływającymi na świadomość społeczną, w tym przypadku szczególnie — historyczną. To bardzo smutne, gdyż rzeczywiście z prof. Friszke kończy się możliwość dialogu – dokonał bowiem wykluczenia. Wykluczanie ludzi z określonego kręgu stanowisk, czy też szerzej ze społeczeństwa, ma swoją ponurą tradycję rodem z PRL. Groźba wykluczenia w czasach stalinowskich mnożyła tchórzy – np. spośród literatów, którzy omijali na ulicy poetę poznańskiego, Wojciecha Bąka, bo był dotknięty „antykomunizmem”. Podobne tchórzostwo ogarnęło niemal wszystkich (poza prof. Władysławem Czaplińskim), którzy woleli zapomnieć o istnieniu prof. Władysława Konopczyńskiego, wyrzuconego brutalnie z Uniwersytetu Jagiellońskiego, niż narazić się na ewentualne pójście w ślady wykluczonego naukowca. Pod koniec swej kariery wielki twórca PSB i autor kilkudziesięciu prac, z których studenci do dziś się uczą, by zdać egzamin z historii czasów nowożytnych, spędził na drodze sprzedając śliwki. Nie chcę twierdzić, że zarządzający instytucjami III RP i ich wysunięci do boju intelektualiści grożą takimi samymi konsekwencjami „niepokornym” – nie „centrystom”, co niegdyś rządzący staliniści. Niestety jednak, być może nieświadomie, historycy, publicyści i politycy atakujący konkretne osoby inaczej myślące, mogą przyczynić się do wygenerowania ze społeczności uczonych potencjalnych tchórzy, wprowadzających autocenzurę i poszukujących tego „centrum” we własnej głowie. Bo w końcu po co narażać się na wyżej podane (przykładowo) ataki ad personam. Do tej kolekcji doszedł jeszcze ostatnio „szkodnik Polski”. Prawda, że sympatyczne! Prof. Andrzej Friszke, w tym samym wywiadzie, szczerze zapewne zatroskany stwierdza: „Nie mówię, że Gontarczyk nie ma prawa pisać czy głosić swoich poglądów [Piotr Gontarczyk powinien pewnie podziękować wielkiemu uczonemu, że mu dalej pozwala uprawiać historię; proszę pomyśleć, czytelniku, co by się stało, gdybym to np. ja tak protekcjonalnie potraktował wielkiego uczonego – J. Ż.], ale podlega też bardzo ostrej krytyce innych badaczy. Odpowiadając na nią, nie powinien reagować agresją, co niestety często się dzieje”. Być może pan profesor liczy na naiwność czytelnika; zatem spieszę przypomnieć, że dr Piotr Gontarczyk reagował agresywnie – a mógł moim zdaniem jeszcze mocniej – nie na merytoryczne polemiki, bo takich niestety nie było za wiele, a na haniebne zaczepki, w stylu „Gontarczyk = Gontarz”, czy też represje skierowane wobec jego żony. Podobnie został potraktowany dr Sławomir Cenckiewicz, któremu środowisko antylustracyjne i brzydzące się wyciąganiem „haków” nagle przypomniało, że miał dziadka nie tam gdzie powinien, czyli w aparacie bezpieczeństwa. Jak wiadomo dr Sławomir Cenckiewicz był temu winien. Jeśli to się nazywa merytoryczna polemika z ustaleniami badacza, to rzeczywiście – podobnie jak w kwestii wykluczeń – dialog jest skończony. Gorzej jednak, że tymczasowym zwycięzcą pozostaje w tym układzie kłamca i cham. Jeśli nasze elity wywodzące się z mitycznego „centrum” chcą wziąć odpowiedzialność za całą przestrzeń demokratycznego państwa, niech wezmą ją także za promowanie postaw haniebnych. Próba porównywania działalności BEP IPN pod rządami prof. Pawła Machcewicza, z okresem kiedy ja stałem na czele tej instytucji, jest oczywiście dozwolona, pod warunkiem jednak, że piszący ma jakąkolwiek wiedzę na ten temat. A prof. Andrzej Friszke, niestety jej nie ma (zob. Komunikat IPN w odpowiedzi na artykuł prof. A. Friszke: www.ipn.gov.pl). W BEP-ie „zanikł w bardzo poważnym stopniu pluralizm, zwłaszcza w prezentowaniu tematów, wątków z przeszłości, ocen. Dominuje skrajnie antykomunistyczny, prawicowy punkt widzenia i niechęć do dialogu” – stawiał diagnozę profesor. Gdy objąłem w styczniu 2006 r. stanowisko dyrektora BEP IPN dość jasno określiłem swoje credo. Biuro było bardzo dobrze zarządzane przez mojego poprzednika, a zatem główne hasło to twórcza kontynuacja. Efektem tej zasady była także polityka personalna w centrali BEP; moimi zastępcami zostali ludzie wysoko ceniący Pawła Machcewicza, a naczelnikiem głównego wydziału naukowego został poprzedni wicedyrektor BEP, dr Władysław Bułhak. Krytycy mojej „tolerancyjnej” postawy zarzucali mi, że i tak „cię zgnoją twoi krytycy”. Oczywiście mieli rację, ale ja – rzecz jasna – nie dlatego podjąłem współpracę z „ekipą” Pawła Machcewicza, by się komuś przypodobać, a właśnie po to by pluralizm w szeregach Biura wzmocnić. Nie znaczy to, rzecz jasna, bym miał pełnić funkcje „paprotki”. W porozumieniu z prezesem IPN prof. Januszem Kurtyką, uznałem, że pewne tematy badawcze wymagają twórczego rozwinięcia. Szczególnie te, na które czeka znaczny odłam społeczeństwa, a IPN tym oczekiwaniom nie sprostał. Stosunki polsko-ukraińskie były w latach 2000-2006 zagospodarowane przez jedną opcję historyczno-ideową, której znakiem firmowym był dr hab. Grzegorz Motyka (na marginesie, prof. Friszke oraz G. Motyka, kilkakrotnie już kłamliwie przedstawiają historię rozstania się tego wybitnego skądinąd badacza z IPN, pomawiając mnie, iż byłem sprawcą jego wyrzucenia z pracy. Za pierwszym razem próbowałem polemizować z artykułem Motyki w „Gazecie Wyborczej”, ta jednak po kilku tygodniach zwodzenia, odmówiła mi publikacji sprostowania. Napisałem wówczas e-mail do Motyki, mówiąc mu, że gratuluję wyboru medium, które cenzuruje polemistów, a zatem gwarantuje mu bezkarność. Niestety, mimo tego, po roku bodaj powtórzył swoje pomówienia, a prof. Friszke twórczo je rozwinął w kolejnej swojej filipice anty-IPN-owskiej. Niestety, przy takiej postawie dialog się kończy). W ciągu tych trzech lat BEP IPN, podjęliśmy kilka istotnych projektów, które miały spowodować równowagę w traktowaniu podmiotów polskich (szczególnie poszkodowanych i poranionych środowisk Wołyniaków) zainteresowanych tą tematyką. Krotko rzecz mówiąc dopuściliśmy do głosu Ewę Siemaszko, nie stroniliśmy od kontaktów z dr Lucyną Kulińską, a przede wszystkim współpracowaliśmy z panem Szczepanem Siekierką, itd. Codziennie przyjmowałem w swoim gabinecie ludzie reprezentujących różne środowiska, w tym kombatanckie oraz poranionych przez komunistów, czy też przez współczesnych gwałcicieli polskiej wrażliwości, i widziałem jak bardzo IPN jest im potrzebny. Rozpoczęliśmy prowadzenie projektów badawczych, na czele których – o zgrozo – nie stał tylko i wyłącznie Grzegorz Motyka (oczywiście był koordynatorem ważnego projektu, ale nie jedynego). Tomasz Bereza podjął się koordynacji projektu o stratach osobowych polskich i ukraińskich na Podkarpaciu, z kolei Romuald Niedzielko wspólnie ze mną zorganizował konferencję naukową w 65 rocznice ludobójstwa na Wołyniu.[wyimek]Mówiono, że IPN za bardzo zajmuje się agenturą. Zorganizowaliśmy więc wystawy „Twarze bezpieki” pokazujące rzeczywistych sprawców zła. Okazało się jednak, że wśród tych twarzy byli beneficjenci III RP [/wyimek] Równocześnie jednak, Grzegorz Motyka zajmował się wraz z m.in. dr Jarosławem Syrnykiem projektami o mniejszościach narodowych, a dr hab. Igor Hałagida pisał o aparacie bezpieczeństwa wobec UPA oraz o ks. Bazylim Hrynyku. Nadto, Mariusz Krzysztofiński koordynował pracę zespołu polsko-ukraińskiego (partnerem jest Uniwersytet Katolicki we Lwowie) na temat represji wobec Kościoła katolickiego trzech obrządków metropolii lwowskiej (1939 – 1990). Pion archiwalny z kolei podjął się wydania – we współpracy z odpowiednikiem IPN w Kijowie – nowej serii edycji źródeł (przy merytorycznym wsparciu BEP IPN). Grzegorz Motyka — jak rozumiem – stracił pozycję monopolisty, więc zechciał sobie odejść. I tyle (nie chcę podawać innych faktów dotyczących relacji polsko-ukraińskich, by nie zanudzać czytelnika). Podobny rozmach towarzyszył wielu innym projektom pod moimi rządami. Prof. Friszke w jednym z artykułów (bodaj w „Gazecie Wyborczej”) był łaskaw stwierdzić, że BEP IPN stroni od kontaktów z innymi historykami, krajowymi i zagranicznymi, stąd – jak rozumiem – termin „historycy IPN”, stał się pojęciem obiektywnym. Otóż, uprzejmie informuję, że dopiero od 2006 r., a nie wcześniej, nastąpiła radykalna zmiana dotycząca współpracy IPN ze środowiskami historyków najnowszych. Prowadzimy kilka, jeśli nie kilkanaście, projektów badawczych (uczestniczy w każdym po 20 i więcej osób), których koordynatorami lub wiodącymi uczestnikami są historycy nie pracujący w IPN. Ich lista jest naprawdę długa: prof. Tomasz Szarota, prof. Piotr Franaszek, prof. Tadeusz Wolsza, prof. Krzysztof Tarka, dr Andrzej K. Kunert, dr Andrzej Chmielarz… ja mogę tak długo. Konferencje naukowe, nabrały niespotykanego wcześniej dynamizmu – tak krajowe jak i międzynarodowe, głównie za sprawą mojego zastępcy (i następcy), dr Łukasza Kamińskiego oraz dr hab. Grzegorza Berendta. Tylko w 2008 r. zorganizowaliśmy 59 konferencji i sesji naukowych, w tym przy współpracy z innymi instytucjami badawczymi (m. in. z tą, w której pracuje prof. Friszke). Dzięki naszej inicjatywie wraz z Instytutem Historii PAN uruchomiliśmy na stronie internetowej bibliografię historii Polski, do tej pory zamkniętą przed szerszym kręgiem odbiorców. Przykładowo, podpisanie umowy z Instytutem Yad Vashem zaowocowało zorganizowaniem dwóch konferencji międzynarodowych na trudne tematy polsko-żydowskie (pierwsza o latach 1967 – 1970 w Polsce i kampanii antysemickiej w PRL). Z kolei, aktywność Łukasza Kamińskiego spowodowała współudział IPN w zorganizowaniu kilku co najmniej konferencji głownie z udziałem historyków z Czech, Słowacji, czy z Niemiec. Niemal w każdym miesiącu czy to w Warszawie, czy to w placówkach Oddziałów IPN, ma miejsce spotkanie, konferencja naukowa, promocja książki, czy też panel dyskusyjny. Projekty badawcze, które rozpoczęliśmy – pod wodzą prezesa IPN – to m.in. aparat bezpieczeństwa wobec dziennikarzy, środowisk naukowych i środowisk twórczych. To także wiele nowych projektów z okresu II wojny światowej, ze szczególnie ważnym: „Straty osobowe i ofiary represji pod okupacją niemiecką”. (Projektów naukowych: centralnych, oddziałowych i indywidualnych, jest w skali kraju k i l k a d z i e s i ą t). W kwestii projektów naukowych kierownictwo IPN ustaliło jedynie pewien tryb postępowania, bez wnikania – rzecz jasna – w pracę merytoryczną naukowców (tę weryfikują recenzenci: zewnętrzny i wewnętrzny, którzy mają wnikliwie „zlustrować” każdą publikację przed wydaniem, a następnie czytelnicy). Koordynator każdego z projektu powinien zorganizować konferencję naukową i wydać materiały pokonferencyjne, przygotować wybór źródeł, jednocześnie pracować z zespołem nad monografią. Niejako „po drodze” cząstkowe wyniki badań winny być umieszczone w „Biuletynie IPN”, bądź w innych periodykach naukowych (nie tylko IPN-owskich, choć w tych przede wszystkim: „Pamięć i Sprawiedliwość”, „Aparat Represji w Polsce Ludowej 1944 – 1989”). Zdaję sobie sprawę, że krytyka BEP pod rządami Żaryna nie była spowodowana tym dynamicznym rozwojem badań i popularyzacją wyników (o czym niżej). Powyższe fakty miały jedynie – szczególnie ostatnio – zostać przykryte rzekomym konfliktem na linii IPN – Lech Wałęsa, tak jakbyśmy niczym i nikim innym się nie zajmowali. Przykryć prawdę, kłamstwem, to jednak droga prowadząca donikąd w demokratycznym państwie. Dlaczego? Bo społeczeństwo ma prawo wiedzieć, jak faktycznie prezentuje się jedna z ważniejszych instytucji życia publicznego w Polsce. Ci, którzy to poznanie utrudniają, niestety nie przyczyniają się do budowania społeczeństwa obywatelskiego, czyli posiadającego wiedzę. I znów dialog się kończy, gdy celem jednych jest manipulacja, a drugich rozpoznanie rzeczywistości niezaleznie od konsekwencji politycznych, czy środowiskowych, partykularnych). Dlaczego zatem Żaryn tak się naraził. Po pierwsze dlatego, że w ogóle śmiałem przypomnieć, iż istnieje tradycja narodowa, o której wolno pisać pod logo IPN i to pozytywnie. Przy czym, na tle jedynie zasygnalizowanej różnorodności, publikacje dotyczące historii obozu narodowego należały do – delikatnie mówiąc – marginesu naszych działań. Jeden numer „Biuletynu IPN” (na ponad 20) o ruchu narodowym i jedna centralna konferencja naukowa wraz z towarzyszącą jej publikacją o stratach wśród działaczy narodowych w latach 1939 — 1956. Wystarczyło. Do prezesa IPN i do mnie docierały skargi, że IPN stał się „endecki”, a pewna ważna figura międzynarodowa włączyła swój autorytet, by skrytykować IPN za fakt wydania „Biuletynu IPN” o narodowcach (ukazały się także publikacje naukowe anglojęzyczne – de facto z wyzwiskami). I na tym polega tolerancja „centrystów” i „liberałów” w praktyce. Potworne! Trzeba krzyczeć, gdyż takie zabijanie pluralizmu i debaty publicznej w Polsce grozi paraliżem intelektualnym. Naraziłem się także, jak sądzę, tym zwolennikom dialogu polsko-żydowskiego, którzy bardziej wsłuchują się w głos przedstawicieli Żydów, niż w polską pamięć. Instytut Pamięci Narodowej nie może i nie powinien abstrahować od istniejących w społeczeństwie wrażliwości i ran dotyczących relacji polsko-żydowskich, tak z czasów wojny, jak i z trudnego czasu komunizmu. A to oczywiście rodzi konsekwencje, m.in. takie, iż dzięki autorytetowi instytucji państwowej – IPN Polacy nie musieli pozostawać na pozycjach tłumaczących się z rzekomego antysemityzmu. Jedna z ważniejszych debat, które odbyły się za sprawą kolejnej ksiązki Jana T. Grossa „Strach” nie padła na nieprzygotowany grunt odbioru społecznego, m.in. za sprawą IPN. W tym samym czasie wydaliśmy bowiem pracę innego badacza polskiego z USA, Marka Chodakiewicza „Po Zagładzie”. Zwolennicy dialogu jednostronnego, czyli takiego, w którym jedna strona ma się bić w piersi, a druga może bezkarnie rzucać obelgą ad personam – „to jest antysemita”, do dziś nie mogą nam tego wybaczyć. (Nie będę publicznie opowiadał ile obelg i zniewag mnie dotknęło na tym tle, w tym obrażających moją najbliższą rodzinę, wśród której znajdują się osoby ratujące Żydów w czasie II wojny światowej. Obrzydliwe!). Działalność naukowa, to nie jedyny filar prac Biura Edukacji Publicznej. W latach 2006 – 2009, znów w skali całego kraju, zorganizowaliśmy setki pokazów wystawienniczych (mamy ponad 200 wystaw krążących po Polsce), wśród których szczególnym zainteresowaniem cieszyły się lokalne wystawy pod wspólnym tytułem „Twarze bezpieki”. Chcieliśmy w ten sposób, zgodnie ze słuszną krytyką IPN, mówiącą o tym, że za bardzo zajmujemy się agenturą, pokazać rzeczywistych sprawców zła. Jak się okazało, wśród tych twarzy znajdowali się beneficjenci III RP. Wywołało to lawinę skutków, które – dziwnym trafem – nie zainteresowały dziennikarzy. „Głuche telefony” z pogróżkami do pracowników IPN, łamanie paneli dokonywane w nocy „przez nieznanych sprawców”, itd. „Ofiary stanu wojennego”, „Akcja AB – Katyń”, „Wygnańcy”, czy ostatnie hity: „Witold Pilecki” oraz „Stefan Korboński”, to tylko niektóre przykłady z setki innych dzieł wystawienniczych opracowanych przez pracowników BEP IPN. Skąd taki rozmach w funkcjonowaniu IPN? Otóż, w latach 2006 – 2009, ci sami ludzie pracujący w IPN często od początku istnienia tej instytucji zostali obdarzeni nowymi narzędziami, spośród których najważniejszym jest „decentralizacja”. Widać to szczególnie na przykładzie działań edukacyjnych i wydawniczych BEP IPN. Do 2006 r. wydawaliśmy rocznie kilkadziesiąt pozycji książkowych, z kolei w 2008 r. było ich blisko 160 – co najmniej trzy razy więcej. Staliśmy się jednym z najważniejszych wydawnictw naukowych w Polsce. Centrala BEP, z dyrekcją na czele, utrzymała nadzór merytoryczny i techniczno-redakcyjny nad każdą pozycją wydawaną pod logi IPN. Jednakże każdy oddział został zobligowany do wydania książek równolegle tzw. „ścieżką oddziałową”, a nadto do wchodzenia w koedycję z zewnętrznymi partnerami. W ten sposób potencjał twórczy pracowników IPN oraz kooperujących z nim naukowców „zewnętrznych” został lepiej zagospodarowany. Z kolei działania edukacyjne do 2006 r. adresowane były głównie do tych nauczycieli, którzy chcieli do nas dotrzeć i z BEP-em współpracować (szkolenia, wykłady, id). Po 2006 r. zachowując ten model współpracy, równocześnie rozwinęliśmy zupełnie nowy, polegający na „narzucaniu się” wszystkim możliwym środowiskom oświatowo-wychowawczym. Kilkudziesięciu edukatorów nie było bowiem w stanie dotrzeć do ponad 12 tysięcy szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych w Polsce, i je obsłużyć; nie było w stanie przeprowadzić więcej niż jedną, dwie lekcje tygodniowo w wybranych szkołach. Zmiana polegała m.in. na tym, że wyedukowaliśmy kolejnych edukatorów (nauczycieli zewnętrznych), którzy lekcje IPN-owskie wykładają do dziś w szkołach całej Polski; szeroka oferta edukacyjna IPN (w tym głównie „Teki edukacyjne”, fragmenty filmów z opisem historycznych oraz „Biuletyn IPN”) wyprodukowana w kilkunastu tysiącach egzemplarzy dotarła do wszystkich szkół w Polsce (jedynie „Biuletyn IPN” od lipca 2008 r. nie dociera do wszystkich szkół, za co publicznie przepraszam; winą za to należy jednak obarczyć panią minister Katarzynę Hall, która odrzuciła ofertę dalszej współpracy z IPN na dotychczasowych warunkach). Uznaliśmy także, że do młodzieży należy docierać poprzez sprawniejsze wykorzystanie nowych technologii, stąd IPN ma tak bogatą stronę internetową (WWW. ipn. gov. pl), na której m.in. internauci odnajdą całą serię portali historycznych (z ostatnich warto przypomnieć o ks. Jerzym Popiełuszce, czy też o Stefanie Korbońskim). Promujemy także kolejne filmy fabularne, których poziom merytoryczny jest przez nas oceniany pozytywnie (Katyń, A. Wajdy, Popiełuszko, R. Wieczyńskiego, czy też Fieldorf, R. Bugajskiego). Podane wyżej przykłady aktywności BEP-u i całego Instytutu, to tylko wierzchołek góry lodowej, sygnalizujący bogactwo oferty historycznej kierowanej przez tą instytucję do społeczeństwa (głownie do młodzieży). Jeśli w tym państwo dostrzegają działania „szkodników Polski”, jak nas określił wicemarszałek Stefan Niesiołowski, ostatnio w „kropce nad i”, „popłuczyn endeckich”, jak nas nazwał marszałek sejmu Bronisław Komorowski, czy też historyków gorszych od NKWD-zistów, jak raczył nas przyrównać prezydent Lech Wałęsa, „Instytutu Kłamstwa Narodowego” – to z kolei prawdomówny Aleksander Kwaśniewski, to proszę nas rozwiązać. Jeśli nie – to może jednak, znajdzie się silne lobby (np. niezależnych intelektualistów: naukowców, dziennikarzy, itd.), które zmusi przyszłych autorów kłamstw, pomówień oraz chamskich wypowiedzi do przeprosin, bądź milczenia, a dyskusję o IPN-ie ustawi na właściwych torach. Polakom to się należy.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL