Życie jako spektakl rysowania

aktualizacja: 23.02.2009, 18:00
Franciszek Starowieyski w Poznaniu w 2006 r.
Franciszek Starowieyski w Poznaniu w 2006 r.
Foto: Fotorzepa, Bartosz Jankowski

Zmarł mistrz polskiej szkoły plakatu. Wedle metryki Franciszek Starowieyski miał 79 lat. Wedle mitu, który stworzył na swój temat, przeżył jednak 379 zim

Datował swoje prace wstecznie, odejmując 300 lat. Twierdził, że wcielił się weń duch XVII-wiecznego przodka.
Franciszek Andrzej Bobola Biberstein-Starowieyski chorował od wielu lat, ale zgodnie ze swym pseudonimem – Jan Byk – publicznie zachowywał pozory byczego zdrowia.
Urodzony w 1930 r. w majątku Bratkówka na Podkarpaciu, po wybuchu wojny musiał wraz z rodziną opuścić rodzinne strony. Wspomnienia o najwcześniejszym okresie życia zawarł w biograficznej książce „Opowieści o końcu świata”. Ta gawęda spisana przez Krystynę Uniechowską na początku lat 90. została zadedykowana „dzieciom ziemiańskim ku pamięci”.
Wydany dekadę później „Przewodnik zacnego kolekcjonera według Franciszka Starowieyskiego” również urozmaicił rodzinnymi anegdotami. Nie przyjmował do wiadomości istnienia PRL. Od początku starał się żyć tak, jak przystało na szlachcica. I nie dać się komunie. Ekstrawagancje, z których słynął, miały dwojaki sens – były formą autoekspresji i sposobem na przeciwstawienie się „urawniłowce”.
[srodtytul]Dopingowany przez widzów[/srodtytul]
Chciał zostać inżynierem-wynalazcą, ale w 1947 r. zdał do liceum plastycznego w Szczekocinach. Na egzaminie dostał temat „Człowiek i drzewo”. No to narysował wisielca dyndającego na gałęzi. Już wtedy uwielbiał makabryczne żarty. Studia zaczął od krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych (1949 – 1952), potem przeniósł się do warszawskiej ASP (dyplom 1955).
Genialny rysownik, znawca anatomii i kaligrafii, a także wybitny spec od dawnej broni i zegarów, kolekcjoner antyków.
W sztukach plastycznych zaczynał od ilustracji książkowych. Sławę zyskał dzięki plakatom, których zrealizował około 300. Poza tym malował, rysował, projektował scenografie teatralną i telewizyjną. Sam surowo oceniał własny dorobek. – Sztuką zajmowałem się do końca studiów – wspominał po latach. – Potem miałem „straconą” dekadę, poświęconą na galanterię. Do artystycznej formy wróciłem po 1972 roku.
Należał do płodnych i pracowitych twórców. Wystawiał często, miał ponad 200 indywidualnych wystaw. Poza tym w jego dorobku były role filmowe (pamiętny Jacques-Louis David w „Dantonie” Wajdy), telewizyjne i radiowe pogadanki o sztuce oraz belferka (od 1993 roku nauczał w stołecznej Europejskiej Akademii Sztuki).
– Zaangażowałem go, bo nikt mu nie dorównuje w rysowaniu – takiego zdania jest Antoni Fałat, rektor EAS. – Przed studentami dawał prawdziwe spektakle. Czasami speszył panienki mocnym słowem, ale i tak zachwycały się nim.
W 1980 roku Starowieyski – nieco z przypadku – wymyślił Teatr Rysowania. Spektakl, po którym nastąpiły kolejne, okazały się hitami. Przez następnych kilkanaście lat odbyło się ich ponad 20, w różnych miejscach Polski i świata. Kilkugodzinne akcje trwały przez trzy dni pod rząd. Podczas tych seansów artysta zapełniał rysunkami gigantyczne (3 x 6 m) płótna, obserwowany i nagabywany przez widownię.
– Uwielbiam rysowanie przy ludziach, dopingują mnie – zapewniał. – Tremuję się tylko wtedy, gdy siedzę sam i mam coś napisać.
Teatr zaczynał się od narysowania wielkiego koła bez cyrkla, obydwiema rękoma. Dalej była improwizacja. Z kręgu wynurzało się kłębowisko kształtów kobiecych, zwierzęcych i abstrakcyjnych. Artysta z obnażonym torsem, popatrując na rozebraną modelkę (stały element) i popijając białe wino, snuł opowieści o tym, co go
zainspirowało i co przeobrażało się w malarsko-rysunkowe kompozycje. Nigdy nie omieszkał dodać, że robocze portki podtrzymuje mu nie pasek, lecz sznur, od którego odcięto wisielca…
[srodtytul]Ciała i czaszki[/srodtytul]
Mówiono o nim: surrealista. On zaś zżymał się na takie zaszufladkowanie. Pytany, jak określiłby swój styl, mówił, że jest „eternofugistą”, a najbardziej chciałby zostać… pejzażystą.
Kreował sugestywne, fantastyczne wizje, niepodobne do niczego, co istniało w sztuce polskiej. Wyróżniał się; był charakterystyczny, rozpoznawalny. Miał swoje ulubione chwyty, stale używane akcesoria i wypróbowanych bohaterów, a raczej bohaterki. Inspirowała go barokowa ornamentyka oraz rubensowskie, bujne kształty. Najczęściej kreował stwory o kobiecym ciele i zwierzęcym łbie bądź ptasim dziobie zamiast głowy. Chętnie też wyposażał swoje boginie w skrzydła zamiast rąk, czasem dodawał im wężowe ogony, to znów wypychał brzuchy smoczym jajem. Innym razem przeobrażał tułów w promieniejące, magiczne oko.
Zmysłowość łączył z okrucieństwem; urodę cielesną zderzał z rozkładem i śmiercią; erotykę „przełamywał” symbolami śmierci – czaszkami, szkieletami, toczącym cielesną materię robactwem.
Ważny element jego kompozycji stanowiły poetyckie tytuły pisane po francusku lub niemiecku, z charakterystycznym zawijasem inicjałów imienia i nazwiska oraz wspomnianym datowaniem wstecznym. Bo wbrew rozpowszechnianym przez niego samego plotkom, jakoby niczego nie czyta, znał i rozumiał poezję. Poprzez kontakt z literaturą uczył się języków obcych.
Nieokiełznanej fantazji dawał upust tak w sztuce, jak i w życiu. Znany był z opowieści z dreszczykiem oraz relacji ze swych erotycznych podbojów. Wszystko to współtworzyło legendę Starowieyskiego.
Od dziecka sprawność fizyczna należała do jego priorytetów. Chętnie demonstrował muskulaturę i cielesną tężyznę. Zimą, zamiast pod prysznicem, mył się w śniegu. Publicznie. Nurkował w śniegowych pryzmach, ku uciesze kolegów studentów z ASP.
Także za studenckich czasów starał się dorobić do stypendium. Założył wówczas jednoosobową firmę nazwaną Zakład Wypychania Zwierząt, Ryb i Ptaków, gdzie zdobywał wiedzę o budowie organizmów zwierzęcych. Gdy Towarzystwo Przyjaciół Zwierząt zorganizowało kwestę na bezdomne psy, Starowieyski przyszedł z niezwykłym pupilem: ogromnym pająkiem krzyżakiem. Hodował go rok, dokarmiając muchami i utuczył do monstrualnych rozmiarów. Podobno August (jak nazwał stawonoga) zebrał więcej niż zwyczajne pieski i kotki.
Przede wszystkim uwielbiał gorszyć rodzinę. – Był rok 1955, stryj postanowił wprowadzić mnie w dorosłe życie na spotkaniu rodzin ziemiańskich – wspominał Starowieyski. – Stawiłem się odziany w elegancki strój wieczorowy, zachowywałem nienagannie. Wszyscy wydawali się zawiedzeni. Do momentu, gdy ktoś szepnął: tu śmierdzi diabłem… Wtedy zauważono, że spod smokingowej marynarki wystaje mi długi, cuchnący ogon! Zrobiłem go sobie przed przyjęciem z upapranego smołą kabla. Familia odetchnęła z ulgą – tego właśnie się po mnie spodziewano.
[ramka][srodtytul]Powiedzieli dla „Rzeczpospolitej” [/srodtytul]
[b]Lech Majewski, reżyser, malarz, poeta[/b]
To był prawdziwy geniusz. Człowiek, który, jak twierdził, żył 300 lat temu, i tak datował swoje prace. Jeden z najwspanialszych artystów, z jakimi miałem okazję pracować. Razem robiliśmy „Króla Ubu” Pendereckiego w Teatrze Wielkim w Łodzi, za swoją scenografię do tego przedstawienia dostał Złotą Maskę. Poza tym był autorem plakatów do wszystkich moich filmów. A ponieważ wiedział, że rzucałem oszczepem, często umieszczał na nich właśnie postać oszczepnika. Franek miał szaleńczą wizję i znakomity warsztat. Mało kto potrafił tak świetnie rysować jak on. Celebrował talent manualny, wiedział, że w czasach, w których wielu grafików używa komputera, on był unikatem. Był baronem Münchausenem świata sztuki. Jego niebywałe opowieści robiły wrażenie. Zawsze lubił zaznaczać swoją odrębność. Pamiętam, jak na wernisażu prac Teresy Pągowskiej rozpychając ludzi pokazywał mi długość swojego skoku w dal.
—not. jb-s
[b]Antoni Fałat, malarz, twórca i rektor Europejskiej Akademii Sztuk[/b]
Był wielkim malarzem, a jednocześnie zupełnie niedocenianym. To właśnie w naszej, prywatnej uczelni, a nie w państwowej ASP zrobił profesurę. Studenci go uwielbiali. Imponował nie tylko talentem, perfekcyjną ręką, doskonale opanowanym warsztatem, ale też wiedzą, erudycją i ogromną fantazją. Błyskawicznie nawiązywał kontakt ze studentami. Każdą ich pracę bardzo przeżywał. Był niesłychanie pracowity.
—not. jb-s
[b]Nina Rozwadowska, szefowa Galerii Grafiki i Plakatu w Warszawie [/b]
W tym roku mieliśmy obchodzić 30-lecie naszej znajomości. Nadzwyczajny człowiek, serdeczny i dziwnie nieinteresowny. Gdy chciałam mu zrobić wystawę, okazało się, że brakowało mi pieniędzy. Byłam wtedy w Paryżu, Franek zaprosił mnie do swojej pracowni i kazał wybierać prace – to, co mi się podobało. Zapłata go nie interesowała. Miał bardzo niezwykłe pomysły – gdy wystawił „Czaszkę” z papier-mache, zrobił się skandal: jak można, to obraza! Żałuję, że nie spytałam go, co sądzi o nabijanej diamentami czaszce Damiena Hirsta.
Kochał sztuki piękne, historię sztuki i historię w ogóle. Ale traktował ją trochę wybiórczo, najbliższy był mu barok. O krzy-żu czy lustrze z XVII wieku potrafił mówić godzinami, za to nic nie miał do powiedzenia na temat komputera czy telefonu komórkowego. Wolał stare przedmioty, stale o nich czytał, uważał, że nigdy za dużo wiedzy.
—not. gs
[b]Anna Chodakowska, aktorka[/b]
Człowiek z innej epoki, a jednak bardzo nowoczesny w myśleniu o kobietach i seksualności. Wiele z nim na ten temat rozmawiałam. Podobało mi się, że był artystą wyzwolonym, piekielnie inteligentnym, często przewrotnym. Spotkaliśmy się w Teatrze Studio podczas spektaklu „Tryptyk” z muzyką Zygmunta Koniecznego. Tworzył wtedy swój Teatr Rysowania, projektował kostiumy i scenografię. Kiedyś poprosił, bym została jego modelką i narysował mi serię portretów. Był ekscentrykiem, świadomym swojej wartości. W Grecji kąpał się razem z nami nago na plaży pod Atenami. Franek nie czuł skrępowania, bo miał świadomość, że wygląda jak Adonis. Był koneserem, wielkim znawcą sztuki i piewcą kobiecego ciała. Nie zależało mu jednak jako malarzowi na ciele młodym, które wydawało mu się za gładkie. Uważał, że ilość zmarszczek u kobiety świadczy o ilości kochanków. Lubił używać słów niecenzuralnych i szokować.
—not. jb-s[/ramka]
[ramka][srodtytul]Nie umiemy oglądać historii[/srodtytul]
Ludzie są potwornie ślepi! Co przeciętny Polak bierze ze sobą do łóżka? Książkę! Ja biorę renesansową łyżkę do poczytania... Co za wiadomości są na takiej łyżce! O technologii wykonania, sposobie jedzenia, każde zarysowanie jest ważnym śladem, np. nieumiejętnego czyszczenia. Od najmłodszych lat uczymy się mówić, czytać, pisać, a żadna szkoła nie uczy patrzenia. Nie umiemy oglądać chmur, nie odróżniamy gatunków kamieni, nie zauważamy, jak drewno dębowe czernieje, sosna płowieje. Stare srebro w słońcu ma pod lupą kolor tęczy. Ale to wszystko trzeba widzieć. Patrząc na przykład na ten świecznik, widzę, ile obrotów miała tokarka, na której został utoczony. Widzę, które jego fragmenty były polerowane stalą, a które kamieniem. Kolor tego świecznika jest inny niż kolor dzisiejszego mosiądzu, a to coś znaczy. To wszystko trzeba zobaczyć. Jeżeli człowiek tkwi tylko w świecie przeczytanym, skazany jest na cudze informacje, sam niczego nie wie o świecie.
– Dziś w kolekcjonerstwie coraz bardziej powszechne jest podejście inwestycyjne. Kupuje się te przedmioty artystyczne, których cena może w krótkim czasie wzrosnąć bardziej niż cena akcji lub np. gruntów.
Nie znam się na tym. Nigdy na to nie zwracałem uwagi. Pilnuję, żeby nie przepłacić. Zawsze się targuję. Nawet w antykwariatach ceny są tak skalkulowane, żeby można było jedną czwartą utargować. Najważniejsze, żeby rzecz była piękna!
– Jest pan kolekcjonerem już ponad pół wieku. Co by pan zbierał, gdyby dziś zaczynał pan kolekcjonerską przygodę?
Stworzyłbym kolekcję polskich ludowych świętych obrazów, malowanych przez odpustowych malarzy. Jest ich dużo na rynku, a handlarze uważają je za niechodliwy towar.
—rozmowa z Januszem Miliszkiewiczem, 2002 r.[/ramka]
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Business Communication. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Business Communication lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych". Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE