Drezno: to nie był bohaterski lot

aktualizacja: 20.02.2009, 19:21
Czesław Blicharski
Czesław Blicharski
Foto: Rzeczpospolita, Tom Tomasz Jodłowski

Z kapitanem Czesławem Blicharskim, lotnikiem polskiego Dywizjonu 300, rozmawia Piotr Zychowicz

[b][link=http://blog.rp.pl/zychowicz/2009/02/20/drezno-to-nie-byl-bohaterski-lot/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
[b]Jak wyglądało Drezno z wysokości 8 tysięcy metrów w nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku? [/b]
Rozczaruję pana, nie widziałem żadnej apokalipsy czy morza ognia. Nad cel przylecieliśmy jako pierwsi. Widziałem więc tylko czerwony blask flar markujących, które oznaczały cele. Noc była bardzo ciemna, zachmurzenie spore.
[b] Był pan bombardierem? [/b]
Tak i na kilkanaście minut przed dotarciem do celu to ja przejąłem kierowanie maszyną. To był lancaster. Gdy zauważyłem nasze markery, przekazywałem pilotowi polecenia: „prawa”, „lewa”, aż znaleźliśmy się nad celem. Wtedy mechanik otworzył drzwi, nacisnąłem guzik i bomby poszły. Poczuliśmy silne szarpnięcie. Pilot przez pewien czas musiał jeszcze trzymać się na tym samym kursie, żeby aparat fotograficzny mógł zrobić zdjęcie eksplozji. Jeżeli bomby nie trafiłyby w cel, lot nie zostałby nam zaliczony.
[b] Wie pan na co spadły bomby? [/b]
Z takiej wysokości tego nie widać. Widziałem tylko obłoki po eksplozji, a i to nie bardzo. Bo my już lecieliśmy dalej. Również potem, gdy ogląda się zdjęcie z nalotu, trudno coś z niego odcyfrować. Załogom nie mówiono, jakie konkretnie obiekty mają zniszczyć.
[b] Trafił pan wtedy?[/b]
Oczywiście.
[b] Gdzie w lancasterze znajdowało się stanowisko bombardiera? [/b]
Na samym przodzie. Był ono oszklone, tak, że leżąc na brzuchu widziałem wszystko z boków i pod spodem. Z pilotem porozumiewałem się przez interkom. Na twarzach mieliśmy maski tlenowe. Nie mieliśmy natomiast spadochronów. Byliśmy młodzi, chcieliśmy w ten sposób okazać nasze najwyższe zaufanie pilotowi.
[b] Jakie bomby zrzucił pan na Drezno?[/b]
To była tak zwana cookie, która ważyła 4000 funtów. Do tego wiązka mniejszych pocisków w kształcie ołówków, pocisków zapalających.
[b] Jak tej nocy wyglądało niebo nad Dreznem? [/b]
Było bardzo gęsto, około 1000 maszyn. Widzieliśmy inne samoloty, były bardzo blisko nas.
[b] Jak pan dziś ocenia tamten lot? [/b]
To nie był bohaterski wyczyn. Nie był to lot, podczas którego można było coś zobaczyć czy coś przeżyć. Cel był łatwy, Drezno nie było bronione przez artylerię przeciwlotniczą ani przez myśliwce. Większym zagrożeniem dla załóg były bomby zrzucane przez własne samoloty, które znajdowały się na wyższym pułapie. Tak jak mówiłem, nad Dreznem było bardzo gęsto i taka bomba mogła zahaczyć o samolot lecący niżej.
[b] Czyli w Dywizjonie 300 obyło się bez strat?[/b]
Nie, straciliśmy jedną maszynę. Ale na skutek kolizji z jednym z sąsiednich angielskich samolotów. Na pokładzie tej maszyny zginął mój bliski kolega.
[b] Kiedy się dowiedzieliście, że w Dreźnie zginęło tylu cywilów? Po powrocie do bazy? [/b]
Wtedy nie dowiedzieliśmy się niczego. Po takim locie – ten był wyjątkowo długi, trwał ponad dziewięć godzin – człowiek jest cholernie zmęczony. Po wylądowaniu dadzą panu kieliszek czegoś mocniejszego, wsiada pan na rower i jedzie pan do koszar. Pamiętam, że wtedy, po Dreźnie, wylądowałem w rowie. Było bardzo ciemno, a mnie poniosła fantazja. Tego rumu było jednak trochę za dużo.
[b] A czy to prawda, że alianci podawali swoim pilotom amfetaminę? [/b]
Nie, to bujdy. Byliśmy zdrowi i młodzi. Nam tego nie było trzeba. Nie mieliśmy żadnych kłopotów z koncentracją.
[b] Słyszałem o specjalnych nalepkach pisanych cyrylicą, które mieli anglosascy lotnicy na kurtkach. Informowały o tym, że są sprzymierzeńcami, na wypadek przymusowego lądowania po sowieckiej stronie frontu. Polskim pilotom dowództwo poradziło jednak, by skakali raczej nad Niemcami. [/b]
Były takie ostrzeżenia. Ale nam nie trzeba było tego mówić. Szczególnie tym, którzy poznali już na własnej skórze, czym był Związek Sowiecki, i jakie są jego intencje wobec Polski. Czyli ludziom takim jak ja.
[b] Wróćmy jednak do Drezna. Kiedy dowiedzieliście się, co tam się stało?[/b]
Przyznam szczerze, że myśmy się tym w ogóle nie interesowali. Byliśmy na wojnie, przeszliśmy swoje i robiliśmy to, czego nas nauczono. Nie było na ten temat żadnej dyskusji. Nikt wtedy nie mówił, że to miasto otwarte, że jest pełne cywilów, że pełno w nim zabytków, ważnych także dla Polaków.
[b]Podobno jeden z lotników powiedział, że jest żołnierzem, a nie rzeźnikiem, i odmówił wzięcia udziału w nalocie. [/b]
Wiem, o kogo chodzi. Znałem tego faceta. I wolałbym pominąć tą sprawę milczeniem. Czasami ludzi ponosi fantazja. Szczególnie, gdy opowiadają o czymś po ponad pół wieku.
[b]A czy pan po 64 latach myśli czasami o ludziach, którzy zginęli w Dreźnie? [/b]
Nie. Ten problem był i do dziś jest wyrzucony z mojego ja. Byłem fachowcem. Rzucałem bomby na cel. I tyle. Panu zaś chodzi o stronę moralną, której my nie braliśmy pod uwagę.
[b] Te bomby mogły jednak spaść na dzieci.[/b]
Wcześniej ginęły dzieci polskie, dzieci holenderskie, angielskie. Ja byłem w Coventry, specjalnie po to, żeby zobaczyć zniszczenia, jakie poczyniły tam niemieckie bomby. Podczas wojny trudno być sentymentalnym. Nie będę teraz hipokrytą i nie będę płakać z powodu tego, co się stało. To byłoby nieuczciwie, gdybym dzisiaj powiedział, że Drezno było straszliwą zbrodnią. Stoję na tym samym stanowisku, na jakim stałem 64 lata temu. Proszę nie oczekiwać ode mnie fałszu. Zresztą coś panu powiem: teraz pod wpływem pańskich pytań myślę, że może bym się i zastanowił nad tym Dreznem. Ale jestem już na to za stary.
[b] Nalot miał miejsce dzień po ogłoszeniu decyzji jałtańskich. Czy to miało na was jakiś wpływ? [/b]
No cóż... Doprowadziło to, o czym mało kto wie, do buntu w szeregach Dywizjonu 300. O zdradzie dowiedzieliśmy się z prasy angielskiej, do której mieliśmy dostęp w mesach. Pamiętam, że w „Daily Express” przeczytałem mowę Churchilla, w której powiedział, że it is right – to poważne słowo w języku angielskim – żeby Sowieci zabrali Polsce Kresy. Dla mnie, jako że pochodzę z Tarnopola, to był straszliwy cios. To była moja ojczyzna.
[b] Wiedzieliście wtedy, że następnego dnia lecicie nad Drezno? [/b]
Nie, dowiedzieliśmy się dopiero na odprawie w dniu lotu. Było 13 załóg po siedem osób, czyli 91 ludzi. Zaczęliśmy rozmawiać, utworzyły się grupki. Zaczęto podnosić głos. Najwięcej było kresowiaków i trzy załogi oświadczyły, że w tej sytuacji nie lecą. Nie będą walczyć dla Anglików, którzy nas zdradzili. Staraliśmy się ich przekonać, mówiliśmy, że w ten sposób dostarczamy argumentów Sowietom, którzy oskarżają nas o sprzyjanie Niemcom i niechęć do walki. Jednej załogi nie udało się namówić. Złożona była z wilniuków. Dwie inne zgodziły się warunkowo. Jedna zapowiedziała, że to jej ostatni lot. I rzeczywiście tak się stało. To była ta maszyna z moim przyjacielem na pokładzie, która rozbiła się w wyniku kolizji z angielskim samolotem.
[b] Pan też był z Kresów. Po co pan leciał? [/b]
Starałem się nie podchodzić do tego uczuciowo. Ważniejszy był żołnierski obowiązek. Nie ukrywam jednak, że leciałem nad Drezno z ciężkim sercem. W końcu utraciłem ojczyznę...
[b] Jak to się stało, że młody chłopak z Kresów w lutym 1945 roku znalazł się nad Dreznem w mundurze lotnika[/b]?
To długa historia. Wojna mnie zastała w Tarnopolu. Byłem studentem czwartego roku Wydziału Prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wiosną 1940 roku wraz z trzema braćmi zdecydowałem się na ucieczkę z sowieckiej strefy okupacyjnej na Węgry. We Lwowie mój starszy brat miał kontakty z ZWZ. Za granicę miała iść większa grupa. Tymczasem 13 kwietnia była wielka wywózka. Wszystko się rozsypało, zapanował popłoch. My dostaliśmy się w dolinę, gdzie miała czekać na nas broń. Nikogo tam nie zastaliśmy. Już po wojnie się wyjaśniło, że łączniczka się przestraszyła i wyrzuciła ją na jakimś boisku. Podczas próby przekroczenia granicy złapali nas bolszewicy. Przeszliśmy przez różne więzienia. Kijów, Charków...
[b] Był pan pod śledztwem na NKWD? [/b]
Byłem. Wiadomo jak to wyglądało. Zresztą jakoś specjalnie się nie znęcali. Śledztwo było prowadzone w Stanisławowie, byliśmy oskarżeni o przynależność do kontrrewolucyjnej, antysowieckiej organizacji. Wszyscy dostaliśmy po pięć lat łagrów z artykułu 58. Tak zwana trojka odczytała nam wyrok w Humaniu.
[b] Gdzie pana wywieźli? [/b]
Najpierw byłem w Mołotowsku za Archangielskiem, potem gdy zbliżał się wybuch wojny z Niemcami, przerzucili nas do Workuty za krąg polarny. Warunki straszne. To był najgorszy okres w moim życiu. Człowiek nie wytrzymywał. Głód, ciężka praca i straszliwa nienawiść otoczenia. Gdy nasza polska brygada szła przez bramę do pracy, tysiące innych więźniów, patrzyło złowrogo i nas wyszydzało. Gdy oddzielaliśmy się od grupy, nasi sowieccy „koledzy” na nas napadali.
[b] A strażnicy? [/b]
Jeszcze gdy prowadzili nas do łagru, jeden chłopak z Warszawy nie mógł nadążyć. Tajga. Trudno opisać, jak ciężko maszeruje się przez tajgę. Chłopak upadł, a bolszewicki konwojent go postrzelił. Koledzy wzięli go na ramiona, ale nim dotarliśmy do łagru – zmarł. Ja też zresztą o mało nie zginąłem. Gdy podczas robót ociosywaliśmy pień drzewa, koło głowy przeleciała mi siekiera rzucona przez pracującego ze mną leningradzkiego żulika. Okazało się, że jeden Żyd z Sosnowca, który siedział z nami, wkupywał się w łaski bolszewików i rozpuścił plotkę, że byłem polskim prokuratorem.
[b] Chorował pan? [/b]
I to ciężko. Szkorbut, tyfus, kurza ślepota, egzema i wiele innych schorzeń. Miałem jednak trochę szczęścia. Gdy zasłabłem, stanąłem przed komisją. Była tam lekarka. „No, jak się czujesz” – zapytała. Ja wzruszyłem ramionami i chociaż byłem bardzo chory, odparłem: „Dam sobie radę”. Popatrzyła na mnie i powiedziała „charaszo Polaczok”. To właśnie ona mnie uratowała. Dała mi siedem dni specjalnej diety i kuracji, co postawiło mnie na nogi. Potem się dowiedziałem, że to była siostra zabójcy Kirowa Leonida Nikołajewa. Siedziała za to pokrewieństwo.
[b] Wydostał się pan po podpisaniu paktu Sikorski-Majski? [/b]
Tak, ale dopiero w październiku 1941 roku. Dopiero wtedy do naszego łagru doszły odpowiednie rozkazy. Gdy oddzielono nas od innych więźniów, wylało się morze nienawiści. Nasi „koledzy” chcieli nas zlinczować, wygrażali nam z drugiej strony drutów. Strażnicy musieli nas przed nimi chronić. Doszło do tragedii. Jeden inżynier wyszedł do latryny i sowieccy więźniowie utopili go w ekskrementach. Jak już znaleźliśmy się dwa czy trzy kilometry od bramy obozu, nawet strażnicy odetchnęli z ulgą.
[b] Dlaczego współwięźniowie tak was nienawidzili? [/b]
Bo byli zdemoralizowani komunistyczną propagandą. Uważali nas za „panów” i „faszystów”. Na początku, gdy wybuchła wojna niemiecko-sowiecka, czekali z nadzieją na Niemców, ale później, gdy zaczęły dochodzić wiadomości, w jaki sposób Niemcy zachowują się na terenach okupowanych, te nastroje się odmieniły. Nienawiść skupiła się na nas, jako na Europejczykach, ludziach Zachodu.
[b] Co pan zrobił po wyjściu z łagru? [/b]
Musiałem przebrnąć tysiące kilometrów Związku Sowieckiego, żeby dostać się do Buzułuku, dokąd dostałem skierowanie do polskiej armii. Tam na stacji stali jednak polscy harcerze – do dziś nie wiem, skąd wzięli mundury – i krzyczeli, żeby nie wysiadać, żeby jechać dalej do Taszkientu. Wiedziałem jednak, że tam są kołchozy i ludzie umierają z głodu. Uparłem się więc i „na chama” wyskoczyłem z pociągu. Dotarłem do wyznaczonego punktu. Tam oficer, który wymawiał pretensjonalnie francuskie „r”, poinformował mnie, że „miejsca nie ma”. A ja do niego wprost. „To ja taka wasza... przerżnąłem całą Rosję, żeby się dostać do wojska, a wy mnie tu takie rzeczy mówicie”. Pewnie by mnie popędził, gdyby nie pewien chorąży rodem ze Lwowa, który przysłuchiwał się rozmowie i wstawił się za mną. Wziął mnie do tamtejszej szkoły podchorążych. Szybko się zorientowałem, dlaczego nie chcieli, aby zwykli ludzie wysiadali w Buzłuku. Oficerowie sprowadzili tam swoje rodziny i urządzili im spokojne gniazdko.
[b]Polscy oficerowie?[/b]
Stosunki w armii Andersa wcale nie były takie sielankowe. W listopadzie 1941 roku w Buzułuku rozstrzelano jako „szpiegów niemieckich” dwóch chłopców, którzy byli tak głodni, że ukradli konserwy. Innym razem już w Anglii na szkole pilotażu jeden z oficerów zaszczuł młodego szeregowego z Przemyśla. W efekcie chłopak strzelił sobie w łeb. A oficjalnie w wykazie do dziś stoi, że szeregowy Kazimierz Wojciechowski „postrzelony z własnej broni (własny sten spadł mu z ramienia) został skierowany do szpitala, gdzie zmarł 20 października 42”...
[b] Wróćmy do pańskiej podróży do Anglii.[/b]
Persja, Morze Kaspijskie, Bombaj, potem Kapsztad. Stamtąd drogą bardzo okrężną, niemal u wybrzeży Ameryki Południowej – okręty płynęły tak z obawy przed niemieckimi łodziami podwodnymi – dotarliśmy od północy do Szkocji. Wszystko to trwało parę miesięcy. Byliśmy bardzo zniecierpliwieni, bo jak najszybciej chcieliśmy dostać się do wojska.
[b] Byliście młodymi ludźmi, taka egzotyczna podróż to musiało być wielkie przeżycie. Wydaje się, że narażanie życia na froncie to ostatnia rzecz, o której człowiek myśli w takiej sytuacji. [/b]
Nie twierdzę, że byliśmy święci. Na przykład w Kapsztadzie... hmm jakby to powiedzieć... podążaliśmy za czerwonymi światłami. Anglicy bali się tam zapuszczać, ale Polacy jak to Polacy – fraternizowaliśmy się z Murzynkami. To wszystko, ta egzotyka, o której pan mówi, rzeczywiście nas urzekła, ale my chcieliśmy się bić. To miała być jeszcze większa przygoda. Poza tym chodziło o coś więcej. Myśleliśmy wtedy innymi kategoriami niż dzisiejsza młodzież. Mieliśmy wpojone poczucie obowiązku, przedwojenne wychowanie. Miłość do ojczyzny, patriotyzm, chęć służby, gotowość przelewania krwi dla kraju. Dziś wartości zupełnie niezrozumiałe. Nawet wyśmiewane. To było jednak w naszej krwi.
[b] Wszyscy tak myśleli? [/b]
Oczywiście byli i inni. Dwóch kolegów specjalnie złapało syfilis, żeby uniknąć walki. Jeden nawigator w trakcie lotu bojowego dostał pietra i zgłosił, że jest chory. To był zresztą następny lot po Dreźnie, gdy lecieliśmy na poprawkę do Chemnitz. Ale dekownicy byli wyjątkami. Reszta zdecydowanie ich potępiała. Z zupełnie innymi żołnierzami zetknęliśmy się natomiast w Szkocji, z naszej armii rozbitej we Francji. Oni się z nas śmiali, z naszego idealizmu. To skrywany do dziś problem, ale oni w ogóle nie uznawali oficerów. Nie salutowali im. Polski korpus oficerski we Francji nie zachowywał się bowiem ładnie. Do Anglii przewieźli nawet w całości jeden burdel francuski, a o swoich ludziach nie zawsze pamiętali. My byliśmy zupełnie inni. Zdyscyplinowani. Co tu dużo gadać, byliśmy piękne wojsko.
[b] Co pan robił po wojnie? [/b]
Trafiłem do Argentyny, potem do Urugwaju, gdzie pracowałem w amerykańskim koncernie. Szykowała mi się wspaniała kariera. Ale w 1956 roku przyjechałem do komunistycznej Polski.
[b] Dlaczego?[/b]
Z miłości. Pewnie będzie panu trudno w to uwierzyć. Ze swoją dziewczyną pożegnałem się wiosną 1940 roku. Nie podjęliśmy jednak żadnych zobowiązań. Żegnaliśmy się „na zawsze”. W 1946 roku odnalazła mnie jednak przez krewnych i zaczęliśmy pisać do siebie listy. Trwało to dekadę, zanim w 1956 roku do niej przyjechałem. A co ciekawe, mój starszy brat miał w Tarnopolu wielką miłość, harcerkę. Ona przez wyjazdem wymogła na nim ślub. On jej nie chciał wiązać, ale uległ. Po wojnie się dowiedział, że ona szybko uznała go za zmarłego i wyszła za innego. A moja dziewczyna czekała 16 lat. Wzięliśmy ślub niemal od razu, w 1956 roku. Zamieszkaliśmy tu w Zabrzu. Umarła cztery lata temu.
[b] Jakie były pana pierwsze wrażenia z PRL? [/b]
Inaczej wyobrażałem sobie powrót do Polski. Na początku mieliśmy nadzieję, że wkrótce wybuchnie III wojna światowa, i nasz kraj odzyska niepodległość. Myśleliśmy, że przyjedziemy, uklękniemy i pocałujemy ojczystą ziemię. Ale jak tu całować, gdy przede mną stały buty z sowieckiej dermy, na nogach komunistycznego „oficera”. Same chamy. Chamskie zachowanie, chamskie, czerwone, toporne gęby. Taki był urzędnik w „polskim” konsulacie, w którym załatwiałem sprawę przyjazdu do PRL. To samo potem na statku.
[b] Trudno było się z nimi porozumieć? [/b]
Choć mówiliśmy tym samym językiem, to byli inni ludzie. Przedstawiciele innego narodu. Powyciągali ich nie wiadomo skąd. Stalin wcale nie musiał Polski wcielać do Związku Sowieckiego. Po co mu ten kłopot? Wystarczy, że powyciągał z dołów społecznych wszystkich tych, których cechowała – bardziej lub mniej świadoma – nienawiść do „panów”, do przedstawicieli elit. Widziałem potem tę zazdrość, że niedobitki tamtej przedwojennej inteligencja są bardziej kulturalne, mają szersze horyzonty i prawdziwy etos. A wszystko to zaczęło się jeszcze w 1846 roku w województwie tarnowskim, wraz z pewnym facetem, który kazał rżnąć panów, i mówił „Rżnij wolno, bo pan był dobry”.
[b] Co pan chce, w końcu mieli wypisaną na sztandarach walkę klas. [/b]
Ja nie jestem synem ziemianina ani innego potentata. Jestem synem zwykłego kolejarza, nie przemawia więc przeze mnie interes mojej grupy społecznej. Mówię o zniszczeniu starego ładu i porządku, który doprowadził do tego, co mamy dzisiaj. Proszę choćby spojrzeć na naszych dzisiejszych profesorów, na nasze postkomunistyczne „elity”, na media. W jaki sposób ci ludzie traktują państwo, jaka jest ich mentalność. Żyjemy w zupełnie innym świecie niż przed wojną. Dziś nie ma czegoś takiego, jak polski naród, jest tylko materiał etnograficzny.
[ramka][srodtytul]Drezno 1945[/srodtytul]
Miasto zostało zbombardowane przez Amerykanów i Brytyjczyków w połowie lutego 1945 roku. Do największego nalotu doszło w nocy z 13 na 14. Tysiące ton bomb zapalających wytworzyły na ulicach Drezna burzę ogniową. Całe dzielnice obróciły się w ruinę. Do dziś nie wiadomo, ilu cywilów zginęło tamtej nocy. W mieście znajdowały się bowiem dziesiątki tysięcy Niemców z Europy Wschodniej uchodzących przed Armią Czerwoną. W pierwszych latach po wojnie mówiono nawet o 250 tysiącach zabitych. Dziś niemiecka komisja historyków przyjmuje, że zginęło od 18 do 25 tys. ludzi. Bombardowanie Drezna to drażliwy temat. Miasto nie było bowiem bronione i według niektórych historyków nie miało żadnego znaczenia strategicznego. Nie było w nim obiektów wojskowych, a klęska Trzeciej Rzeszy była przesądzona. Celem bombardowania miało być więc sterroryzowanie niemieckiej ludności cywilnej i odwet za naloty Luftwaffe na brytyjskie miasta. Bombardowanie Drezna przedstawiane jest jako dowód na to, że alianci również dopuścili się ludobójstwa. Inni jednak historycy (Frederick Taylor), uważają, że Drezno, położone wówczas o około 200 km od linii frontu wschodniego, było ważnym węzłem komunikacyjnym, którego zbombardowanie miało spowodować sparaliżowanie ruchów wojsk niemieckich. [b]—p.z.[/b]
300 Dywizjon Ziemi Mazowieckiej powstał w lipcu 1940 roku w Wielkiej Brytanii. Polscy piloci latający na Wellingtonach a następnie na Lancasterach bombardowali m.in. Zagłębie Ruhry, Berlin, rezydencję Hitlera w Berchtesgaden. Wykonali blisko 4 tysiące lotów bojowych Straty dywizjonu to 371 zabitych lotników. [/ramka]
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE