Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Literatura

Gen życia Czesława Miłosza

Czesław Miłosz: „Nie będę już więcej dyktował“
Rzeczpospolita
Rozmowa z Agnieszkš Kosińskš
[b]RZ: Byle kto nie staje się prawš rękš wielkiego człowieka. W jaki sposób została pani sekretarkš Czesława Miłosza?[/b] Poleciła mnie moja pani profesor od poetyki Teresa Walas. Na pewno czuła, kogo szuka Miłosz. Nie byłam wtedy młodym dziewczštkiem tuż po studiach; miałam 29 lat, rodzinę, kilkuletnie dziecko, robiłam doktorat, pracowałam w krakowskim oddziale Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, prowadziłam sekretariat pisma literackiego „Dekada Literacka”, pracowałam w Krakowskiej Fundacji Kultury, zajmowałam się krytykš literackš. Więc pewnie Teresa wyczuła, że taki wszystkożršcy stwór będzie potrzebny, choć poczštkowe zamówienie było takie: sekretarka do korespondencji i do spraw domowych, administracyjnych. Po tym poleceniu poszłam na interview z Carol, drugš żonš Miłosza, która dokładnie mnie wypytała o wszystkie detale kariery zawodowej i domowej, po prostu mnie sobie pooglšdała, a po wszystkim powiedziała: „Dobrze, to teraz zobaczy cię Czesław”. No i przyszłam do Czesława, który siedział w gabinecie na kanapie, ręce wsparte na lasce, spojrzał na mnie i mówi: „Carol, I don’t need any secretary”. A ja myœlę sobie: to by było na tyle. A potem – to był cały Czesław, jak mówiło się w domu Miłoszów: „No, dobrze. A pisze pani na maszynie? Umie pani coœ? Jakieœ języki pani zna?”. Ja mówię: „No, piszę...”. On dalej: „Rosyjski pani zna?”. Co prawda, o rosyjskim nie było mowy – warunkiem był angielski, na dobrym poziomie, z możliwoœciš pisania, czytania, dyktowania. Rosyjski znałam ze szkoły, lubiłam, więc mówię: „Tak”. „No to dobrze – odpowiada – bo widzi pani, ja mam takš robotę – trzeba sczytać listy Andrzejewskiego, Iwaszkiewicza... Wie pani, takš ksišżkę tutaj robię. No, to pani mi w tym pomoże”. Były to listy, które w 1998 roku ukazały się w tomie pt. „Zaraz po wojnie”; listy fantastyczne, o bardzo dużym ładunku emocji, tragikomiczne, i ja, czytajšc je, w niektórych momentach – może też z nerwów – œmiałam się, ale on też się œmiał. I co więcej – œmiał się tak, jak już dawno nie widziałam, żeby się ktoœ œmiał. Carol się niepokoiła, ale w sumie była zadowolona, że jakieœ takie miłe popołudnie się zdarzyło. Przychodziła co chwilę do pokoju i pytała: „Folks, what are you laughting at?”. A Czesław mówił: „IdŸ, Carol, idŸ”, co oczywiœcie nie było dobre, bo ta komitywa przyszła za szybko. Pierwsze spotkanie: najpierw – „Nie potrzebuję sekretarki”, potem: co umiem, i zaraz, że jest robota i że trzeba jš zrobić już. Ja przy sobie ani komputera, ani maszyny, ani możliwoœci nagrywania czegokolwiek. On mi coœ dyktuje, ja piszę na tych kartkach, które mi tam dali, swoim okropnym pismem. Siedzieliœmy obok siebie na kanapie, pracowaliœmy zamaszyœcie, ja czytałam całe partie, Miłosz słuchał. Czasem wtršcał komentarz, niektóre partie kazał zapisywać.
Tak więc skończyliœmy tę sesję, ja te kartki zbieram, żeby przepisać w domu, a on mówi: „Nie, to już idzie do Illga”. Ja sobie myœlę: „Rany boskie! No to koniec”. Ale co miałam powiedzieć? Oddałam te brudnopisy. Nie dziwię się osobie, która w wydawnictwie Znak znienawidziła mnie po tych kartkach. Wróciłam do domu i zadzwoniła do mnie Teresa Walas, informujšc, że zaraz po naszej sesji zadzwonił do niej Miłosz, mówišc, że z nikim się tak nie uœmiał, jak z Agnieszkš. I oczywiœcie Miłosz nie powiedział mi tego dnia, czy mnie akceptuje czy nie. Po jakimœ czasie dopiero zatelefonował i kazał mi przyjœć następnego dnia. I tak zaczęłam swojš pracę dla noblisty. [b]Proszę opisać rytm pracy z poetš, o ile był jakiœ stały.[/b] O, Jezu, był. Kiedy Miłosz przyjeżdżał do Krakowa na pół roku, to miałam wyznaczone dni, kiedy przychodziłam. Na poczštku po południu, kilka godzin albo od pory poobiedniej do wieczora. Forma pracy była taka: dyktowanie korespondencji, artykułów, które potem wchodziły w skład jakichœ ksišżek, natomiast gdzieœ od roku 1999 miałam już stały rytm, to znaczy – przychodziłam na godzinę dziesištš. Mój syn ujšł kiedyœ to, co robiłam, bardzo sprawnie: „Żona – tylko nie łóżkowa”. Kiedy na przykład pani sprzštajšca się spóŸniała, to Carol dzwoniła do mnie; kiedy lekarz nie przyszedł, to Carol dzwoniła do mnie; Miłoszowie wracali z Genui, zgubili klucze, zadzwonili do mnie... Miłosz po œmierci Carol w 2002 roku poprosił mnie, żebym była majordomusem, w co w sumie weszłam gładko, ponieważ robiłam to przed. Ustalałam spotkania, byłam od wszystkiego. Prowadziłam swój kalendarz i wpisywałam Miłoszowi ważne terminy do jego kalendarza. To był rytm, nie było czasu do stracenia. Nie nerwowy rytm: wszystko miało swój porzšdek, czas; do południa się tworzy, po południu się przyjmuje goœci, biesiaduje, „wagaruje”, myœli, oglšda, bawi. Robiłam to do 18, a po 18 wychodziłam, ale jeszcze kilka razy mnie dorwał na komórkę, żeby przypomnieć, że jutro trzeba jeszcze to czy tamto zrobić. Po œmierci Carol gosposiš i jednoczeœnie pielęgniarkš (bo ta pani jest z zawodu pielęgniarkš) była Władzia Jurgała – to połšczenie było niezbędne, poeta musiał być pod stałš kontrolš osoby, która wie, jak pomóc w nagłych przypadkach, która się nie przerazi, jak profesor wstaje nagle, do czego miał inklinacje, i mdleje. Pomagały też jej córka Krysia RaŸniak, dwie pielęgniarki: Małgosia Tylka i Aga Ptak, no i kilku zaprzyjaŸnionych lekarzy, do których się dzwoniło po konsultację. Cały medyczny personel nie był dlatego, że Miłosz się Ÿle czuł, tylko po to, żeby on mógł prowadzić możliwie aktywny tryb życia, żeby mógł sprostać swoim apetytom. [b]Każdy wielki człowiek ma swoje małe ludzkie słaboœci. Jakie miał wybitny poeta Czesław Miłosz?[/b] [Œmiech] Wszystkie słaboœci przekuwał w siłę [œmiech]. [b]No to chciałbym o tych wszystkich malutkich słaboœciach przekutych w siłę usłyszeć...[/b] Ale o czym? O tym, że lubił pierogi z kapustš? To jest słaboœć? I to, że lubił wszystko, co było kluchowate i pierogowate? Lubił grzyby, schabowego z kapustš, ziemniaki. Nie lubił zup. Wspominał też z luboœciš na przykład œliżyki. Siedzieliœmy przy stole w kuchni, a on mnie pyta: „Wie pani, co to sš œliżyki?”. Mówię: „Nie”. Tłumaczy mi: „To takie małe, słodkie”. Pytam: „Ale z czego to?”. A on: „E, zawraca pani głowę”. W każdym razie lubił dobrze zjeœć. Lubił typowo polskie jedzenie. Uwielbiał œledzie swojej bratowej Grażyny Strumiłło-Miłosz, nie jakieœ tam zwyczajne, kupowane na placu, ale właœnie œledzie w jej wykonaniu; ciasta oczywiœcie; zawsze miał w swoim biurku schowany marcepan w czekoladzie, w każdym miejscu. I Carol œledziła te marcepany i trochę je tam wykradała, bo nie wolno mu było jeœć tyle słodyczy. Przy jego trybie życia tusza bardzo szybko robiła się niebezpieczna. Lubił „wagary” w odpowiednim punkcie dnia. Jak już trochę popracowaliœmy, mówiłam: „Panie profesorze, idziemy na wagary”. No to on wtedy laseczkę i na spacer. Albo jechaliœmy taksówkš na koniec ulicy œw. Anny, tuż przy krakowskim rynku, i tam w kawiarni Pod Bambusem miał swoje ulubione miejsce obserwacyjne, bo z tego punktu bardzo dobrze widać rynek i całe ludzkie rojowisko, kobiety, wszystko, co żywe i kolorowe. [b]Proszę opisać ostatnie chwile Czesława Miłosza. Być może była to lekcja umierania, a może nawet ars bene moriendi?[/b] To była faktycznie ars bene moriendi – sztuka dobrego umierania. Bardzo spokojny, bardzo pewny siebie, bardzo godny proces kończenia ziemskich interesów, odłšczania głowy od reszty, woli od głowy. Trwało to od poczštku 2004 roku. Wszyscy w domu wiedzieliœmy, że umiera, że chce umrzeć i że to ma tak wyglšdać. Powiedział mi, że kończy już dyktowanie. Że w ogóle kończy wszelkie zatrudnienia literackie, korespondencje, wydawców, zostawia to mnie. I żeby jemu dać już spokój. Dzwoniłam do osób, które chciał widzieć, by się z nimi pożegnać. Czasem oni wyczuwali, że należy odwiedzić Miłosza, i ubiegali mój telefon. Byli to między innymi: Julia Hartwig, Aleksander Fiut, Teresa Walas, Adam Zagajewski z żonš Majš Wodeckš, Ryszard Krynicki, byli Tomasz Fijałkowski, Andrzej Wajda i Krystyna Zachwatowicz, Małgosia i Krzysztof Czyżewscy. Wykokosił się w końcu Jerzy Pilch. Rok 2004 faktycznie był ciężki. W czerwcu i lipcu moja praca polegała właœciwie na tym, że byłam, że siedziałam przy Miłoszu, trochę rozmawialiœmy, więcej milczeliœmy. Godzinami na jego życzenie, ale też naturalnie, trzymałam go za rękę, siedzšc przy jego łóżku. Rzadko prosił: „A niech no pani wybierze coœ do czytania”. I co by pan wybrał do czytania człowiekowi, który wszystko przeczytał? Coœ tam wybierałam zawsze. Na szczęœcie w „Twórczoœci” ukazały się dzienniki Iwaszkiewicza, te, z których pierwszy tom wyszedł teraz; nowe wiersze Różewicza. W zależnoœci od tego, jak profesor się czuł, w jakim był nastroju, jak chciał być opiekowany, a to trzeba było wyczuć, bo nie powiedział przecież, więc czytałam, siedziałam albo trzymałam go za tę jego zimnš rękę, co mnie zresztš nieŸle zresetowało na całe życie, myœlę. Często było tak, że czytałam, a on zasypiał, przestawałam czytać, żeby go nie zbudzić tym czytaniem – wtedy właœnie się budził. No to ja znowu. I tak cały dzień... Godzina to nic, ale cały dzień... Czasem chciał, żebym mu coœ opowiedziała, coœ o sobie albo coœ á propos. Musiałam tak to zrobić, by nie dotknšć spraw zbyt osobistych, bo my nie rozmawialiœmy na takie tematy. Nigdy o nic nie pytałam. Jeœli sam zechciał mówić – słuchałam. Trzeba było wiedzieć, co go interesuje, co pomijać – zniecierpliwienie starego człowieka to coœ, co czasem paraliżuje. Ale Miłosz wiedział, na kogo postawił. Jestem osobš energetycznš, on był energetycznym wampirem i tak to szło. Generalnie obowišzywała taka zasada, że ja daję, a on bierze. Kiedy się mnie ktoœ pyta, jak to jest pracować z wielkim poetš, odpowiadam: „Pracowałam z człowiekiem”. I jako z człowiekiem z Miłoszem pracowało mi się bardzo dobrze. Najfajniej jest pamiętać, że pracuje się z człowiekiem, który może być wœciekły, niecierpliwy, który jest fantastyczny, który lubi marcepan w czekoladzie. Dlatego przywiozłam mu piernik z Torunia, wšchał go sobie podczas dyktowania. Pracowałam z człowiekiem, który jest sensualny, który lubi to i owo, na przykład pogapić się. Tš wiedzš nie można lekkomyœlnie szafować, trzeba jš mieć i wykorzystywać, żeby przeżyć. Kiedyœ na przykład Miłosz, siedzšc w kawiarni przy Rynku, w pewnym momencie powiedział: „PrzejdŸmy się po księgarniach”. Gdyby strach, uzasadniony zresztš, że przecież ten facet waży jakieœ 100 kilo, jak on mi zemdleje na œrodku rynku, zwyciężył... A z drugiej strony: on się chce przejœć z kobietš po księgarniach. I co jest tutaj lepsze? To, że ja mu powiem: „Panie profesorze, nie można”? To był zresztš jeden z jego ostatnich spacerów. Pomyœlałam sobie: „No dobra, w najgorszym wypadku wezwę karetkę”. Szybka operacja myœlowa i trzeba działać. Bierze się człowieka pod rękę i się idzie. [b]A co kupił na tym spacerze?[/b] Kupiliœmy przewodnik po okolicach Krakowa, bo Miłosz uwielbiał jeŸdzić, patrzeć, zwiedzać, wyjechać gdzieœ na zielone. Mówił do Carol: „WyjedŸmy na trawę”. W ostatnich miesišcach życia, leżšc w łóżku, powiedział do mnie w pewnym momencie: „Tak bym sobie spuœcił nogi na trawę...”. To był człowiek nie do zdarcia. Miał gen życia. Powiedział mu kiedyœ lekarz: „Pan wie, że ma niesamowicie zdrowe serce, serce 60-latka”. Miłosz mówi: „Wiem”. Oczywiœcie, że wiedział, bo go niejednokrotnie ratowało z opresji. On naprawdę trochę w życiu przeżył, a pod koniec życia jeszcze nieoczekiwana, nagła, tragiczna œmierć 33 lata młodszej od niego żony Carol. Ten fakt, który pod koniec nim bardzo wstrzšsnšł, jednoczeœnie potwierdził też to, że on naprawdę już powinien się zbierać w zaœwiaty. Carol była jego drugš żonš, miała być osobš, która się wszystkim po jego œmierci zajmie, przygotowywał jš do tego; bardzo rozumiejšca towarzyszka życia, czuła, z bardzo fajnym poczuciem humoru, silna kobieta, z dużym dystansem do siebie, do niego. 16 sierpnia odeszła Carol, potem 21 wrzeœnia, tego samego 2002 roku, zmarł młodszy od niego o szeœć lat brat Andrzej, również po krótkiej, nagłej chorobie. Ja już nie mówię o pokoleniu Miłosza, bo to pokolenie już dziesištki lat wczeœniej wyniosło się na tamten œwiat. Więc rozumie pan teraz, że zdanie „Nie mam już z kim rozmawiać i o czym”, które często mi serwował, nie było zdaniem aroganckim, to było stwierdzenie faktu. [b]Czyli nawet dawał sygnały, że wybiera się już na drugi œwiat...[/b] Więcej niż sygnały. „Spiżarnię literackš” dyktował do poczštku maja 2004 r. i po jej ukończeniu powiedział po prostu: „Nie będę już więcej dyktował”. Zresztš „Spiżarnia...” była już absolutnym sygnałem, że Miłosz robi skan pamięci i wszystkim, komu może jeszcze zadoœćuczynić, robi to, nawet za cenę powtórzenia. Krótko mówišc, te ostatnie teksty Miłosza trzeba czytać jako spłacanie długów. „Spiżarnia...” powstawała też w sposób charakterystyczny dla ostatniego okresu twórczoœci Miłosza: Miłosz mi jš dyktował, ja robiłam redakcję tekstu, w specyficzny sposób, żeby jednak nie urazić twórcy, dobrze odczytać jego zamysł; dyskutowaliœmy zawartoœć, tematykę tych felietonów. [b]Który z przedmiotów pozostawionych przez zmarłego poetę najbardziej paniš wzrusza?[/b] Zaskoczył mnie pan... Nigdy tak nie myœlałam. W sumie to mieszkanie na Bogusławskiego trochę traktuję jak własne. Odkšd Miłoszowie w nim zamieszkali, opiekuję się nim. Czyli 12 lat, bo teraz można powiedzieć, że ja tu ileœ lat spędziłam: osiem u Miłosza i cztery po. Tuż po jego œmierci nie byłam w stanie niczego porzšdkować. Dopiero kilka miesięcy póŸniej mogłam, tu zresztš, pracujšc codziennie, wszystko to poskładać, co zostało po zmarłym: koszule, garnitury (nie ma ich znowu tak wiele), skarpetki, pidżamy, podkoszulki, swetry. Zajęło mi to kilka dni. Kupiłam pudełka, wszystko w nich poukładałam, pozamykałam, kupiłam œrodki przeciwmolowe, pudełka ustawiłam w szafie. Miłosz, zanim zdecydował się na położenie do łóżka, na żywot wyłšcznie domowy, codziennie nakładał buty, spodnie, koszulę, kamizelkę, sweter, kompletne ubranie – pełna elegancja. Dopiero gdy postanowił się trochę rozmemłać, już tak się trochę zanied- bać, to wtedy były kapcie. Trudno mi ten drobiazg wybrać. Może laska? Nie umiem na to pytanie zwyczajnie odpowiedzieć, po pierwsze dlatego, że właœciwie się nie przywišzuję do rzeczy, więc też nie mogę powiedzieć, co jest tutaj mojš ulubionš rzeczš. Może szlafrok? Wisi w łazience, bo uznałam, że skoro zawsze tam wisiał, to niech zostanie tam, gdzie jest. Wyprałam go dopiero w tym roku. Zostawiłam w przedpokoju buty, rzšdek butów, w których Miłosz chodził na zewnštrz i po domu, dwie pary kapci. I nawet jest tam jedna para butów należšcych kiedyœ do Carol. Stojš tak, jak stały. Już po œmierci Miłosza pewna dziennikarka zadała mi pytanie: „Czy Miłosz był dla pani bliskš osobš?”. Na poczštku odpowiedziałam: „Nie, jakš bliskš?!”. PóŸniej jednak sobie uœwiadomiłam, że był bliskš, że stał się bliskš: kiedy umierał mój ojciec, ja byłam u Miłosza, nie siedziałam u ojca, siedziałam u Miłosza. Kiedy umierał Miłosz, siedziałam przy Miłoszu. Kiedy umierała jego żona, byłam przy Miłoszu. Uczestniczyłam w rytmie jego domowego i niedomowego życia, które też organizowałam. Mogę powiedzieć nawet, że... żyłam z Miłoszem... chociaż to brzmi... To nawet mi niektórzy sugerujš jako tytuł wspomnień. [b]Poeta zmarł 14 sierpnia 2004 roku – wraz z tš datš nie skończyła się jednak pani praca; wcišż zajmuje się pani sprawami Miłosza. Na czym polega ta obecna działalnoœć?[/b] Za życia Miłosza zajmowałam się między innymi kontaktami z wydawcami: jeœli ktoœ chciał coœ wydać w Polsce Miłosza, to dzwonił tutaj, a ja negocjowałam i przygotowywałam z nim kontrakt. Teraz wolš zmarłego i w imieniu spadkobiercy, starszego syna Anthony’ego Oskara Miłosza, który mieszka w Ameryce, robię to samo. Opiekuję się prawami autorskimi Miłosza na Polskę i na wschodniš Europę, kraje byłej Jugosławii oraz Izrael. Aktualnie robię bibliografię Miłosza. Proszę sobie wyobrazić, że nie ma takiej pozycji jak oddzielna bibliografia możliwie wszystkich utworów Miłosza wraz z ich tłumaczeniami na możliwie wszystkie języki, przedstawiona w możliwie przystępny sposób. Robiona przeze mnie, Jacka Błacha i Kamila Kasperka zawiera możliwie pełny i spisany z ksišżki adres bibliograficzny; nie stosujemy żadnych skrótów, żadnych umownych znaków, odnoœników, chcemy, żeby czytelnik dostał narzędzie, do którego niepotrzebna jest oddzielna instrukcja obsługi. Taka bibliografia nazywa się fachowo: adnotowana. Zrobiliœmy indeksy – 300 stron! – wszystkich tytułów włšcznie z incipitami oraz indeks osobowy. Całoœć będzie nosiła tytuł: „Czesław Miłosz. Bibliografia druków zwartych”. Po 12 latach pracy w miłoszologii oraz w edytorstwie i branży wydawniczej wiem, co chciałabym, żeby leżało u mnie na biurku ku pomocy. I co będę sprawdzać w praktyce, by kolejnš edycję zrobić jeszcze lepszš. [b]Znajdujemy się w krakowskim mieszkaniu Czesława Miłosza na Bogusławskiego, tu wcišż pani pracuje, przyjmuje goœci. Jaki jest status tego mieszkania: jest muzeum, siedzibš instytutu?[/b] To mieszkanie należy do spadkobiercy – Anthony’ego Miłosza. Natomiast ja zgodnie z jego wolš opiekuję się tym mieszkaniem, płacę rachunki, sprzštam, przyjmuję tu wydawców, wycieczki szkolne i nie tylko, ludzi zainteresowanych, różnych profesji i z różnych krajów; opowiadam o Miłoszu. Wystarczy do mnie zadzwonić, podać powód wizyty i się umówić.? [i]Agnieszka Kosińska (ur. 1967) – absolwentka filologii polskiej UJ; krytyk literacki. W latach 1996 – 2004 osobista sekretarka Czesława Miłosza. Matka 17-letniego Mikołaja. Mieszka w Krakowie.[/i] [i]Pełna wersja wywiadu ukazała się w magazynie kulturalnym Polonii niemieckiej „Zarys” („Zarys” 2008 nr 7, s. 9 – 31).[/i]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL