Bielski w puszczy niedomówień

aktualizacja: 31.01.2009, 00:52
Partyzanci  z oddziału Bielskiego
Partyzanci z oddziału Bielskiego
Foto: AP

Trudno zrozumieć postawę żydowskich partyzantów z dzisiejszej perspektywy,
nie mając pełnej wiedzy o kontekście tamtych wydarzeń. Podobne problemy mamy przy ocenie postaw i dokonań „Ognia”
czy też „Burego”

Już sama zapowiedź nakręcenia filmu „Opór” wywołała w Polsce gorącą debatę skupioną wokół problemu, czy bracia Bielscy i ich partyzanci byli bohaterami, jak chce tego reżyser filmu, czy też rabusiami, a nawet bandytami. Prawda, jak to często bywa, jest znacznie bardziej skomplikowana.
Zanim jednak przejdziemy do sedna sporu, konieczne jest nakreślenie tła historycznego tych wydarzeń. Przede wszystkim należy podkreślić, że głównymi sprawcami bardzo ostrych konfliktów, rozdzierających w tym okresie tamtejszą społeczność, byli Niemcy, którzy poprzez swoją zbrodniczą politykę okupacyjną wytworzyli sytuację, z której nie było bezkonfliktowego wyjścia. Przy czym niewątpliwie najbardziej poszkodowana i cierpiąca była ludność żydowska.
[srodtytul]Zagłada i wielkie polowanie[/srodtytul]
Systematyczne jej prześladowanie na Kresach zaczęło się z dniem wkroczenia oddziałów Wehrmachtu na te tereny latem 1941 r. Do końca roku niemieccy okupanci wymordowali dziesiątki tysięcy Żydów – w szczególności „oczyszczano” tereny wiejskie. Zimą 1941/42 r. kontynuowali swoje zbrodnicze dzieło, jednak najgorsze miało dopiero nastąpić. W maju 1942 rozpoczęli zagładę na jeszcze większą skalę i do końca 1942 roku zdołali wymordować większość Żydów żyjących na Kresach.
Sprawcami tych zbrodni były komanda niemieckiej policji bezpieczeństwa, służby bezpieczeństwa (SD), a także niemiecka żandarmeria, niemiecka administracja cywilna oraz tzw. Schutzmannschaften, które składały się z białoruskich, litewskich, łotewskich i ukraińskich kolaborantów. Struktury te ściśle ze sobą współpracowały i systematycznie likwidowały całe żydowskie gminy, przy czym stosowano z reguły masowe rozstrzeliwania.
Niemała część ludności żydowskiej, konfrontowana z grozą totalnej zagłady, usiłowała stawiać zarówno pasywny, jak i aktywny opór. Jednakże jedyną realną szansą na uniknięcie unicestwienia była ucieczka w lasy. Dziesiątki tysięcy Żydów (według szacunków od 30 do 50 tysięcy z terenów dzisiejszej Białorusi) zdołało uciec z gett w okoliczne lasy. Jednakże tylko nielicznym udało się przetrwać dłużej, ponieważ niemieccy okupanci rozpoczęli natychmiast zakrojone na szeroką skalę polowania na uciekinierów.
Dowódca żandarmerii w regionie Baranowicze Hauptwachtmeister niemieckiej policji Schultz meldował swoim przełożonym w Mińsku 26 sierpnia 1942 r.: „Od komisarza regionu Baranowicze otrzymałem ogólne polecenie (…), uwolnić region z Żydów, w szczególności tereny wiejskie. W ostatnich miesiącach przeprowadzone większe akcje spowodowały, że Żydzi na dużą skalę uciekali, dołączając się do grup bandytów. Aby zapobiec dalszym ucieczkom, w miejscowościach Połonka i Mir załatwiłem Żydów, którzy tam jeszcze zostali. (...) W Połonce jeden z Żydów zranił ostrym narzędziem w szyję jednego Schutzmanna, który musiał zostać przewieziony do szpitala”.
Żydowscy uciekinierzy byli przeważnie nieuzbrojeni, a jeśli nawet, to bardzo słabo, dlatego też stanowili bardzo łatwą zdobycz dla siepaczy: żandarmów, patroli Wehrmachtu czy też miejscowej białoruskiej policji, która odgrywała w tym wielkim polowaniu na ludzi dużą rolę. Jej członkowie znali okolicę oraz byli stosunkowo liczni w przeciwieństwie do swoich niemieckich przełożonych i zleceniodawców.
Decydującą rolę w tej wielkiej ucieczce i próbie przetrwania odegrały rozległe i niedostępne lasy i bagna, gdzie można się było schronić, a nie pomoc miejscowej białoruskiej ludności, jak twierdzą niektórzy zachodni autorzy. Większość uciekinierów musiała zdobywać żywność przemocą lub też pod groźbą przemocy, podobnie zresztą, jak to czynili liczni na tych terenach sowieccy partyzanci, a także zwykli bandyci, między którymi granica była zresztą dość płynna. Wyobrażenie, że miejscowa ludność wiejska na dużą skalę miałaby bezinteresownie żywić tysiące uciekinierów w lasach, zaprzecza wszelkiemu doświadczeniu życiowemu.
Ponadto ludność nieżydowska została przez okupantów zobowiązana pod groźbą kary do wyłapywania uciekinierów, za co zresztą była nagradzana, a pomoc im udzielana była karana śmiercią, co było konsekwentnie egzekwowane. Nie bez wpływu na postawę Polaków były także doświadczenia wcześniejszej okupacji sowieckiej i postawa niektórych żydowskich współmieszkańców, którzy wspierali wtedy czynnie okupantów sowieckich, o czym niedawno pisał Krzysztof Jasiewicz.
[srodtytul]Oddział Bielskiego[/srodtytul]
W tak ekstremalnych warunkach dopiero stworzenie większej uzbrojonej grupy lub też przyłączenie się do istniejących już oddziałów zbrojnych dawało szansę na ujście z życiem. Powstało wtedy wiele tzw. grup przeżycia, a innym uciekinierom, jeżeli byli młodzi i uzbrojeni, udawało się czasem dołączyć do partyzantów sowieckich. Największą taką grupą przeżycia był oddział Bielskiego, który działał przeważnie w Puszczy Nalibockiej. Większość jego członków (około trzech czwartych) stanowiły nieuzbrojone kobiety, dzieci i osoby starsze. Według stanu z 1 kwietnia 1944 roku oddział ten liczył 955 członków, w tym 388 kobiet, 26 dzieci do lat siedmiu i 98 do lat 16 oraz 167 osób mających ponad 40 lat. Prawie wszyscy byli uciekinierami z gett.
Grupa Bielskiego powstała wiosną 1942 r. i składała się pierwotnie z około 20 osób: Anatola Bielskiego, jego trzech braci oraz kręgu krewnych i znajomych. Z czasem się rozrastała. W pierwszym okresie grupa działała samodzielnie, ale w sierpniu 1942 r. ludzie Bielskiego nawiązali kontakt z oddziałem sowieckiej partyzantki porucznika Panczekowa, przeprowadzając kilka wspólnych akcji. Na wiosnę 1943 r. grupa Bielskiego, licząca już ponad 400 osób, została ostatecznie podporządkowana sowieckiemu zgrupowaniu partyzanckiemu Baranowicze. W czerwcu 1943 r. nazywała się oddział Ordżonikidze brygady Kirowa. Dowódcą został Tewje Bielski. W masakrze dokonanej w Nalibokach 8 maja 1943 r., podczas której sowieccy partyzanci zamordowali 128 mieszkańców tej miejscowości, oddział Bielskiego jednak udziału nie brał.
W październiku 1943 r. dowódca brygady Kirowa pozbawił Bielskiego dowództwa oddziału Ordżonikidze i wyznaczył go na dowódcę grupy rodzinnej, która została wyłączona z tegoż oddziału. Grupa miała trzy różne obozy: zimowy, ziemniaczany oraz letni. Około 100 członków grupy pracowało w różnych warsztatach leśnych, między innymi w piekarni, szwalni, garbarni, rusznikarni czy też rzeźni. Trzy grupy liczące w sumie 60 osób zajmowały się zaopatrzeniem. Prowadziły one tzw. operacje gospodarcze w różnych rejonach.
Oddział ochraniało 66 uzbrojonych partyzantów oraz sześcioosobowa grupa zwiadu. Akcji bojowych grupa w tym okresie jednak nie przeprowadzała. Z tego też powodu Wasilij Czernyszow, dowódca zgrupowania Baranowicze, przed wojną aparatczyk partyjny szczebla rejonowego (a nie generał, jak się pisze), podporządkował sobie w styczniu 1944 roku bezpośrednio oddział Bielskiego i rozkazał mu zorganizować grupę bojową składającą się ze 180 partyzantów, która miała prowadzić akcje bojowe. Bielski stworzył faktycznie taką grupę, jej dziennik bojowy został nawet częściowo opublikowany. Zawarte jednak w nim informacje o przeprowadzonych akcjach, w szczególności o wysadzaniu pociągów, są mało wiarygodne. Zachowane niemieckie meldunki nie potwierdzają ich. Po wkroczeniu Armii Czerwonej na te tereny 12 lipca 1944 r. Bielski rozwiązał swój oddział.
Istniała również grupa rodzinna – oddział Zorina, ale jej członkami byli Żydzi sowieccy, w odróżnieniu od grupy Bielskiego składającej się z Żydów polskich. Oddział Zorina powstał w czerwcu 1943 r. z rozkazu Czernyszewa, w październiku 1943 r. liczył 700 członków, z czego 450 było uzbrojonych.
Ponadto na terenach północno-wschodnich Kresów istniały inne liczne żydowskie grupy przeżycia, które były luźno związane z sowieckimi partyzantami lub też operowały samodzielnie. Nie prowadziły z reguły operacji bojowych, lecz koncentrowały się na przetrwaniu w lasach.
[srodtytul]
Musieli brać więcej[/srodtytul]
W ówczesnych polskich sprawozdaniach AK i innych relacjach oskarża się często żydowskich partyzantów czy też „żydowskie bandy” o szczególną brutalność w stosunku do pozostałej ludności miejscowej. W marcu 1943 r. wydział Korweta AK, który obserwował działalność komunistów na terenie Polski, meldował o licznych napaściach bandyckich w rejonie Nowogródka i Baranowicz: „Do band dołączają się żydzi, którzy są bezwzględni i mściwi. W rejonie Nowogródka mają miejsce »częste napady rabunkowe, szczególnie band żydowskich, które są bardzo okrutne i bezwzględne«”. Takich i podobnych meldunków znamy bardzo wiele.
Dzisiaj trudno jest zweryfikować, w jakim stopniu te zarzuty były uzasadnione. Można jednak przyjąć, że żydowscy partyzanci z oddziałów sowieckich, a stanowili oni 8,7 procent wszystkich sowieckich partyzantów w zgrupowaniu Baranowicze (nie licząc grup rodzinnych), nie zachowywali się odmiennie niż ich sowieccy koledzy. A ci byli przecież ponuro osławieni za sprawą dokonywanych rabunków, mordów i gwałtów na ludności miejscowej; byli dosłownie niszczycielską plagą tych terenów.
Ponadto żydowscy partyzanci z grup rodzinnych musieli przecież rekwirować więcej niż partyzanci sowieccy z oddziałów bojowych. 60 partyzantów grupy Bielskiego musiało zdobywać żywność dla siebie oraz dla pozostałych członków grupy, a było ich kilkuset. Sam Bielski określił po wojnie własne „akcje zaopatrzeniowe” jako rabunek.
We wspomnieniach żydowskich ocalonych znajduje się wiele podobnych informacji o brutalnym zachowaniu się żydowskich partyzantów wobec ludności miejscowej, Polaków i Białorusinów. A im większy obóz rodzinny, tym większe były potrzeby, trudności w zaopatrzeniu oraz konflikty z miejscową ludnością.
Cwi (Henryk) Issler, lekarz i członek grupy Bielskiego, tak opisywał trudności w zaopatrzeniu oddziału: „Ilość ludzi u Bielskiego doszła do 450 (początek 1943 roku). Był to ciężki balast rodzinny. Starcy, kobiety, każdy, kto mógł się ratować, przybywał do Bielskiego. Niezwykłe trudności żywnościowe, ponieważ wieś nie mogła już dobrowolnie dostarczać takich dużych ilości produktów, by utrzymać tak liczną grupę. Rozpoczęły się konflikty z okolicznymi rosyjskimi oddziałami partyzanckimi oraz z naczelnym dowództwem ruchu partyzanckiego, które twierdziło, i słusznie, że ludność okoliczna staje się wroga wobec partyzantów z powodu zbyt dużych konfiskat żywności. Tym bardziej że byli między nami tacy, którzy nadużywali i zabierali u wieśniaków nawet przyjaźnie ustosunkowanych artykuły zbytku, jak: kury, masło, miód, pomimo wyraźnego rozkazu, że artykuły tego rodzaju konfiskować tylko w wioskach odległych, wrogich, położonych blisko miast i będących na usługach policji białoruskiej. Rodzinna grupa Bielskiego stawała się powoli problemem dla ruchu partyzanckiego”.
Według świadków z Nalibok i Kletiszcz partyzanci z oddziałów Bielskiego i Zorina rabowali tam produkty także wtedy, kiedy miejscowości te były już spalone w lecie 1943 r. przez Niemców. Tylko niektórym mieszkańcom udało się uciec do lasu, ale wkrótce także oni wrócili do swoich spalonych domostw. Czernyszew, dowódca zgrupowania Baranowicze, zabronił rekwirowania żywności u pogorzelców. Partyzanci Bielskiego i Zorina nie przestrzegali jednak tego zakazu.
Te wydarzenia potwierdzają sowieckie dokumenty z tego okresu. Komisarz brygady Frunze Korobkin pisał do Bielskiego 9 grudnia 1943 r.: „W nocy na 9.12.1943 grupa pięciu pijanych partyzantów pod dowództwem Szymanowicza Kiwy napadła na chutor obywatela Szemeta, (…) u którego mieszkają cztery rodziny pogorzelców. Partyzanci zagnali mężczyzn do stodoły i zrabowali pod groźbą użycia broni 40 pudów pszenicy, do 40 pudów jęczmienia w snopkach i jedną krowę”. Korobkin żądał od Bielskiego wyciągnięcia konsekwencji i zakończenia tych rabunków. Jednak trzy tygodnie później, w nocy na 26 grudnia, partyzanci Bielskiego, tym razem 18, pojawili się znowu w Nalibokach. U chłopa Korżenki zażądali wódki i mięsa, pobili jego starą matkę. Na koniec zarżnęli ostatnią świnię i zabrali ją ze sobą.
Ale i sam Tewje Bielski wykonywał takie „akcje”. 29 lutego 1944 r. został on z 14 swoimi partyzantami rozbrojony i pobity przez partyzantów brygady Wpieriod w trakcie takiej „operacji”. Wypady takie nie były więc zawsze podyktowane koniecznością zdobycia prowiantu – z tego powodu szczególnie oddział Zorina i on sam, notoryczny pijak i rozrabiaka, byli otoczeni ponurą sławą.
[srodtytul]Zemsta[/srodtytul]
Ale wśród powszechnej i ogólnej demoralizacji i brutalizacji wojennej żydowscy partyzanci, dopuszczając się występków, kierowali się także wyjątkowo silną w ich przypadku motywacją zemsty. Spośród wszystkich sowieckich partyzantów właśnie oni byli najbardziej straumatyzowani i zbrutalizowani, ledwo co uchodząc z życiem z systematycznie dokonywanej zagłady całej ludności żydowskiej. Praktycznie każdy mieszkaniec tych terenów niebędący Żydem mógł dokonać na nich aktów przemocy i niemało z nich tak właśnie czyniło. Przecież Niemcy do tego zachęcali, a nawet zobowiązywali, a nie wszystkim ludziom (w każdej epoce) dana jest siła stawiania oporu tak morderczej presji. Nie powinno więc dziwić, że ci Żydzi, którzy przeżyli, ale stracili swoich bliskich, pałali żądzą zemsty na prawdziwych czy też domniemanych sprawcach, współwinnych czy też tych, którzy tylko skorzystali na masowym mordzie dokonanym na Żydach.
Jakub Segalczik, partyzant oddziału Narodnyj Mistitel, pisał po wojnie: „Pragnienie zemsty na tych wszystkich zbrodniarzach bez mundurów, którzy żyli wolni, którzy byli naszymi sąsiadami wczoraj i stali się później naszymi mordercami, nie mogło mnie opuścić. Każdy wolny dzień wykorzystywałem dla tego, aby się mścić”.
Historyk izraelski Dov Levin z Brygady Kowieńskiej w następujący sposób ocenił postawę żydowskich partyzantów w Puszczy Rudnickiej: „Wszechobecna anomia społeczna przejawiała się w następujących formach: a) wyjątkowe narażanie się w trakcie walki, b) wzrost gwałtownego traktowania niemieckich jeńców, c) otwarta nienawiść i wrogość wobec miejscowej ludności, (...) e) przypadki depresji, introwersji oraz masowej histerii”.
Trudno jest zrozumieć postawę żydowskich partyzantów z dzisiejszej perspektywy, nie mając pełnej wiedzy o kontekście tamtych wydarzeń. Podobne problemy mamy przy ocenie postaw i dokonań „Ognia” czy też „Burego”. Walczyli oni bohatersko o niepodległość Polski po roku 1945, ale dla Słowaków „Ogień” jest jednak bandytą, podobnie jak „Bury” dla polskich Białorusinów.
Takie uwikłania dość często wykorzystywane są do demonizowania polskiej partyzantki, a także miejscowej ludności, przez niektórych byłych partyzantów żydowskich oraz zachodnich publicystów i badaczy. Przeciwstawić się im można tylko przez systematyczne badania, a nie akcjami prowadzonymi ad hoc.
[i]Autor jest pracownikiem IPN.[/i]

POLECAMY

KOMENTARZE