Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Historia

Chrześniacy prezydenta Mościckiego

W PRL strach się było przyznawać do tego, że jest się chrzeœniakiem prezydenta II RP – mówi Kazimierz Ignacy Stokłosa
Fotorzepa, Bartosz Jankowski
Żyje ich jeszcze blisko 300. Każdy jest siódmym synem w rodzinie i jeœli nie na pierwsze, to na drugie imię ma Ignacy – po swoim ojcu chrzestnym Ignacym Moœcickim, prezydencie II Rzeczypospolitej
Na spotkaniach majš problem z mówieniem do siebie po imieniu. – Powiesz Ignacy i wszyscy się odwracajš – żartuje Władysław Ignacy Ratajczak z Koœciana w Wielkopolsce. Przed wojnš było ich blisko 900. Najstarszy urodził się w 1926 r., najmłodszy – tuż przed wojnš w 1939 r. Dziœ żyje około 300. Wszyscy pochodzš z wielodzietnych rodzin. – Takie było założenie dekretu prezydenta z 1926 r. majšcego wspierać prorodzinnš politykę – zaznacza Kazimierz Ignacy Stokłosa, prezes Wielkopolskiej Rodziny Stowarzyszenia Chrzeœniaków Prezydenta II RP Ignacego Moœcickiego.
Prezydent zobowišzał się, że każdy siódmy chłopak w rodzinie zostanie wpisany jako jego chrzeœniak. Nie chodziło tylko o splendor – każdy z chrzeœniaków miał zagwarantowane dekretem przywileje. – W szkole mówiono o każdym z nas Moœcicki i nazywano dziećmi szczęœcia – opowiada Kazimierz Ignacy Pluciński z Gorzowa Wielkopolskiego. Chrzeœniacy prezydenta dostawali od państwa ksišżeczkę oszczędnoœciowš, a na niej 50 zł (równowartoœć połowy ówczesnej pensji nauczycielskiej) na 6 proc. Mieli też przywilej bezpłatnej nauki w kraju i za granicš, także na studiach wyższych, stypendium, bezpłatne przejazdy i opiekę zdrowotnš. Ulgi na komunikację miało też rodzeństwo chrzeœniaka. [srodtytul]Sprawdzali do czwartego pokolenia[/srodtytul] Kandydatów na chrzeœniaków szukali urzędnicy prezydenckiej kancelarii i lokalne władze. Przede wszystkim to jednak rodzice musieli zgłosić, że majš siódmego syna. „Z powodu przybycia mi siódmego z rzędu syna mam wielki zaszczyt prosić Pana Prezydenta o zezwolenie na wpisanie do akt chrztu jako Ojca Chrzestnego mego nowo narodzonego syna, któremu na chrzcie œwiętym nadane będzie imię Ignacy (...)” – pisali ojcowie do Kancelarii Prezydenta II RP. Warunek: rodzina chrzeœniaka musiała być rdzennie polska i niekarana. Kazimierz Ignacy Stokłosa, rocznik 1928, jest jednym z najstarszych żyjšcych chrzeœniaków prezydenta. Pochodzi ze wsi Jeziora koło Żnina. – Nie wystarczyło być siódmym synem w rodzinie – zaznacza. – Nim przyszło z Warszawy potwierdzenie, rodzina była dokładnie przeœwietlona przez proboszcza i miejscowe władze – opowiada. W jego przypadku trwało to kilka miesięcy. Rodzice Kazimierza Ignacego Plucińskiego ze wsi Grzegorzew niedaleko Koła czekali z chrztem syna aż półtora roku. W okolicy nie było wczeœniej nikogo, kto dostšpiłby takiego zaszczytu. Dopiero starszy brat dowiedział się, że w Brdowie jest szewc, który ma syna chrzeœniaka. – Pojechał wybadać sprawę, a ojciec napisał proœbę do Warszawy – opisuje Pluciński. – Sprawdzali do czwartego pokolenia po stronie mamy i ojca, aż już ludzie we wsi plotkowali, że u Plucińskich trzymajš nieochrzczone dziecko. W imieniu prezydenta Moœcickiego na chrzest Plucińskiego przyjechał starosta kolski z komendantem policji. Ignacy Bolesław Jagoszewski z Białegostoku twierdzi, że jest jednym z nielicznych, których do chrztu osobiœcie trzymał Ignacy Moœcicki. Jego rodzice mieszkali we wsi Przysowy w powiecie przasnyskim na Mazowszu. Wychowywali dwie córki i siedmiu synów. – Ja byłem najmłodszy – mówi. O tym, że siódmy syn ma zagwarantowanš szczególnš opiekš prezydenta RP, powiedział rodzicom organista, gdy przyszedł z opłatkiem. – To on awizował mnie w Warszawie – opowiada Jagoszewski. Wstrzymano chrzest i czekano na odpowiedŸ. Mały Ignacy, który już sam mógł iœć do koœcioła, został ochrzczony w Chorzelach. – PóŸniej było przyjęcie na plebanii – opowiada na podstawie przekazów rodzinnych. [srodtytul]W PRL jako krwiopijcy[/srodtytul] Gdy wybuchła wojna, najstarsi chrzeœniacy Moœcickiego mieli po 11 – 13 lat, a najmłodsi – roczek, dwa. – Żaden z nas nie zdołał skorzystać z prezydenckich przywilejów – zaznacza Kazimierz Ignacy Pluciński. Przez lata okupacji musieli zapomnieć o zdobyciu wykształcenia czy darmowych przejazdach. Rodzice trzymali jednak czerwone ksišżeczki niczym relikwie. Liczyli, że po wojnie wybiorš pienišdze wraz z odsetkami. Ojciec Ratajczaka nie rozstawał się z ksišżeczkš nawet podczas pobytu w obozie w Żbikowie. Po wojnie chrzeœniaków prezydenta Moœcickiego nazywano jednak sanacyjnymi krwiopijcami. – Strach było przyznawać się do tego – wspomina Kazimierz Ignacy Stokłosa. Gdy pokazywali w banku czerwone ksišżeczki, urzędnicy kazali im je palić i nie przyznawać się do sanacyjnego prezydenta. Wielu chrzeœniaków miało w PRL kłopoty z dostępem do szkół i znalezieniem odpowiedniej pracy. Ignacy Jagoszewski na drugie imię ma Bolesław. Matka napisała więc do prezydenta Bolesława Bieruta, by wypłacił pienišdze z ksišżeczki założonej przez prezydenta II Rzeczyspolitej Ignacego Moœcickiego. – Odpisali, by się zapisała do partii, to zostanie nagrodzona. Odmówiła – wspomina syn. Po szkole dostał nakaz pracy i dopiero po latach udało mu się skończyć studia. Zaczęli się szukać w wolnej Polsce– Wiedziałem, że musi nas być więcej, tylko jak odnaleŸć chrzeœniaków? – zastanawiał się w 1990 r. Kazimierz Pluciński. Zaczšł słać anonse do gazet, dawał ogłoszenia w radiu. Na pierwszym spotkaniu w Gorzowie Wielkopolskim pojawiło się kilkanaœcie osób. Zabrali się do poszukiwania pozostałych. Założyli Krajowe Stowarzyszenie Chrzeœniaków Prezydenta II RP Ignacego Moœcickiego, którego pierwszym prezesem został Pluciński. [wyimek]Chrzeœniacy mieli zagwarantowanš bezpłatnš naukę, stypendium oraz darmowe przejazdy i lekarza[/wyimek] Na kolejny zjazd przyjechało już blisko 100 chrzeœniaków. Częœć mieszka poza krajem: w Rosji, na Ukrainie, w Niemczech, Kanadzie, USA. Odnalazł się nawet chrzeœniak w Mińsku na Białorusi. Przyjechał na zjazd, ale miał bilet tylko w jednš stronę i musieli zrobić zrzutkę, by mógł wrócić. Rodzina Ignacego Edwarda Janickiego z Tczewa na Kaszubach po 1945 r. wyjechała z Polski. – Jest Niemcem i nawet nie mówi po polsku, ale przyjeżdża, by spotkać się z braćmi chrzestnymi – opowiada Pluciński. – Odkryliœmy, że wœród chrzeœniaków były również co najmniej trzy pary bliŸniaków, czyli nie tylko siódmy, ale i ósmy syn był wyróżniony przez prezydenta Moœcickiego – mówi Ratajczak. W gronie chrzeœniaków sš profesorowie, oficerowie, aktorzy, księża, synowie powstańców œlšskich i wielkopolskich, żołnierzy wojny bolszewickiej w 1920 r. i wrzeœnia 1939 r. W 1993 r. udało im się sprowadzić ze Szwajcarii prochy prezydenta Moœcickiego i jego żony Marii. [srodtytul]Czerwone ksišżeczkina pamištkę[/srodtytul] Chrzeœniacy podjęli starania, by odzyskać pienišdze z czerwonych ksišżeczek. Obliczyli, że dziœ przedwojenne oszczędnoœci warte sš kilka tysięcy dolarów. Pisali do kolejnych marszałków Sejmu i Senatu, prezydentów Lecha Wałęsy i Aleksandra Kwaœniewskiego, pełnomocnika ds. rodziny, a nawet do Strasburga. – Czy istniejš regulacje prawne pozwalajšce na waloryzację tych oszczędnoœci? – pytała w 2003 r. ministra finansów senator Anna Kurska. OdpowiedŸ była krótka: „jakiekolwiek roszczenia obywateli wobec systemu bankowego istniejšcego w Polsce przed II wojnš œwiatowš nie mogš być obecnie skutecznie dochodzone”. Chrzeœniaków najbardziej zabolało uzasadnienie ministerialnej odpowiedzi, że „majštek narodowy Rzeczypospolitej Polskiej wypracowany został wysiłkiem wielu pokoleń i jego poważne uszczuplenie przez realizację roszczeń z okresu przedwojennego byłoby poważnym obcišżeniem dla budżetu państwa”. – A czy my na ten dorobek Rzeczypospolitej nie pracowaliœmy? – pytajš. Sš jednak honorowi i przestali już wierzyć, że państwo wypełni zobowišzania przedwojennego prezydenta. – Trzymam tę czerwonš ksišżeczkę na pamištkę i nie mam zamiaru nikogo błagać, by wypełnił testament Moœcickiego – mówi Jagoszewski. Dla chrzeœniaków publicznie dane słowo przez prezydenta kraju jest œwięte, bez względu na upływ czasu czy poglšdy polityczne. – Nawet jeżeli nie mogš zrealizować obietnicy przedwojennego prezydenta, to przynajmniej prezydent, premier lub marszałkowie mogliby znaleŸć chwilę na spotkanie, uœcisnšć dłoń i porozmawiać przy kawie. Za kilka lat już nas nie będzie – mówiš z żalem chrzeœniacy prezydenta II RP profesora Ignacego Moœcickiego. [ramka][b]Naukowiec, wynalazca i mšż stanu[/b] Ignacy Moœcicki (1867 – 1946) był synem powstańca styczniowego. Ukończył politechnikę w Rydze. Wykładał na szwajcarskim uniwersytecie we Fryburgu oraz na Politechnice Lwowskiej, której był rektorem w latach 1925 – 1926. Potem przeniósł się na Politechnikę Warszawskš. Wynalazł metodę uzyskiwania z powietrza azotu na skalę przemysłowš. Uważany jest za twórcę polskiego przemysłu chemicznego. Był dyrektorem kombinatu azotowego w Chorzowie i założycielem Państwowych Zakładów Azotowych w Tarnowie – Moœcicach. 4 czerwca 1926 r. z inicjatywy marszałka Józefa Piłsudskiego został prezydentem II RP. Urzšd sprawował do 30 wrzeœnia 1939 roku. Po wybuchu II wojny œwiatowej był internowany w Rumunii. Zmarł 2 paŸdziernika 1946 r. w Versoix pod Genewš. [/ramka]
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL