Muzyka

Pozytywne wibracje elektryzującego głosu

Lizz Wright
Fotorzepa, Marek Dusza m.d. Marek Dusza
Oryginalny styl amerykańskiej wokalistki Lizz Wright nabiera kolorów. W Sali Kongresowej przekonaliśmy się, że na żywo brzmi jeszcze lepiej niż z płyt.
Cztery lata minęły od jej pierwszego koncertu w Polsce, na festiwalu Jazz nad Odrą. Wtedy była debiutantką, miała zaledwie jeden album „Salt”, a już widziano w niej nową gwiazdę. Teraz przyjechała promować swą trzecią płytę „The Orchard”. Z pewnością dojrzalszą i nieco inną w charakterze. Lizz odchodzi powoli od jazzu, by skierować się w stronę soulu, bluesa i folku. To zasługa jej nowego producenta Craiga Streeta, tego samego, który kilkanaście lat temu pomógł zmienić image Cassandry Wilson. Zresztą w tym samym kierunku. Termin polskiego występu nie był najszczęśliwszy, bo w piątek wieczorem Warszawa już opustoszała, wielu potencjalnych słuchaczy wyjechało na groby bliskich. Puste rzędy Sali Kongresowej wcale nie zraziły Lizz Wright, która dała koncert na najwyższym poziomie, dużo lepszy niż za pierwszym razem, we Wrocławiu. Zachwycała się Salą Kongresową podkreślając jej historię, dziękowała publiczności za przybycie. Jej pozytywne nastawienia do świata szybko udzieliło się słuchaczom. Zanim wyszła na scenę, jej zespół zagrał utwór instrumentalny przygotowujący publiczność na mocniejsze wrażenia. Solo na gitarze zagrał Brandon Ross, dobrze nam znany z zespołów towarzyszących Cassandrze Wilson. Jednak najważniejszy okazał się Jeremy Mage grający na instrumentach klawiszowych. To on najczęściej wykonywał solówki i kierował grupą.
Lizz pojawiła się na scenie spowitej ciemnościami, a kiedy zaczęła śpiewać pierwszy utwór, aż ciarki przeszły mi po plecach. Jakiż ona ma niesamowity głos. Jest w nim cierpienie i nostalgia niewolników śpiewających bluesy, nadzieja i wzniosłość pieśni gospel, lekkość i prostota country, wreszcie świeżość i naiwność młodej dziewczyny wkraczającej w życie. Zaśpiewała piosenki ze wszystkich trzech swoich albumów. Tytułowa z drugiej płyty „Dreaming Wide Awake” zabrzmiała jak modlitwa, z nadzieją, że Bóg nie opuści jej w potrzebie. Sama napisała do niej ciekawy, nieco abstrakcyjny tekst, a muzyce nadała balladowy charakter. Znakomicie wykonała folkowy temat Neila Younga „Old Man” zbliżając go do bluesowej stylistyki. Takie właśnie, oryginalne interpretacje stały się jej najmocniejszą stroną. Jednak słuchając „Narrow Daylight” Diany Krall cały czas miałem w uszach oryginalne wykonanie, a nie Lizz. Może zabrakło w tym utworze ciekawiej zaaranżowanego akompaniamentu. Ale już „My Heart” z nowej płyty „The Orchard” zabrzmiał wyraziście, a sekcja rytmiczna przyspieszyła tempo. W tej piosence jej głos zawsze kojarzy mi się z Tracy Chapman. Ta inspiracja nie przynosi jej ujmy. Kiedy wydawało się, że będzie to wieczór nastrojowych, balladowych tematów, Lizz zaśpiewała piosenkę „Coming Home”. Na płycie snuje się w leniwym tempie bluesa, a na koncercie zyskała rockowy charakter i szybsze tempo. Gitarowa solówka Brandona Rossa podniosła jeszcze poziom adrenaliny. Co ciekawe, największym dla mnie odkryciem był sam głos wokalistki, mocniejszy od tego, który znam z płyt, o pełniejszej barwie. To znaczy, że jej śpiew okrzepł, stał się swobodniejszy. Z pewnością do tych wrażeń przyczyniło się też doskonałe nagłośnienie Sali Kongresowej, przecież nie tak częste.
Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL