Vancouver 2010
Szczęście w kolorze srebra
Tak jak osiem lat temu w Salt Lake City, pierwszy Simon Amman, drugi Adam Małysz. Tyle, że tym razem na średniej skoczni. Pięknie rozpoczęły się te igrzyska dla Polaków - pisze Janusz Pindera z Vancouver
Po pierwszej serii Małysz był trzeci, za Ammannem i Michaelem Uhrmannem. Polak skoczył 103,5 m, Niemiec tyle samo, ale dostał lepsze noty za styl. Półtora metra dalej (105) wylądował Szwajcar, aktualny lider Pucharu Świata, dwukrotny mistrz olimpijski z Salt Lake City, sprzed ośmiu lat. Małysz, by wygrać, musiał odrobić trzy punkty. Strata do Uhrmanna była minimalna, tylko pół punktu. rp.pl/vancouver - olimpijski serwis "Rz"
Dwa dni wcześniej, gdy Małysz wygrał dwie serie treningowe, Ammann mówił: – Czasami mam gorsze chwile, ale gdy skaczę tak jak potrafię, wygram z każdym.
Szwajcar nie był jednak jedynym faworytem sobotniego konkursu. Gdyby po złoty medal sięgnął Austriak Gregor Schlierenzauer lub jego rodak Thomas Morgenstern, nikt nie uznałby tego za sensację. Małysz też sygnalizował tu formę, która mogła dać mu zwycięstwo. Hannu Lepistoe w rozmowie z „Rz” zapytany, kto ma największe szanse na złoto, wymienił właśnie te cztery nazwiska.
Ammann, zdobywając trzeci złoty medal, dołączył do Fina Matti Nykaenena. W Szwajcarii jest już drugi w klasyfikacji multimedalistów. Lepsza jest tylko alpejka Vreni Schneider z pięcioma medalami, w tym trzema złotymi.
Schlierenzauer po pierwszej kolejce był dopiero siódmy.
– Nie jestem maszyną, tylko człowiekiem, stało się to, co się stało – mówił na konferencji prasowej, oceniając swój pierwszy skok, krótszy (101,5) niż oczekiwano. Długi, wspaniały lot w finałowej próbie (106,5) dał mu pierwsze w karierze miejsce na olimpijskim podium. – Jestem szczęśliwy, przecież debiutuję na igrzyskach – przekonywał dziennikarzy z uśmiechem, ale ktoś tak ambitny jak on na pewno marzył o czymś więcej.
Schlierenzauera nie wyprzedził ani Morgenstern, który nie może znieść dominacji młodszego kolegi, ani Janne Ahonen, który po kilkunastomiesięcznej przerwie wrócił do skakania tylko w jednym celu – zdobyć wreszcie na igrzyskach medal w konkursie indywidualnym, jedyny, jakiego nie ma.
Zrobił to dopiero Małysz, który skakał trzeci od końca. – Obie próby Adama były podobne, nie popełnił błędu – powie później Lepistoe.
Gdyby jednak nasz skoczek wylądował w drugiej próbie choćby metr bliżej, byłby w końcowej klasyfikacji za Schlierenzauerem i nie miałby srebrnego medalu. Małysz spisał się jednak znakomicie – poleciał 105 m. Chwilę czekał na rezultat. 269,5 pkt, o półtora więcej od 20-letniego Austriaka.
Małysz pocałował narty, pomachał w stronę fotoreporterów. Wiedział już, że w najgorszym wypadku będzie trzeci, że żadna siła nie zepchnie go z olimpijskiego podium. Kilka minut później był srebrnym medalistą. Drugi po pierwszej serii Michael Uhrmann nie wytrzymał ciśnienia, wylądował trzy metry bliżej od Małysza i zajął piąte miejsce.
Na górze został wówczas już tylko Ammann. – Tylko pech mógł go pozbawić zwycięstwa, ale nie życzyłem mu źle. Był za mocny, by nie wykorzystać wielkiej szansy – powie o swoich uczuciach Małysz. A gdy Szwajcar, jak przystało na trzykrotnego już mistrza olimpijskiego, przypieczętuje sukces najdalszym skokiem (108) w konkursie, Polak pierwszy mu pogratuluje. Jemu z kolei uściśnie dłoń Schlierenzauer, który musiał tym razem uznać wyższość starszych od siebie rywali.
Robert Mateja, były reprezentacyjny skoczek, dziś asystent Lepistoe, mówi, że wiatr najmniej sprzyjał Ammannowi, a mimo to wygrał. – Pokazał klasę, to, co zrobił, było imponujące.
– Adam był wyjątkowo spokojny i pewny siebie. Celował w złoto, ale tego dnia na „Simiego” nie było siły. Teraz mamy dwa dni wolnego, a później rozpoczynamy treningi na większej skoczni. Myślę, że tam o medale walczyć będą ci sami zawodnicy. Adam nie jest bez szans na zwycięstwo. To nie jest tak, że on lepiej czuje się na mniejszych skoczniach. Teraz, gdy nieco zmienił odbicie, potrafi szybować bardzo daleko. Moim zdaniem ma najbardziej lotne odbicie ze wszystkich, ale Ammann jest w życiowej formie i dla niego nie ma teraz większego znaczenia, gdzie i na jakim obiekcie skacze. Idzie na całego i najczęściej ląduje najdalej. Ale on też miewa gorsze dni – twierdzi Mateja, od lat najlepszy kolega Małysza.















