Publicystyka
Szach rodzicom od minister Hall
Reformę edukacji MEN wprowadza przede wszystkim poprzez obietnice - fatamorgany, których jedynym celem jest uśpienie czujności opinii publicznej – piszą publicyści
Reforma edukacji zmienia właśnie krajobraz polskiej edukacji ze stepowego w pustynny. Przyjęta 19 marca tego roku ustawa o oświacie spowoduje daleko idące ubezwłasnowolnienie rodziców względem samorządów, wyrzucenie z przedszkoli nie tylko sześcio-, ale i pięciolatków, pogorszenie sytuacji nauczycieli i pracowników zatrudnionych w oświacie, ułatwienie likwidacji i prywatyzacji małych szkół oraz przedszkoli.
Podstawowym narzędziem wprowadzania tej reformy były i są obietnice-fatamorgany, których jedynym celem jest uśpienie czujności opinii publicznej. Do najgłośniejszych należą: darmowe podręczniki, setki milionów na dostosowanie szkół, przedszkole dla pięciolatków, wolny wybór rodziców przez najbliższe trzy lata oraz (w ramach deklaracji towarzyszących) podwyżki pensji dla nauczycieli o 10 proc. Już dziś wiadomo, że żadna z powyższych obietnic nie zostanie zrealizowana.
Rację mieli zahartowani reformami nauczyciele, którzy nie przywiązywali szczególnej wagi do deklaracji minister edukacji Katarzyny Hall, wychodząc z założenia, że wszystkie plany zmienią się jeszcze dziesięć razy, a do tego reforma może w ogóle nie wejść w życie. Dyrektorzy szkół i rodzice przez ostatnie półtora roku postawieni byli w stan gotowości, podczas gdy kluczowe punkty ustawy zmieniały się aż do ostatniej chwili jak w kalejdoskopie. Dziś nauczyciele już wiedzą, że dzięki reformie będą mieli dodatkową godzinę pracy bez wynagrodzenia, dla wielu z nich skończą się dwumiesięczne wakacje, a wszyscy mogą zapomnieć o obiecanej na przyszły rok podwyżce.
Inwestowanie bez pieniędzy
Prawdziwą walkę ministerstwo toczyło jednak nie z nauczycielami, ale z rodzicami, którzy starali się zapobiec gwałtownemu skróceniu dzieciństwa swoich pociech dokonywanemu dla ratowania tonącego ZUS. Zastrzeżenia rodziców, że kryzys nie jest dobrym czasem na poważne reformy dotykające najmłodszych, posłowie popierający minister Hall odrzucali w imię „konieczności inwestowania w edukację” (Jerzy Szmajdziński – SLD). Argument był tym bardziej kuriozalny, że padł krótko po cięciach budżetowych, gdy z 347 mln na dostosowanie szkół pozostało jedynie 40 mln zł. W połowie lipca okazało się, że rząd kontynuuje ratowanie budżetu przez uszczuplanie puli pieniędzy na oświatę.
Drastycznie ograniczono wydatki na programy „Bezpieczna i przyjazna szkoła”, „Komputer dla ucznia” oraz na Narodowy Program Stypendialny. Pieniędzy nie starczy też na zakup autobusów szkolnych i na dofinansowanie letniego wypoczynku uczniów. O 13 mln zł ograniczono wydatki na podnoszenie jakości oświaty. Władze mają poważne problemy z regulowaniem należności dla mleczarni w ramach programu „Szklanka mleka” (dług urósł już do 44 mln zł). Podwyżka pensji dla nauczycieli w przyszłym roku wyniesie nie 10, ale raczej 1 procent. Zabraknie 1,5 mln zł na podręczniki dla dzieci niewidomych.
Wielokrotnie powtarzana przez minister Hall obietnica, że wszystkie dzieci reformy dostaną darmowe podręczniki, brzmi przy tym wszystkim jak dawno zapomniana bajka dla grzecznych rodziców. Jak się okazuje, bajek nigdy dość. Na początku lipca rząd ogłosił program pod tytułem „Radosna szkoła – kraina sprawności i zdrowia”, na który obiecał przeznaczyć w ciągu najbliższych sześciu lat nie miliony, ale miliardy złotych. Przy szkołach w całej Polsce mają wyrosnąć dobrze widoczne ogródki jordanowskie. Na skromny początek bajeczny program zaabsorbował jedynie 40 mln zł. Nie są to dodatkowe pieniądze, lecz to, co pozostało po lutowych cięciach ministra Rostowskiego i miało być przeznaczone na finansowanie m.in. opieki świetlicowej.
Lista składek
Jeszcze przed kryzysem ministerstwo przyjęło założenie, że głównym wykonawcą i sponsorem zmian będą władze lokalne, a dozorcą prac zostaną rodzice. Niezgoda na reformę wynikająca z lęku o dzieci została zinterpretowana jako lenistwo. Współautorka reformy programowej prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska, podobnie jak inne osoby ze środowiska ministerialnego, zarzuciła rodzicom, że mają nawyki homo sovieticus, dopominając się przygotowania szkół jeszcze przed wysłaniem do nich maluchów: „Ja też wolałabym, żeby ktoś za mnie coś zrobił, ale czas przejąć inicjatywę. W czasach realnego socjalizmu wszystko było poukładane, więc teraz ludzie nie mają nawyku, by działać, brak im na to czasu, boją się, a bywa też, że są źle traktowani przez urzędników. Ale powinni to przełamać i sami dopominać się o to, co jest im potrzebne”.













