Polityka
Jerzy prowadzi, Marian wysiadł
Jak to możliwe, że były premier to dziś szef europarlamentu, a ten, kto go wykreował, nie jest nawet posłem?
– Kiedyś nie śmiałem nawet o tym marzyć – powiedział Jerzy Buzek tuż po wybraniu go na nowego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego. W głosowaniu, w którym wzięło udział 713 eurodeputowanych, zdobył 555 głosów. – To dla mnie wielkie wyzwanie i zaszczyt. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by nie zawieść waszego zaufania – mówił.
Marian Krzaklewski po ogłoszeniu wyników ostatnich wyborów do Parlamentu Europejskiego zniknął. Sytuacja, w której, startując z pierwszego miejsca na Podkarpaciu, zdobył jedynie 25 tysięcy głosów, a man - dat przegrał z drugą na liście lokalną posłanką Platformy Obywatelskiej, musiała być ponad jego wytrzymałość. Nie odbiera telefonu. Nie kontaktuje się ze znajomymi.
– Jak go znam, tę porażkę musi znosić ciężko – mówi Marek Kempski, za czasów Krzaklewskiego szef regionu śląsko -dąbrowskiego NSZZ "Solidarność". Ale na wiadomość o tryumfie Buzka w europarlamencie zareagował z radością. – Jeszcze nie pogratulowałem Jerzemu Buzkowi, ale zaraz wyślę mu esemes, bo teraz pewnie się nie dodzwonię – powiedział w TVN 24.
Wnioski z kraksy AWS
Buzek i Krzaklewski to politycy o podobnych biografiach. Obaj mają za sobą opozycyjną przeszłość, obaj zdobyli tytuły naukowe: pierwszy profesora, drugi doktora. Pracowali na tej samej uczelni – Politechnice Śląskiej. Obaj przystojni, dbają o wygląd. Na pierwszy plan w polityce wysunęli się w latach 90.
Marian Krzaklewski, jako szef "Solidarności" i twórca Akcji Wyborczej Solidarność, po wygranych przez tę formację wyborach w 1997 roku uczynił Jerzego Buzka premierem. Rządzili razem przez cztery lata, a o Krzaklewskim mówiło się, że kieruje Buzkiem z tylnego siedzenia. W 2001 roku obaj ponieśli klęskę. Ich formacja nie dostała się do parlamentu.
Co sprawiło, że dzisiaj – kiedy obydwaj startowali z list Platformy do Parlamentu Europejskiego – okazało się, że jeden jest przez wyborców kochany, a drugi odrzucany?
Jeśli klęskę AWS w 2001 roku porównać do wypadku samochodowego, to kierowca otrząs- nął się z szoku i jeździ dziś w Formule 1, natomiast pasażer, który kierował z tylnego siedzenia, znów zaliczył kraksę na drodze.
Wyjaśnia to Eryk Mistewicz, konsultant polityczny. – Stało się tak dlatego, że kierowca wyciągnął wnioski z wypadku, a pasażer nadal tkwi mentalnie w tamtej sytuacji i nie do końca wie, co się stało. Żyje w przeświadczeniu, że sprawcy wypadku uciekli.
Obydwaj mieli szanse zdobyć doświadczenie w strukturach europejskich. Buzek jako eurodeputowany odnalazł się znakomicie. Wysoką kulturą osobistą i sposobem bycia budował naturalny autorytet wśród europarlamentarzystów.
– Dostał do prowadzenia sprawy nauki, miał za zadanie przygotować Ra port na ten temat, z czym poradził sobie świetnie. To mu pomogło – ocenia Marcin Libicki, do niedawna eurodeputowany Prawa i Sprawiedliwości.
Krzaklewski działa na zapleczu. Jest delegatem trzech związków: "Solidarności", OPZZ i "Forum" w Komitecie Ekonomiczno -Społecznym Unii Europejskiej, organie doradczym złożonym z przedstawicieli społecznych.
Buzka praca nad własną formą
Zdaniem Mistewicza Buzek jest politykiem, który od 2001 roku wykonał olbrzymią pracę. Najpierw cofnął się na uczelnię. Kiedy postanowił wrócić do polityki, wiedział, że samo miejsce w Parlamencie Europejskim nie wystarczy. Zaczął budować pozycję w Polsce, a to wymaga ciągłej obecności w kraju. Widać go w całym okręgu wyborczym. A to z kibicami Ruchu Chorzów w kawiarence przy Cichej. A to w Rudzie Śląskiej na inauguracji Instytutu im. Jana Karskiego. Nie żal mu też czasu, by pojechać w Polskę i spotkać się z gdańskimi licealistami. Krzaklewski w pierwszym momencie po klęsce także wycofał się do matecznika, czyli
– Przez ten czas przetoczyło się wiele dyskusji. Krzaklewski w nich nie uczestniczył. A przecież gdyby tylko chciał cokolwiek powiedzieć, z racji swej pozycji byłby uważnie słuchany – ocenia Mistewicz.















