Publicystyka
Kampania „Wałęsa", czyli wojna o pamięć
To, jak przedstawimy moment upadku PRL, kogo uznamy za bohatera i jakie wybory będziemy sławić, zadecyduje, jak będziemy postrzegać historię III RP – pisze publicysta „Rzeczpospolitej"
Pod koniec minionego roku, według sondaży, spośród osób publicznych największe zaufanie Polacy mieli do Lecha Wałęsy. Kilka lat temu ta sama osoba znajdowała się na szarym końcu identycznych rankingów. Co spowodowało zmianę stosunku Polaków do tej postaci? Wydaje się ona tym bardziej zagadkowa, że Wałęsa przez ten czas niczego nie zrobił.
Owszem, przez Polskę przetoczyła się wielka debata, którą wywołała książka historyków Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka: "SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii", która dowodziła, że jej bohater miał epizod współpracy z SB (co zresztą tajemnicą poliszynela było już wcześniej). Trudno jednak przyjąć, że to te rewelacje spowodowały zwiększenie zaufania do historycznego lidera "Solidarności", nawet jeśli założymy, że ogół społeczeństwa je odrzucił. Postępująca niepamięć fatalnego bilansu prezydentury Wałęsy jest tylko okolicznością dodatkową.
Bałwochwalcza celebra
Fenomen ten wyjaśnić może ogromna kampania, którą ośrodki opiniotwórcze z "Gazetą Wyborczą" na czele rozpoczęły w obronie Lecha Wałęsy. Dołączyły do niej władze i w ten sposób przerodziła się ona w rodzaj bałwochwalczej celebracji, której zwieńczeniem stały się obchody 25-lecia przyznania przywódcy "Solidarności" Nagrody Nobla.
Organizatorom kampanii nie chodziło o "obronę dobrego imienia Wałęsy", ale o skompromitowanie lustracji oraz IPN, a w konsekwencji o przejęcie kontroli nad pamięcią – a więc i świadomością – Polaków. Innymi słowy, chodziło o rząd dusz, który szybko przekształca się w rząd ciał.
O tym, że to nie Wałęsa jest w tej kampanii ważny, świadczył choćby fakt, że jej organizatorzy, np. "Wyborcza" i jej szef osobiście, jeszcze niedawno uznawali go za szkodnika i ostro akcentowali niechęć do tej polityki historycznej, która polega na eksponowaniu heroicznych elementów narodowej historii. A teraz nie tylko diametralnie zmienili stosunek do Wałęsy, ale postanowili też się odwołać do atakowanej wcześniej postawy historycznej, doprowadzając ją zresztą do skrajności. Kampania "Wałęsa" była nie tylko budowaniem historycznego mitu, a więc polityką historyczną w stopniu skrajnym, ale wręcz ostentacyjnym odrzucaniem faktów, jeśli naruszają one wyobrażenie naszych dziejów uznane za optymalne.
Biblia pauperum III RP
Kampania "Wałęsa" to przygrywka do wielkiej batalii, którą to samo środowisko, czyli establishment III RP, przygotowuje nam na ten rok – 20. rocznicy upadku komunizmu. To, jak przedstawimy ów moment dziejowy, kogo uznamy za bohatera i jakie wybory będziemy sławić, zadecyduje, jak będziemy postrzegać historię III RP, a więc i naszą polityczną teraźniejszość.
Już dziś słyszymy apele – powtarzane bezmyślnie, ale coraz powszechniej – aby wielkich uroczystości nie zakłócać "gorszącymi swarami". Oznacza to, że różnica zdań w odniesieniu do interpretacji upadku komunizmu może mieć wyłącznie charakter nieprzyzwoitej kłótni, czyli że istnieje jedyne dopuszczalne ujęcie tego momentu. Oczywiście, wypracowane od początku III RP przez jej elity i powtarzane przez media.
To Biblia pauperum (Biblia dla analfabetów) III RP. Zgodnie z nią rządzący PRL przywódcy PZPR z jakichś bliżej niesprecyzowanych przyczyn, wśród których niepoślednią rolę odgrywał ich patriotyzm, postanowili zaprowadzić w Polsce demokrację. Okrągły Stół był miejscem, gdzie z przedstawicielami opozycji procedurę owego oddania władzy zatwierdzono. Sejm, wybrany w wyniku owego porozumienia, powołał na premiera Tadeusza Mazowieckiego – idealnego polityka na ten przejściowy okres – który stworzył rząd doskonały, szybko i bezpiecznie budujący demokratyczne i niepodległe państwo prawa. Wszystko dalej to konsekwencje owych inicjalnych osiągnięć.
III RP byłaby pasmem sukcesów i marszem ku świetlanej przyszłości, gdyby nie opętani nienawiścią awanturnicy polityczni, których przywódcami, a zarazem najpełniejszym wcieleniem, są bracia Kaczyńscy. Wykorzystują oni drzemiące podobno w narodzie polskim ciemne siły, czyli agresywny i podszyty klerykalizmem nacjonalizm jeszcze nie tak dawno zwany przez oświecone elity ciemnogrodem. Te siły stają na drodze Polski do postępu i nie pozwalają jej się stać Europą w pełnym tego słowa znaczeniu.














