Teolog na czerwonym świetle

aktualizacja: 27.09.2008, 02:01
Foto: AFP, Janusz Kapusta JK Janusz Kapusta

Życie w rozdętej bańce „nauczyciela nauczycieli Soboru” spowodowało, że o. Wacław Hryniewicz prawie nigdy nie musiał się mierzyć z merytorycznymi krytykami swoich ekstrawagancji

W ostatnich dniach wyszła na jaw scysja między papieską Kongregacją Nauki Wiary a wpływowym polskim teologiem ekumenistą. Dowiedzieliśmy się, że o. Wacław Hryniewicz OMI w artykule pt. „Zbawiciel jest polifoniczny”, opublikowanym w internetowym serwisie teologicznym, zarzucił dokumentowi akceptowanemu przez Benedykta XVI ciasne rozumienie prawdy, „romanocentryzm” i „odejście od Vaticanum II”. Jakiś czas później sekretarz rzymskiej kongregacji abp Amato zażądał listownie od o. Hryniewicza wycofania tych twierdzeń, które uznał za obraźliwe i niesłuszne. Na to autor artykułu odpisał, że niczego nie odwoła, jest schorowanym człowiekiem, a swój komentarz napisał w zgodzie z własnym sumieniem.
Najbardziej martwi – napisał o. Hryniewicz, odpowiadając Kongregacji – że ten osąd może teraz objąć wszystkie moje wcześniejsze dzieła, w których wyrażałem podobne poglądy”.
Zmartwienie o. Hryniewicza nie jest bezpodstawne, gdyż artykuł o „Zbawicielu polifoniczym „ rzeczywiście nie jest w jego twórczości żadnym wyjątkiem od reguły ani w treści, ani w formie. Przeglądając wystąpienia o. Hryniewicza, odnosi się wrażenie, że bardzo chętnie i często mówi o „niefortunnych decyzjach podjętych na bardzo wysokich szczeblach”. Tym bardzo wysokim szczeblem bywał i sam Jan Paweł II. Wystarczy rzucić okiem.
W roku 1992 Jan Paweł II ogłosił uroczyście Katechizm Kościoła Katolickiego. Komentarz o. Hryniewicza ogranicza się do ubolewania: „Naprawdę szkoda, że ekumenizmowi poświęcono tak mało miejsca (...) Miejmy nadzieję, że przyjdzie kiedyś czas na katechizmy bardziej ekumeniczne”.
W 1993 roku Jan Paweł II zatwierdził „Dyrektorium ekumeniczne”. Odnosząc się do tego dokumentu, o. Hryniewicz pisze: „Nieraz odnosi się wrażenie, że istnieją pewne rozbieżności między duchem Soboru a dyrektoriami”.
Powód tych rozbieżności „z duchem Soboru” jest taki, że „dyrektoria muszą się liczyć z prawem kanonicznym”. Faktycznie, w roku 1983 Jan Paweł II ogłosił z dużym zadowoleniem nowy Kodeks Prawa Kanonicznego. Co myśli o nim o. Hryniewicz? „W wielu miejscach nie nadąża za nowym widzeniem Kościoła”.
W 2000 roku Jan Paweł II „zatwierdził i uprawomocnił na mocy swej władzy apostolskiej” „Deklarację Dominus Iesus o jedyności i powszechności zbawczej Jezusa Chrystusa i Kościoła”. O. Hryniewicz nie miał dla tego dokumentu jednego dobrego słowa: „Ma charakter doktrynerski (...) Nie ma powodów, aby traktować ją jako definitywne i najważniejsze słowo naszego Kościoła”.
Z tej wcale niewyczerpującej kolekcji wynikałby wniosek, że dokumenty, w które Jan Paweł angażował swój autorytet – wśród nich tak fundamentalne jak Katechizm i Kodeks – były oceniane przez o. prof. Hryniewicza najwyżej na trzy z plusem, jeśli nie na dwóję z wykrzyknikiem. Czy jest w tym coś gorszącego?
To jasne, że dobrze wykształcony teolog, posiadający duże doświadczenie i znajomość jakiejś dyskutowanej kwestii, może zachować niekiedy zdanie odrębne nawet względem niektórych dokumentów Kościoła (tych, które nie mają charakteru dogmatu). Może ponadto formułować pytania i propozycje korekt tam, gdzie widzi niedostatki. To jednak coś zupełnie innego niż publiczne mentorskie krytyki urzędującego teologa, zawierające przekaz: opowiem wam, jak jest naprawdę, bo Kościół w tym się poplątał.
„Możecie uważać, że nie widzicie, jak takie czy inne sformułowanie może posiadać sens katolicki, ale nie możecie mówić po prostu, że ono takiego sensu nie ma” – pisał lata temu kard. Ratzinger do abp. Lefebvre’a w odpowiedzi na jego polemikę z niektórymi sformułowaniami Vaticanum II. Samo to sformułowanie mogłoby być doskonałą wskazówką dla o. Hryniewicza, także w sprawie Zbawiciela polifonicznego”.
Zestawienie przypadków abp. Lefebvre’a i o. Hryniewicza – w warstwie ich teologii – jest pouczające. Pierwszy, przywódca antysoborowych integrystów, nieraz szarżował retorycznie, wystawiał najgorsze cenzurki dokumentom Kościoła, niebezpiecznie odmawiał akceptacji pewnym oficjalnym sformułowaniom i praktykom kościelnym, nigdy natomiast nie tknął dogmatów. To ich znacząco różni.
Owszem o. Hryniewicz też nie atakuje dogmatów, tego czy innego (być może poza dogmatem o prymacie i nieomylności papieża, który zdaje się traktować jako katolickie nadużycie, „błędną majoryzację drugiego tysiąclecia”). On po prostu pozbawia dogmaty znaczenia sformułowań definitywnych. W „Zbawicielu polifonicznym” czytamy o „prowizorycznym charakterze wszystkich sformułowań” i o niemożliwości ogarnięcia „pełni prawdy” w ramach jednej tradycji religijnej. Są to kluczowe przekonania tego teologa i dopiero w ich świetle można zrozumieć postulat sformułowany przezeń otwartym tekstem lata temu na łamach książki „Dzieci Soboru zadają pytania” (Więź, 1996): „Dogmaty ogłoszone bez udziału innych chrześcijan muszą być poddane reinterpretacji”.
Skoro prowizoryczne są dogmaty, jasne, że do głębi prowizoryczna ma być też liturgia. Ojciec Hryniewicz bez zażenowania opowiadał na łamach „Znaku” w roku 2000 o tym, jak sam zmienia teksty modlitw mszalnych, spontanicznie, ale i metodycznie. Pewnego dnia zdecydował nawet, że w modlitwie eucharystycznej nie będzie już wymieniał tylko papieża, lecz także prawosławnego patriarchę i zwierzchnika anglikanów.
Co prawda obudziło to protesty, ale – jak sam powiedział – „wywalczyliśmy dla siebie ten »przywilej« (...) do dziś to czynię”.
Prowizoryczność teologicznego świata ojca profesora ma pewien punkt stały: jest nim „my”, jakiś zbiorowy podmiot podążający „w kierunku nadziei”, wbrew ciasnocie małych ludzi. To „my” odgrywa rolę decydującą: „Odeszliśmy – mawia ojciec profesor – od dywagacji, że w tym, a nie innym dokładnie momencie [mszy] następuje przemiana. Zgodziliśmy się, aby jej nie wiązać z momentem wypowiedzenia samych słów ustanowienia czy epiklezy”. „Odeszliśmy”, „zgodziliśmy się” – bardzo trudno w tych słowach ustalić tożsamość owego „my”, ale w każdym razie odeszło ono już bardzo od „my” Kościoła papieży i soborów.
„My” jest mistrzem teologicznego impresjonizmu. Potrafi uchwycić się jednego ogólnego sformułowania Pisma Świętego, by unieważnić szereg innych, bardzo konkretnych (np. za pomocą prawdy o tym, że Bóg chce zbawić każdego, unicestwia się biblijne opisy wiecznego potępienia zatwardziałych grzeszników).
Życie w rozdętej bańce „nauczyciela nauczycieli Soboru” powodowało niewątpliwie, że wybitny teolog prawie nigdy nie musiał się mierzyć z merytoryczną krytyką swoich ekstrawagancji, za to rosło poczucie, że można sobie pozwalać w wypowiedziach publicznych na styl coraz bardziej niedbały, coraz częściej raczej emocjonalny niż argumentatywny.
Ojciec Hryniewicz znalazł się w sytuacji, która rozbiła niejedną osobowość: łączył image myśliciela rzekomo wciąż na granicy kościelnego potępienia z rzeczywistą pozycją teologa bardzo wpływowego, utytułowanego członka i kierownika różnych instytucji decydujących o kształcie edukacji teologicznej i dialogu ekumenicznego. Miarą tego wpływu rzekomego outsidera może być np. fakt, że to za sprawą o. Hryniewicza w jednym z przemówień ekumenicznych Jana Pawła II znalazła się kontrowersyjna fraza, którą z powodu jej niespójności z nauczaniem katolickim niedługo potem Rzym tego samego Jana Pawła II napiętnował jako nienadającą się do używania w mowie teologicznej („kościoły siostrzane” – w kontekście różnych wyznań chrześcijańskich).
„My” o. Hryniewicza nie jest jednak zawsze tak łagodne i gotowe do poddawania pogodnej relatywizacji wymagających nauk Kościoła. Czasem, podenerwowane napotykanym oporem, bywa skłonne do starych anatem i ekskomunik, marzy o posługiwaniu się władczymi strukturami. „W Kościele katolickim potrzebna byłaby praktyka, że biskup nieekumeniczny, niespełniający swojej ekumenicznej powinności, a więc niewierny [Chrystusowi], powinien odejść. Byłby to z pewnością skuteczny bodziec do tego, ażeby biskupi stawali się bardziej ekumeniczni” – to również fragment wypowiedzi z 1996 roku.
Tak więc owo „my” rozumie znaczenie „skutecznych bodźców” ukrytych w interwencjach dyscyplinarnych. Dlaczego zatem o. Hryniewicz i jego obrońcy są tak zgorszeni interwencją Kongregacji Nauki Wiary? Rzymski urząd, oblewany od lat przez lubelskiego teologa raczej nie wodą kolońską, w końcu wezwał go w dyskretnym liście, by przestał wykazywać się arogancją względem dokumentów nauczania Kościoła. Oczywiście można dostrzec, że ten list zawiera pewną dwuznaczność: wygląda na to, że problemem wymagającym reakcji jest przede wszystkim dobre imię Kongregacji, podczas gdy trwający skandal nonszalancji teologa względem nauki Kościoła schodzi na plan dalszy. Tak jakby spór o prawdę dogmatów był rzeczywiście tylko wymianą poglądów.
Ciekawe, że o całej sprawie dowiedzieliśmy się nie z polskich, lecz z amerykańskich mediów katolickich, za którymi podano ją najpierw na internetowym Forum Frondy, a potem w KAI. Od tego czasu czytamy apologie dzieła o. Hryniewicza.
Obrona, którą zapewnia mu abp Józef Życiński – Wielki Kanclerz KUL, idzie po linii emocjonalnego szantażu zasugerowanego przez samego zainteresowanego: czy powinno się gnębić człowieka chorego na raka? No cóż, to oczywiste, że obecną kondycję o. Hryniewicza powinno objąć współczucie i modlitwa nas wszystkich. Nie może to jednak oznaczać, że teologowie zajmujący wcześniej skrajne pozycje, zamiast tłumaczyć się z nich, będą doręczali zaświadczenia lekarskie, a więc sami będą wnosili swoją intymną prywatność tam, gdzie wystarczyłaby doza merytorycznego obiektywizmu.
Ton obecnych apologii lubelskiego ekumenisty streszcza się w ilustracji zamieszczonej w ostatnim numerze „Tygodnika Powszechnego”: spalenie Husa na stosie. „My”, rozżalone na Benedykta XVI już tak samo jak kiedyś na kard. Ratzingera, znalazło wreszcie swój patetyczny gest.
Muszę przyznać, że ilekroć słyszę o ciężarze prześladowań, które rzekomo już prawie, prawie miały dotknąć o. Hryniewicza, przypomina mi się zupełnie inna historia. Ojciec Benedykt Huculak był młodym doktorem habilitowanym teologii, wyspecjalizowanym w myśli chrześcijańskiego Wschodu. Jego wspaniale zapowiadająca się kariera zaczęła się chylić ku upadkowi po opublikowaniu pracy „Chrześcijańskiej nadziei warunek konieczny”, w której w świetle teologii ojców greckich poddał druzgocącej krytyce konstrukcje o. Hryniewicza.
Niedługo potem przełożeni zakonni zakazali mu wypowiadania się publicznie właśnie w sprawie nienaruszalnego autorytetu twórcy „nadziei dla wszystkich”. Jakiś czas później odsunięto go od wykładów w seminarium, nie mógł spowiadać, miał szlaban na duszpasterstwo wśród studentów. Wszystko dlatego, że w innej książce przeprowadził źródłową analizę błędów w polskim tłumaczeniu mszału. W końcu wysłano go do Rzymu, żeby zamiast bruździć zajmował się edycją źródeł teologicznych. Oto jak smakuje rzeczywistość wykluczenia i marginalizacji.
Jak można się łatwo zorientować, pasja moralizatora nie opuszcza o. Hryniewicza od lat. Od wielkich proroków mających odwagę napominania nawet biskupów czy papieża różni go to, że celem jego krytyk jest nie tyle ludzka słabość, ile magisterium Kościoła. Kościół zawdzięcza naprawdę wiele ludziom, którzy potrafią, gdy trzeba, złamać konformizm, przezwyciężając „wzgląd na osobę”, ale w przypadku teologów kwestionujących dogmaty te pożytki były raczej wątpliwe. Oto różnica zachodząca między np. św. Katarzyną ze Sieny, doktorem Kościoła, a Marcinem Lutrem, rozłamodawcą.
Sprawa „Zbawiciela polifonicznego” jest czymś w rodzaju stłuczki, która przydarzyła się w końcu szarżującemu mistrzowi kierownicy. Dla niego samego jest to przykra niespodzianka, lecz dla kierowców trzymających się zasad ruchu drogowego jest to coś, co kiedyś musiało się zdarzyć, gdy ktoś przywykł do forsowania skrzyżowań na czerwonych światłach. Z tym że tak naprawdę nie o światła dyscypliny i taktu tu chodzi, lecz o dogmaty, światła wiary.
Autor jest filozofem, wykładowcą Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, redaktorem naczelnym pisma „Christianitas”
Komentarz dnia
Żródło: Rzeczpospolita

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.

POLECAMY

KOMENTARZE