Prenumerata 2018 ju˜ż w sprzedża˜y - SPRAWD˜!

Opinie

Miłosierdzie według "Gazety Wyborczej"

Dziesięć lat milczałam o okolicznoœciach choroby i œmierci Jacka Kalabińskiego, korespondenta „Gazety Wyborczej” w Waszyngtonie w latach 1991 – 1997. Uważałam, że nie mam moralnego prawa oceniać postępowania innych. Zarazem było mi bardzo trudno przez te dziesięć lat zapomnieć obraz Jacka w cierpieniu i chorobie.
Teraz przerywam milczenie sprowokowana „sprawš Maleszki”. W tej historii, jak w soczewce, skupia się dwuznacznoœć kryteriów, jakimi kieruje się kierownictwo „Gazety Wyborczej”. Z jednej strony „Gazeta” latami kryje, chroni i opłaca gangstera moralnego, jakim jest Maleszka, nazywajšc to „aktem miłosierdzia chrzeœcijańskiego” oraz stosowaniem kryteriów „socjalnych i humanitarnych”. Okreœla ponadto samš siebie jako „ofiarę”, a Maleszkę jako „tragicznš postać”. Z drugiej strony to samo kierownictwo „Wyborczej” pozbawiło pracy swojego wieloletniego korespondenta Jacka Kalabińskiego, gdy był œmiertelnie chory i Jego życie zbliżało się do końca. Wobec Jacka Kalabińskiego „GW” nie zdobyła się ani na „akt miłosierdzia chrzeœcijańskiego”, ani na zastosowanie kryteriów „socjalnych i humanitarnych”. Jacek umarł w wieku 59 lat, 24 lipca 1998 r. Chorował półtora roku. Zaczšł pluć krwiš, kiedy wreszcie w lutym 1997 dał się zawieŸć do szpitala. Spędził tydzień na reanimacji. Każdego dnia ważyło się Jego życie. Drugi tydzień spędził na oddziale onkologicznym. Tu amerykańskiego korespondenta „Gazety Wyborczej” odwiedził bawišcy w Waszyngtonie Adam Michnik. Miał okazję na własne oczy zobaczyć, jak ciężki jest stan Jacka. Michnik, żegnajšc się ze mnš przy szpitalnej windzie, powiedział: „Jesteœ dzielna. Dasz sobie radę”.
Znaczenie słów Michnika zrozumiałam w pełni miesišc póŸniej. Wtedy, miesišc po wyjœciu Jacka ze szpitala, 24 marca 1997 r., zadzwoniła do Niego Helena Łuczywo, zastępca Adama Michnika. Rozmowa przebiegła następujšco (co przepisuję z diariusza, bo pamięć jest ułomna): Helena Łuczywo: Jak się czujesz? Jacek Kalabiński: Lepiej. Właœnie szykuję się wrócić do pisania. Helena Łuczywo: Nie musisz. Właœnie dyskutowaliœmy tu w redakcji i zdecydowaliœmy, że „Gazeta” nie może ponosić ryzyka trzymania nieubezpieczonego korespondenta. Jacek Kalabiński: ?? Helena Łuczywo: Zaraz dostaniesz faksem zwolnienie. Widzisz, nie jesteœmy bezwzględnymi kapitalistami, tylko humanitarnymi demokratami, dlatego nie dzwoniliœmy do ciebie w lutym, kiedy gorzej się czułeœ. Jacek Kalabiński został pozbawiony pracy i poczucia bezpieczeństwa, gdy potrzebował go najbardziej. Helena Łuczywo usiłowała namówić Jacka do jak najszybszego powrotu do Warszawy, nie oferujšc żadnego konkretnego stanowiska w „Gazecie”. Powiedziała: „jak przyjedziesz, to pogadamy”. Była głucha na argumenty kontynuowania leczenia na miejscu, w Stanach. Na to, że rok szkolny naszej – wówczas 13-letniej – córki kończył się w czerwcu, że zlikwidowanie domu i przeprowadzka wymagajš czasu i sił. A Jacek był chory. Bardzo chory. Ale mimo to stale i dużo pracował. Inaczej nie potrafił. Z humanitarnš pomocš przyszła Jackowi „Rzeczpospolita” w osobach Maćka Łukasiewicza i Kazia Dziewanowskiego. Gdy umierał 24 lipca 1998, od trzech tygodni był na etacie w tym dzienniku. Umarł przed ekranem komputera z zaczętš korespondencjš. Przedtem nadał codziennš korespondencję do polskiej sekcji stacji BBC. O Jego profesjonalizmie mówi to, że w tej ostatniej korespondencji nie było słychać stojšcej przy Nim œmierci. Umarł 15 minut póŸniej. Miał 59 lat.
ródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL