Rozmowa "Rz"
Lech Kaczyński nie wystartuje
Znana socjolog Jadwiga Staniszkis mówi “Rz”, kto jej zdaniem zostanie prezydentem Polski. Ocenia też decyzje swoich kolegów po fachu o kandydowaniu do Parlamentu Europejskiego i wyjaśnia, dlaczego nie chciała przyjąć miejsca na liście Platformy Obywatelskiej
Rz: Pani koledzy po fachu startują w wyborach do europarlamentu. Pani nie miała ochoty? Dostała pani przecież propozycję z Platformy.
Jadwiga Staniszkis: Na propozycję, która padła właściwe w trybie medialnym, również odpowiedziałam w trybie medialnym: że chcę zachować niezależność. Równy dystans do PO i PiS. Po to, aby zachować wiarygodność słów, które będę wypowiadała o rzeczywistości w Polsce. Cenię to bardziej niż pracę w Brukseli.
I bardziej niż apanaże z tym związane?
Fajnie by było być i niezależnym, i mieć apanaże. Oczywiście, żartuję.
Jak pani ocenia decyzję swoich zawodowych kolegów, Marka Migalskiego, Leny Kolarskiej-Bobińskiej, Kazimierza Kika itd.?
Lepiej, jeśli do europarlamentu kandydatami są ludzie interesujący się sferą władzy czy Europy, jak Lena Kolarska, niż piosenkarki i sportowcy. Płacą jednak za to określoną cenę. Migalski, który był dotychczas nonkonformistyczny, musi być lojalny w stosunku do linii partyjnej nie przez siebie formułowanej. I co więcej: jego wiarygodność staje się ofiarą formy dyskursu politycznego, który jest w Polsce prowadzony.
W jakim sensie Migalski staje się ofiarą formy dyskursu politycznego?
Bo musi wejść w logikę międzypartyjnej walki, w której nie ma podzielonych racji. Jak na przykład w sprawie stoczni. Lepiej wyglądałaby dyskusja w tej sprawie, gdyby spotkał się Paweł Poncyliusz, który jako wiceminister prowadził ją w rządzie PiS, z obecnym ministrem skarbu Aleksandrem Gradem.
Zamiast spotu w stylu „Kolesie”?
Tak, bo obaj mówiliby wyborcom, co zrobili i jakie były ograniczenia zewnętrzne. Taka dyskusja nauczyłaby ludzi czegoś o Unii, o tym, czy wykorzystano nowe, związane z kryzysem, możliwości walki o stocznie. W takim zderzeniu przedstawiciele obu rządów, zarówno Kaczyńskiego, jak i Tuska, mogliby zaprezentować logikę działalności swoich partii. Poncyliusz moim zdaniem wypadłby lepiej. Byłaby to wartościowa część kampanii wyborczej. Znając Migalskiego, uważam, że on opowiadałby się za czymś takim, a nie za dorabianiem „wywalonego języka”.
„Wywalonego języka”?
Taki wywalony język króluje na winietce tygodnika „Nie”, jakby przyklejony do logo Platformy. Szkoda mi Migalskiego i jego wiedzy.
Ale Migalski nigdy chyba nie krył swoich propisowskich poglądów?
Mogłyby one jednak lepiej się wyrazić w takim filmiku, jakiego scenariusz opowiedziałam. Wyborcy otrzymaliby znacznie więcej wiedzy o Unii, niż w takim jednostronnym spocie jak „Kolesie”. Migalski mógł coś wnieść ze swojej wiedzy o złożoności sytuacji Polski. Stał się niestety więźniem politycznej polaryzacji i czarno-białego widzenia. Powrót do pozycji kogoś niezależnego będzie dla niego bardzo trudny. Dla mnie niezależność, niepartyjność, możliwość powiedzenia, że nie podoba mi się to czy tamto w jakiejś partii jest wartością naczelną.
A Kolarska-Bobińska? Starała się chyba ukrywać swoje poglądy.
Ona od lat interesowała się problematyką europejską, nie chcę oceniać, czy w dostatecznym stopniu zachowując dystans. Nie sądzę, by się interesowała w pracach swojego Instytutu na przykład kosztami zależności, w jakie weszły kraje postkomunistyczne po wyjściu z bloku postsowieckiego, co zrobił „The Ekonomist”. Jej analizy były przedłużeniem unijnego punktu widzenia. Na pewno niezręczne było, że ekspertyza o europosłach przygotowana przez Instytut Spraw Publicznych, gdy była jeszcze jego dyrektorem, ukazała się, gdy związała się już z PO jako kandydat. Przecież takiej ekspertyzy nie robi się w dwa tygodnie. Ale jest taka kategoria jak „socjolog publiczny”.
Socjolog publiczny?
To socjolog w służbie pewnej sprawy, broniący jednego punktu widzenia. Z kolei Magdalena Środa, która kandyduje do europarlamentu z listy lewicowej, jest filozofem publicznym. Jej poglądy silnie decydują o sposobie funkcjonowania. W tę rolę z założenia wpisana jest cenna stronniczości. Lena Kolarska jest osobą dobrze wbudowaną w europejskie klimaty. W jej wypadku utrata wiarygodności nie wchodzi w grę, bo jej decyzja o starcie do europarlamentu z PO jest wyraźną kontynuacją tego, co zawsze robiła.














