Samorządowa jazda bez trzymanki

aktualizacja: 30.05.2008, 01:15
Foto: Rzeczpospolita

Społeczeństwo obywatelskie w Polsce jest słabe i może nie udźwignąć zadań, które narzuci mu decentralizacja. Wyręczą je świetnie zorganizowane legalne i nielegalne lokalne grupy interesu – pisze politolog z Uniwersytetu Śląskiego

Oczywiście z radością należy powitać decentralizacyjne plany Platformy Obywatelskiej. Jest to ruch w odpowiednim kierunku, zgodny z ogólnoświatowymi tendencjami, które sprzyjają zasadzie subsydiarności, oddają jak największą część kompetencji obywatelom, umożliwiają realizację spontanicznej inicjatywy społecznej. W polskich warunkach któż inny jak nie partia sama siebie określająca w nazwie jako obywatelska winna dokonać tego typu dzieła? Nie oznacza to jednak, że do owej reformy autorstwa ministra Schetyny nie należy zgłosić uwag krytycznych.
Pierwsza wątpliwość jest natury ogólnej. Otóż PO chce przekazać samorządom jak największą ilość kompetencji, bez sprawdzenia, jak one sobie z nimi poradzą. Banałem, i to w dodatku fałszywym, jest teza, że na dole kontrola społeczna jest większa, a polityka bardziej przejrzysta. Pochodzę z prowincji i wiem, jak łatwo może dojść do zblatowania jednego dziennikarza lokalnej gazetki ze sprawującą władzę kliką, co na długie lata może skutecznie blokować kanały komunikacji społecznej, kontrolę obywatelską i możliwość alternacji władzy.
Rządzący są o wiele lepiej powstrzymywani przed nadużyciami i korupcją na szczeblu centralnym niż na poziomie lokalnym, właśnie przez funkcjonowanie spluralizowanych i konkurujących ze sobą ogólnopolskich mediów. Na szczeblu gminnym tego typu kontrola ze strony czwartej władzy jest fikcją.
Podobnie ma się sprawa z działalnością partii politycznych. Cokolwiek krytycznego byśmy o nich napisali, to ich konkurencja sprzyja wzajemnej kontroli. Jeśli coś ohydnego wykombinuje PO, zaraz będzie to wychwycone i skontrowane przez PiS czy SLD, i odwrotnie. Ale tego typu mechanizm nie działa na poziomie niższym niż wojewódzki. Partie są słabo zakorzenione w powiatach i gminach i tam nie stanowią dla siebie śmiertelnej, ale pożytecznej dla demokracji przeciwwagi. Ich słabość na najniższym poziomie umożliwia powstawanie lokalnych klik, dla których przynależność ideowa nie jest istotna.
Platforma chce przerzucić ogrom zadań i kompetencji na barki społeczności lokalnych, nie uwzględniając, że częstokroć są one do tego nieprzygotowane. Wszelkie badania funkcjonowania społeczeństwa obywatelskiego w naszym kraju wskazują na jego rachityczność. Czy zastosujemy mierniki zaproponowane przez Roberta Putnama, Francisa Fukuyamę, czy po prostu zmierzymy podstawowe wskaźniki owej obywatelskości (to znaczy frekwencję w elekcjach lokalnych oraz liczbę stowarzyszeń działających na danym terenie), dojdziemy do smutnej konstatacji, że w Polsce mamy do czynienia ze społeczeństwem obywatelskim w rudymentarnej formie.
Słynny tocqueville’owski asocjacjonizm nie jest znany naszym rodakom, frekwencja w wyborach samorządowych jest znacząco niższa niż udział w elekcjach parlamentarnych (i tak niższy niż w Europie Środkowej i Wschodniej o około 20 proc., nie mówiąc już o Europie Zachodniej). Ponad 90 proc. referendów lokalnych jest nieważne, bowiem do urn nie fatyguje się wymagane co najmniej 30 proc. wyborców.
Przy tak słabym społeczeństwie obywatelskim przerzucenie na nie ciężaru przekraczającego jego możliwości może się zakończyć tragicznie, bowiem jeśli ono nie podoła nowym zadaniom, to jego kompetencje i, co ważniejsze, środki finansowe przejmą inne podmioty. Natura nie znosi próżni, natura polityczna także. Jeśli nowym zadaniom nie da rady niezorganizowane społeczeństwo obywatelskie, to istnieje groźba, że wyręczą je świetnie zorganizowane lokalne grupy interesu – te oficjalne i nieoficjalne, legalne i nielegalne.
Wyobrażenie o tym, że Polska prowincjonalna, lokalna jest krainą łagodności, szczęśliwości i sąsiedzkiej kooperacji, jest ułudą. Polska to także Olsztyn pod rządami tamtejszego buhaja, Starachowice, gdzie przez lata kooperowali ze sobą bandyci i politycy, Opole, w którym doszło do kręcenia lodów wszystkich ze wszystkimi. Arkadyjska wizja polskiego społeczeństwa, które aktywnie działa na niwie publicznej, chętnie angażuje się w trzecim sektorze, skutecznie kontroluje swoich przywódców, spontanicznie angażuje się w lokalne inicjatywy, jest utopią.
Polska to także Olsztyn pod rządami tamtejszego buhaja, Starachowice, w których kooperowali politycy z bandytami, i Opole,gdzie lody kręcili wszyscy ze wszystkimi
Jesteśmy na początku procesu formowania tego typu społeczeństwa obywatelskiego i dobrze by było, żeby rządzący – projektując plany decentralizacji naszego państwa – mieli tego świadomość. To trochę tak jak z jazdą na rowerze. Nie można się tego nauczyć tylko teoretycznie, należy zacząć jeździć, bo inaczej się nie da. Ale odpowiedzialny rodzic przez pewien czas będzie biegał za swoim malcem, trzymając go za wbity w rowerek badyl. Na początku tego typu zabieg wydaje się konieczny. I takie porównanie nie świadczy o paternalistycznych i autorytarnych ciągotkach autora, ale o zwykłej trosce o efekt tej jazdy bez trzymanki.
Ktoś nieuwzględniający tego efektu praktykowania i uczenia się przejmowania na siebie odpowiedzialności za własny los popełniać będzie grzech pychy i nieodpowiedzialności. Banały o tym, że ludzie sami wiedzą, co jest dla nich dobre, że sami potrafią się rządzić, że ograniczanie ich w tym dziele jest wyrazem zamordyzmu i niezrozumienia współczesnego świata, nic nie pomogą. To swoisty paradoks, ale rolą rządzących jest pomaganie społeczeństwu w stawaniu się prawdziwie samorządnym.
Drugą uwagą krytyczną wobec planów PO i PSL jest to, że cała operacja przekazywania kompetencji administracji centralnej samorządom może być w istocie przekazywaniem jej… samym sobie. Bo hasło Donalda Tuska o tym, że jego rząd doszedł do władzy po to, by oddać ją ludziom, można by skwitować cierpkim stwierdzeniem, że jednak chyba chodzi o ludzi z PO i PSL. Dlaczego? Najwięcej, bo ponad 5 tysięcy radnych wszystkich szczebli ma w naszym kraju PSL. Potem długo, długo nic i po ok. 3 tysiące mają PiS i PO.
Przez ostatnie pół roku Tusk i jego ludzie robili wszystko, by przejąć władzę we wszystkich sejmikach wojewódzkich i to im się udało. W tym celu Platforma zrywała koalicje z PiS, by móc samodzielnie lub z PSL, SLD lub nawet Samoobroną rządzić w całej Polsce na poziomie wojewódzkim. Klasycznym przykładem tego typu zabiegów było rozbicie koalicji z PiS i PSL w województwie śląskim. Dziś Platforma rządzi tu z PSL, SLD i pogrobowcami partii Marka Jurka! Byle nie rządzić z PiS, byle być głównym rozgrywającym i kontrolującym władzę na poziomie wojewódzkim.
I obecnie, gdy politycy PO i PSL mówią o przekazaniu władzy, kompetencji i pieniędzy na dół, do ludzi, dokonywać będą tego transferu zadań i środków… do samych siebie, do swych kolegów w regionach. W deklaracjach brzmi to bardzo dobrze, ale faktycznie cała ta operacja może w efekcie być jedynie dzieleniem tortu na rodzinnej imprezie. Wszyscy się posilą, a społeczeństwu przekaże się fantastycznie brzmiący komunikat o pierwszym gabinecie, który pozbawił się znaczącej części swych kompetencji. Nie powie się jedynie tego, że owe kompetencje i związane z tym frukta zostaną przekazane swoim koleżkom w regionach.
A jeśliby się jeszcze przy tej okazji udało podporządkować, jak chce tego PO, lokalne ośrodki publicznego radia i telewizji sejmikom wojewódzkim, sukces byłby pełny. Już nikt nigdy nie dowiedziałby się, kto z kim walczy na prowincji o to, co spadło z pańskiego, to znaczy rządowego, stołu. Zapanowałby wówczas tak oczekiwany spokój w całym kraju, bo koalicja PO i PSL opanowałaby władzę na wszelkich poziomach. Potem wystarczyłoby tylko zastąpić tego strasznego Kaczyńskiego na fotelu prezydenta kimś z Platformy i naród mógłby wreszcie zasnąć.
Reforma decentralizacyjna jest potrzebna. Należy znaleźć sposoby, by przekazując na niższe szczeble samorządu terytorialnego coraz większe kompetencje i pieniądze, pobudzać aktywność społeczną na poziomie lokalnym. Ale należy to robić bardzo ostrożnie i nie w interesie jednej czy dwóch partii, ale w interesie ogółu społeczeństwa. Od szczegółów reformy zaproponowanych przez ministra Grzegorza Schetynę zależeć będzie, czy ocenimy w przyszłości jego plany jako zmierzające do wzmocnienia społeczeństwa obywatelskiego i usprawnienia rządzenia państwem, czy jako ostateczny akord walki i pełnię władzy w Polsce.
Cała władza w ręce lokalnych sitw
Decentralizacja silne państwo zamienia w jeszcze silniejsze, słabe zaś w jeszcze słabsze
23 maja 2008
Z której strony psuje się ryba
Niemożność rozbicia sitw lokalnych wiąże się z poparciem, jakiego udzielają im kliki w centrum
28 maja 2008

POLECAMY

KOMENTARZE