W sieci opinii

Telewizja debatę ci opowie

Anna Kozicka–Kołaczkowska
archiwum prywatne
I u mnie „proces przekonywania się do danych poglądów nie nastąpił”
„Miś koala odwiedził szpital w Australii" – ta energetyczna wieść gościła na portalu TVP Info w poranek po debacie kandydatów na prezydenta. Tak łatwo znużyć i przepalić zwoje mózgowe publiki. Nie dziw, że transmisję debaty uznano w tej stacji za zbyteczną. Wspaniałomyślnie za to, w kątku studia, w którym rzecz się rozgrywała, postawiono panią, która opowiedziała własnymi słowami o tym, co dzieje się pośrodku. Metoda to zacna, sprawdzona podczas wielu bezpośrednich relacji TVP Info z patriotycznych, obywatelskich okazji.
Przez wiele godzin zasilają wówczas studio tęgie, uniwersyteckie głowy, a na maciupeńkim podglądzie w kącie ekranu, w kłębach dymu z rac rzucanych przez niezidentyfikowanych prowokatorów, majaczą złowieszcze, kibolskie sylwetki, lub też sam, rozpalający wyobraźnię dym. Utrzymywanie wrażenia w trakcie godzin trwania pochodu, że tłum liczy zaledwie kilka setek wymaga wprawdzie reporterów najwyższej klasy, ale przy profesorskiej stawce oddelegowanej do oświecania ludu w telewizji, to jednak pikuś. Jaki bowiem winien być wymarzony widz, taki i dla niego profesor. A nie każdy profesor na taki deal poleci. „POWIEM TAK" – zaczął, tym razem, profesor Maciej Mrozowski ( „Panorama dnia", 5.05.2015 ) swą opowieść o debacie kandydatów na prezydenta.„Powiem tak" – jest ulubioną figurą retoryczną mas, które muszą dać sobie czas do rozruchu centrum myślenia, zamiast od razu mówić z sensem. „ Metaforę klocków lego zastosuję!" – po raz wtóry z pompą zapowiedział profesor. „To mogło nieźle NAMIESZAĆ W GŁOWACH" – ciągnął kolokwialną narrację o debacie, którą przed chwilą, łaskawie, acz z mocy prawa i jednorazowo uraczono cały naród w Jedynce. „I CZSZEBA się zabawić w TĄ, niestety, zabawę i sobie ułożyć prezydenta!" – spuentował swój wywód przebiegle. W rzeczy samej, sporą wyrozumiałością muszą się szczycić studenci niektórych profesorów, bo to i fonetyka specyficzna, i gramatyka, i stylistyka myśli głębokich - całe to oratorskie i politologiczne chałupnictwo może zaskoczyć. Było nie było, mowa o poziomie uniwersyteckim.
Dyskutantów telewizyjnego jury z mety połączył niesmak z powodu zbyt licznej grupy konkurentów do prezydenckiego urzędu. Wzmiankowany profesor otwarcie ujął problem dostępu do żyrandola: „Sto tysięcy zebrać nie jest tak trudno, jak się okazuje i gdybyśmy krzewili taką ideę demokracji ludowej, powiedzmy w CUDZYSŁOWIU ( : ))), no to w następnych wyborach będziemy mieli dwadzieścia kandydatów, prawda?". Pani Grodzka, której łyda w zgrabnej szpileczce powinęła się na tym pierwszym kroczku w kierunku żyrandola, spiekła na owo dictum zapewne panieńskiego raczka. Odkąd w eseldowskie plecy przystrojono Ogórek, mimo niezwykłej na żyrandol chętki Kalisza i jego, równego Grodzkiej, półwiecznego, partyjniackiego stażu, marzenia o uciułaniu stu tysięcy podpisów musiał pożegnać także ten stary wyga. Na podstawie roboczych doświadczeń z pasjonatami występów publicznych ze swej strony zapewniam, że znam osoby wyposażone szczodrze w przymioty stanowiące prezydenta z tym, iż nie są one w stanie zebrać na piśmie choćby stu głosów poparcia społecznego. Niejeden przebojowy ambicjoner nie dostąpił honoru ubiegania się o funkcję radnego, gdyż nie potrafił skłonić do zdeklarowania się czarno na białym, z peselem i adresem, dwudziestu pięciu ziomków. Spróbuj sam poprosić o podpis, a przekonasz się, jakie to łatwe! Poddanie takiemu testowi każdego politologa - gawędziarza byłoby dobrą szkołą ich szacunku dla zdobywców aż stu tysięcy zweryfikowanych podpisów. Spełnienie tego warunku rejestracji kandydata nie jest amatorskim hobby, lecz morderczą pracą dużego środowiska ludzi biegłych, oddanych, gotowych do poświęceń i różnorakich świadczeń, nie bez udziału mniejszej lub większej, ale zawsze poważnej gotówki. Zrozumiałe jest, że zarówno idol rocka, jak i etatowy, skandalizujący dziesiątkami lat outsider sceny politycznej mają w tej mierze sytuację o kilka nieb łatwiejszą. Dla osób autentycznie „prywatnych" wymóg przedłożenia stu tysięcy podpisów jest progiem zwyczajnie zaporowym i niesłychanie miarodajnym sprawdzianem politycznych kompetencji. Z profesorskiej ironii zawartej w słowach: „gdybyśmy krzewili taką ideę demokracji ludowej, w cudzysłowiu" itd..., można jednak wnosić, że czeka nas krzewienie jeszcze wyższych progów dla ludu, który bezczelnie pnie się na państwowe urzędy. Tym bardziej zatem, ów niefortunny, profesorski cudzysłów „demokracji ludowej", nie uszlachetnia warunków politologicznego dyskursu. Inteligencja polska mówi „w cudzysłowie", zostawiając frazę „w cudzysłowiu" ludowi nieuczonemu. „Ja bym powiedział JAKBY ta metafora klocków może JES dobra, ale ja bym powiedział, że to był straszny chaos. I jakby patrzeć na poziom wypowiedzi kandydatów, to rodzi się takie uczucie smutku, TAAK?, że mamy, TAAK? YY..., słaby wybór. Więc, YYYY..., ta debata, YYYY..., JES...MOO... przeze mnie oceniania dosyć negatywnie. EEE... jeżeli chodzi OO...właśnie o wyróżnienie jakichś kandydatów, to owszem, byli JAKBY kandydaci dobrze przygotowani, na przykład Andrzej Duda, byli TACY, którzy naturalnie dobrze wypadają, CZYLI PALIKOT..." – a to już dziesiątki sekund chaosu ekspertyzy dr Norberta Maliszewskiego w roli speca „marketingu politycznego", którego kompetencje komunikacji językowej wzbudzają smutek o wiele głębszy, niż kwalifikacje uczestników debaty, wyłączając, naturalnie, tachylaliczny bełkot Mikkego do osobnej kategorii. „Jęki myślenia" – owe YYY..., EEE... i inne natręctwa językowe Maliszewskiego ( TAAK?, niezliczone „tak jakby") są szczególnie zabawne w kontekście ocenianych przezeń wystąpień dziesięciu twardzieli, którzy stanęli w szranki sztywnych ram czasowych debaty i w większości dali popis zdumiewającej, zdyscyplinowanej swady, z sukcesem stawiając czoła legendarnemu krasomówstwu Brauna i błyskotliwości Dudy. Trzy razy po dwie minuty szansy na utrwalenie nazwisk i twarzy, szczególnie tych po raz pierwszy wynurzonych z niebytu, było kryterium morderczym, jak na walkę w grze dziesięciu o jedno krzesło. Tym zabawniejszy był zawód jury, które pospołu z hejterską gawiedzią liczyło na widowiskową naparzankę. Jury ględzących mędrców z nadania TVP Info wszystkie prezentacje, programy oraz polemiki plus przytomne odpowiedzi na zadane pytania życzyło sobie koniecznie zmieścić w trzech mikrorundkach i zdaniu końcowym. „Ta debata na ogół jest skierowana, YYY..., do OSÓB niezdecydowanych i ONI, JAK GDYBY, mogli POCZCZAS tej debaty, EEE..., przekonywać się do poglądów danego kandydata i taki proces nie nastąpił" – wykręcał Maliszewski. Wiara w bezgraniczną głupotę ludu bowiem w tutejszej politologii nie umiera. Agencje informacyjne ochoczo puściły w świat diagnozę telewizyjnego towarzystwa, że górą był jednak rucherski plankton z reklamą stalinowsko- marksistowsko - błazeńskiego „postępu". I u mnie zatem także „proces przekonywania się do poglądów nie nastąpił". Proces przekonywania się do poglądów danych autorów telewizyjnych opowieści, ma się rozumieć.
Źródło: W Sieci Opinii

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL