W sieci opinii

Wstydliwa prawda rodzima - felieton Stanisława Remuszki

Stanisław Remuszko
Fotorzepa
W maju 1986 roku dzieci grając w chowanego recytowały nową wyliczankę: „Baju, baju, dylu, dylu, coś wybuchło w Czarnobylu. Jest to bomba atomowa Michaiła Gorbaczowa. Raz, dwa, trzy, kryjesz ty"...

Niestety, zabawę w chowanego, polegającą na ukrywaniu przed społeczeństwem wiadomości o grożącym milionom ludzi śmiertelnym niebezpieczeństwie, uprawiały wówczas – jak najbardziej serio – władze Związku Radzieckiego i jego wasali, w tym najwyższe kierownictwo PRL. Wskutek katastrofy czarnobylskiej elektrowni "bezpośrednio" zginęło kilkadziesiąt osób. Prawdopodobnie kilkaset zmarło w ciągu kilku następnych lat. Ponoć tysiące nadal chorują. Dokładnej liczby ofiar - obywateli dzisiejszej Ukrainy i Białorusi - nikt nie zna.

To, że ta straszna tragedia praktycznie ominęła Polskę, graniczy z cudem. Tym bardziej, że zawinili ludzie służbowo odpowiedzialni za radiologiczną ochronę naszego kraju. Ludzie ci do dziś nie ponieśli za to żadnej odpowiedzialności!

Oto gołe fakty. Równiutkie dwadzieścia dziewięć lat temu, w sobotę 26 kwietnia 1986, o godzinie 1:23, w czarnobylskiej elektrowni atomowej nastąpił wybuch. Pierwsza fala skażonego powietrza napłynęła nad Polskę w nocy z niedzieli 27 na poniedziałek 28 kwietnia. Tego dnia około godziny 12 w południe kierownik Zakładu Higieny Radiacyjnej w Centralnym Laboratorium Ochrony Radiologicznej (CLOR) profesor Zbigniew Jaworowski dzwoni do prezesa Państwowej Agencji Atomistyki Mieczysława Sowińskiego i mówi (cytuję za „Gazetą Wyborczą"): „We wschodniej i północnej części kraju i w Warszawie jest ogromne skażenie radioaktywne atmosfery i terenu. Może to być wybuch broni jądrowej, wypadek, sabotaż, wojna albo awaria reaktora". Ale prezesa PAA to nie rusza. „Kontynuujcie pomiary i niech pan mnie informuje o wynikach" – odpowiedział.

Co w tym stanie rzeczy robi profesor Jaworowski - człowiek uczony i dorosły, specjalnie kształcony w reagowaniu na kataklizmy i świadomy śmiertelnego zagrożenia (...wybuch jądrowy, wojna, sabotaż, awaria reaktora...), które zawisło nad jego Ojczyzną? Nic. Jak to nic? Ano tak to. Jak konkluduje sławny raport tzw. Komisji Wierusza, powołanej w 1990 roku dla zbadania przebiegu wydarzeń bezpośrednio po czarnobylskiej katastrofie: „W poniedziałek 28 kwietnia 1986 od godzin porannych do godziny 19.00 Państwowa Agencja Atomistyki NIE FUNKCJONOWAŁA... Wbrew ustawowemu obowiązkowi nie zawiadomiono ani MSW, ani MON, ani lokalnych organów administracji państwowej... Nie zadziałały istniejące mechanizmy ochrony środowiska przed nadzwyczajnymi zagrożeniami. Nie zadziałały, bo nie przekazano informacji potrzebnych do ich uruchomienia"...

W głowie się nie mieści, ale przez ten calutki poniedziałek nikt z osób zdających sobie sprawę z powagi sytuacji nawet nie próbował zadzwonić do czuwających całą dobę (w PRL też!) oficerów dyżurnych MSW i MON, do komend milicji czy straży pożarnej, do szefostwa obrony cywilnej kraju, do inspekcji sanitarnej, do kogokolwiek.... Dlaczego? Nie wiadomo do dziś.

Art. 144 ówczesnego kodeksu karnego głosił: „Kto, wbrew szczególnemu obowiązkowi, nie przedsiębierze działania mającego na celu zapobieżenie niebezpieczeństwu powszechnemu dla życia lub zdrowia ludzkiego, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat". Z tego, co wiem, żadnej karnej, ani w ogóle żadnej prawnej odpowiedzialności za swą postawę w tamten feralny poniedziałek nie poniosło zarówno ówczesne kierownictwo Państwowej Agencji Atomistyki, jak i szefowie Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Konkretni ludzie, którzy nie zrobili tego, co do nich elementarnie należało.

Z detalami pisałem o tym w dwóch książkach i kilka razy w gazetach. Jak grochem o ścianę. Może okoliczności tej oczywistej komunistycznej zbrodni sprzed 29 lat spróbowałby wyjaśnić przynajmniej IPN?

Masz pytanie do autora? remuszko@gmail.com

Źródło: W Sieci Opinii

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL