Plus Minus

Nominacje do Nagrody Literackiej M.St. Warszawy

Plus Minus
Przedstawiamy najlepsze książki ubiegłego roku nominowane do Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Nazwiska laureatów tego prestiżowego wyróżnienia, którego historia sięga czasów przedwojennych, poznamy 24 kwietnia.

Alicja w czasach Auschwitz



W jakimś sensie „Szum" Magdaleny Tulli przypomina „Alicję w krainie czarów", tyle że zamiast królika przewodnikiem bohaterki jest lis, który prowadzi ją nie na spotkanie z królową, tylko z esesmanem. Choć to skojarzenie na pozór wydaje się odległe, a może i absurdalne, to zapewniam, że jeśli głębiej się nad tym zastanowić, w obu książkach idzie o to samo. O wyobraźnię dziecka i dziecięce traumy. W przypadku Tulli są one jednak związane ze straszliwą wojenną przeszłością.

Nie potrafię wskazać w polskiej literaturze książki, która lepiej pokazywałaby cierpienie niezrozumianego, wręcz odrzuconego, dziecka. Dziewczynka, którą pisarka obdarzyła swoją biografią (np. włoskim pochodzeniem), jest córką więźniarki obozu koncentracyjnego. Problem w tym, że przeżycia okresu wojny zupełnie pozbawiły dorosłą kobietę uczuć. Nie jest w stanie dać swojemu dziecku nie tylko miłości, ale nawet obdarzyć go uwagą. W jakiś sposób opisana przez Tulli historia przywodzi na myśl „Kadisz za nienarodzone dziecko" węgierskiego noblisty Imre Kertesza, który przeżył Auschwitz i poświęcił swoją książkę rozważaniom nad tym, dlaczego nie powinien powoływać na świat kolejnego istnienia. Konsekwencje cierpienia pokolenia wojennego dziedziczy bowiem kolejna generacja.

Mała bohaterka, dziecko niezwykle wrażliwe, kompletnie nie radzi sobie w życiu: ma kłopoty w szkole, jest odrzucana przez otoczenie, a w dorosłym życiu nie potrafi utrzymać żadnej relacji. W jakimś sensie – podobnie jak nieszczęśliwa matka – wciąż żyje przeszłością, tyle że tą dotyczącą swojej rodziny. Nawet to, że rozstaje się z mężem, wiąże się z brakiem akceptacji ze strony matki. Ale od czego jest wyobraźnia? Dziecko zaczyna kreować świat, w którym jej duchowym przewodnikiem staje się lis objaśniający jej naturę rzeczy i podpowiadający, jak postępować. Problem w tym, że musi on w końcu zniknąć wraz z obumieraniem wewnętrznego dziecka w bohaterce. Co wtedy?

Gdyby nie fakt, że Magdalena Tulli nie daje po temu argumentów (żadne motywy religijne się w „Szumie" nie pojawiają), można by powiedzieć, że przesłanie jej książki jest głęboko chrześcijańskie. Otóż bohaterka bierze na siebie krzyż cierpienia swojej matki, kiedy ta zapada na nieuleczalną chorobę (sądząc po opisie, mamy do czynienia z alzheimerem). Trudno tu mówić o pojednaniu, ale pojawia się zrozumienie i bliskość w stosunku do matki, której dziewczynce przez całe życie brakowało. Czy można powiedzieć, że to zamyka przeszłość? Że zaklęty krąg cierpienia przekazywanego z pokolenia na pokolenie został przerwany? Taki wniosek byłby chyba zbyt śmiały. Ale mimo wszystko historia opisana w „Szumie" daje jakąś nadzieję. Odrobinę nadziei.

Piekło woli

Pierwsze oddziały od dowództwem Heinza Reinefartha wkroczyły na Wolę w sobotę 5 sierpnia, około 10 rano. Żołnierze Wehrmachtu, oddziały Dirlewangera, batalion policyjny posuwali się bez obaw, w szyku nieubezpieczonym: wchodzili do ubogiej, cywilnej dzielnicy, pierwsze barykady znajdowały się o kilka kilometrów w głąb miasta. Około 10.30 rozpoczyna się dramat, który trudno opisać, przyswoić, streścić. Wielbiciele Boscha zwracają uwagę, że niderlandzki mistrz więcej miał inwencji w malowaniu piekielnych mąk niż uciech raju; obdarzeni wyobraźnią teolodzy zwracają uwagę, że jedną z cech piekła może być mechaniczna powtarzalność. W opisie masakry ludności cywilnej, jaka dokonywała się na Woli do połowy sierpnia i której ofiarą padło kilkadziesiąt tysięcy osób, mamy do czynienia z jednym i z drugim: sadystyczną inwencją oraz monotonią. Niemowlaki wrzucane za włosy w ogień; rodzice rozstrzeliwani na oczach dzieci; ludzie uciekający boso po rozżarzonych, żeliwnych rusztowaniach; kolby, bagnety, benzyna i gąsienice czołgów jako skuteczne narzędzia mordu. A na sąsiedniej stronie znów: cięcie bagnetu od brzucha do szyi, ciało na ruszcie schodów, niedbała seria, po której kona się godzinami. Wolska 151, Wolska 122, fabryka Kamińskiego, klasztor karmelitanek – i bezimienne, drewniane czynszówki. Frazy „rzeź Woli" po raz pierwszy użył płk „Radosław" w meldunku przekazanym dowództwu powstania w nocy z 5 na 6 sierpnia, odruchowo nawiązując do rzezi Pragi z czasów Kościuszki. O masakrze dokonanej przez żołdaków Suworowa pamiętano, jak wiemy, z „Pana Tadeusza", na dalekiej Litwie, a zbrodnia na Woli pozostaje niemal nieznana. Piotr Gursztyn przypomina w swojej książce trud pierwszych kronikarzy masakry i powojenne lata, kiedy wydobywane na Woli popioły ludzkie ważono w tonach. Potem jednak, w apogeum stalinizmu, przez kilka lat o wszystkim, co związane z powstaniem, milczano. Niemcy Zachodnie nie kwapiły się z wydawaniem podejrzanych. Być może błąd popełnili również prokuratorzy polscy, nie wyodrębniając masakry Woli z rozliczenia wszystkich zbrodni popełnionych przez Niemców? Żywe też było w latach 60. i 70. przekonanie, które tak często nas zwodzi: że to, co się stało, jest pamiętane przez wszystkich. Dziś już nie jest: na skrawku terenu między Górczewską a torami kolejowymi, gdzie zamordowano 12 tysięcy ludzi, stanął salon samochodowy. Jego właściciel raczej nie sięgnie po „Rzeź Woli" Piotra Gursztyna. Ale może zrobią to inni. —Wojciech Stanisławski

Poeta szuka tożsamości

Twórczość Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego stanowi ważny punkt na mapie polskiej poezji współczesnej. Barokowe rekwizytorium, charakterystyczne powtórzenia, powracające motywy ciała, choroby i bezdomności, a także ironia i specyficzne poczucie humoru sprawiają, że autor „Piosenki o zależnościach i uzależnieniach" to poeta oryginalny i – by tak rzec – nie do podrobienia. Jego wiersz jest czymś w rodzaju notatki, która bezpośrednio nawiązuje do notatek poprzednich i stanowi punkt wyjścia następnych. Wśród najchętniej podejmowanych przez niego tematów na plan pierwszy wysuwa się tożsamość. Tożsamość cielesna, psychiczna, seksualna, narodowa i kulturowa.

„Kochanka Norwida" to opowieść o rodzinie, której losy w tragiczny sposób splatają się z historią XX-wiecznej Polski. Obraz pogrążonego w ciemnościach domu łączy się ze wspomnieniami o matce. Matce wywlekanej z wiejskiej izby i deportowanej na sowiecką Ukrainę, matce w bydlęcym wagonie, matce dokonującej samookaleczenia. Poeta przywołuje Wólkę Krowicką, w której się urodził i dorastał, wymienia nazwy znanych sobie miejsc, opisuje codzienne życie na styku kultury polskiej i ukraińskiej. Pojawiają się też znane z poprzednich książek nazwiska Argasińskich i Ilnickich. Poezja okazuje się przestrzenią, w której można się zderzyć z traumą, zadać pytanie o swoje miejsce w świecie.

Bolesne wspomnienia z dzieciństwa to niejedyny wątek, na który warto zwrócić uwagę. Od opisu rodzinnej wsi poeta płynnie przechodzi do wydarzeń z późniejszych okresów życia. Przywołuje studia na lubelskiej polonistyce, wspomina, jak grzeszył w kabinach toaletowych, podejmuje temat choroby psychicznej. Bohater wydaje się w ciągłym ruchu, czego dowodem są choćby jego alternatywne osobowości: Konrad Bełski, Lucjusz Polański, Marcin Krowicki. W jednym z wierszy wyznaje: „zamienię siebie na ciebie/ i ciebie na siebie niczego wszak/ nie obiecując i nie osiągając ale najpierw/ poproś mnie o wszystko co mam/ ale najpierw (zanim/ dziabniesz) poproś o wiersze".

Nowy tom wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego to książka wielowątkowa, w której teoretycznie odległe od siebie tematy tworzą harmonijną, polifoniczną całość. Poeta w mistrzowski sposób łączy powagę z zabawą, a to, co wysokie, z tym, co niskie. Bo przecież poezja jest po to, „by ni stąd/ ni zowąd najlepiej w niedzielę/ narobić wielkiego huku".

Źródło: Plus Minus

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL