Publicystyka

Leszek Moczulski: Putin nie jest demiurgiem

Leszek Moczulski
Fotorzepa/ Michał Walczak
Ukraińcy okazali się najbardziej dynamicznym narodem w Europie początków XXI wieku. Rosjanie przyglądali się tylko ich zmaganiom, co najwyżej klaszcząc własnemu przywódcy – pisze historyk i publicysta.

Czytam gazety, patrzę na telewizję; dziennikarskie tuzy, uznani eksperci i przywołani do tablicy politycy zastanawiają się głośno, co uczyni Władimir Putin. Rok temu, przypomnę, przedmiotem domysłów były plany Wiktora Janukowycza. Czy ten zręczny mąż stanu, tak umiejętnie lawirujący pomiędzy Kremlem a UE, ostatecznie wybrał już Unię Eurazjatycką, czy też chowa w zanadrzu kartę, która – mimo problemów ekonomicznych Ukrainy, pozwoli mu rozwinąć związki z Europą?

Przymus, a nie wybór

Ludzie marzli wówczas na Majdanie, tegoroczna zima jest zdecydowanie cieplejsza – i nastąpiła eskalacja personalna: teraz Putin wyjaśnia, że kłopoty gospodarcze, choć wprawdzie drobne, mogą potrwać i dwa lata. Nie przeszkadza to przecież w uroczystym proklamowaniu Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej. Liczy się sukces, a nie brak Ukrainy. Wybitny przywódca Świętej Rosji, panujący na jednej szóstej powierzchni lądów Ziemi (włączając obszary utracone przejściowo), wiosną podjął fundamentalną decyzję. Przynajmniej tak usłyszałem w elektronicznym medium. Zakończył rekonstrukcję supermocarstwowości, nadszedł czas, aby spektakularnie ujawnić ją przed światem. Jednym ruchem zagarnął Krym, a teraz ma do wyboru... Point de reveries, Messieurs! Hola, hola – moje panie i panowie! Putin nie wybiera; Putin musi. Politycy, ci z prawdziwego zdarzenia, nie są demiurgami, od których rozumu i woli zależą losy narodów. Działają w wąskich korytarzach, które im nieustannie tworzą i zamykają zmienne relacje sił. Najprzeróżniejszych, o własnych mechanizmach, często ujawniających się dramatycznie, na ogół prawie niewidocznych. Jeśli przywódcy państw potrafią, choćby intuicyjnie, odczytać procesy, przebiegające przez najbliższą przyszłość, mogą uzyskać niemało – i to na ogół wystarcza, aby zapisać się w historii. Ale pod jednym warunkiem: że kierują państwami, dysponującymi dostatecznym potencjałem mocy. Najpierw parę pytań.

Czy Rosja jest supermocarstwem? Czy ZSRR był supermocarstwem? Nie cofając się zbyt daleko w przeszłość, skonkretyzujmy: w latach 70. ZSRR był supermocarstwem militarnym. Ale nie był supermocarstwem ekonomicznym, a przestawał być supermocarstwem demograficznym. Górował nad innymi obszarem, lecz w połowie była to wieczna marzłoć i piaszczyste pustynie. Aby utrzymać swą wybujałą rangę międzynarodową, skupił wysiłek na zbrojeniach - i to doprowadziło go do zguby. Czym więc był? Na pewno jednym z biegunów polityki światowej. Mowa o takiej potędze, która ma zdolność przyciągania innych.

Nie jest to zjawisko występujące zawsze. USA przyciągały gwarancjami bezpieczeństwa, zamożnością i wolnościami obywatelskimi; ZSRR przymusem militarnym i mesjanistyczną doktryną przyszłej szczęśliwości. Ale to w tamtej dekadzie załamał się system dwubiegunowy. Wyrósł trzeci: Chiny – dysponujące największym na świecie zasobem energii społecznej i zmodernizowaną teorią Marksa - ciągle atrakcyjną, przynajmniej w krajach Trzeciego Świata oraz na paryskich uniwersytetach. Symbolem przemiany geopolitycznej stał się luty 1972 r. i szanghajskie porozumienie Richarda Nixona z Mao.

Ćwierć wieku później zapytałem Henry'ego Kissingera, czy uważał, że warto przegrać wojnę w Wietnamie, aby pozyskać Chiny? Popatrzył na mnie - i zaczął mówić o czymś innym. Pytanie było trochę niewłaściwe, pomysł i decyzja należały do Nixona, jakby nie było najwybitniejszego – i najbardziej przegranego od czasów Wilsona prezydenta USA. Kissinger jako jego doradca i sekretarz stanu był raczej rzecznikiem odnowy Świętego Przymierza – również potrójnego. Ale ZSRR był już za słaby i jeszcze zbyt ambitny, by podjąć taką ratującą koncepcję.

Zaczęły się schody

Dziś nie ma bieguna; jest jedno supermocarstwo globalne, lecz dalece nie starcza mu potencjału, aby kontrolować świat. Rosja z grubsza i nie w pełni zachowała potencjał militarny sprzed ponad dwudziestu lat, choć jego najważniejsza, nuklearna część jest obecnie mało przydatna. Zapłaciła wszystkim innym, ale zwłaszcza gospodarką, rozbitą, rozkradzioną, roztrwonioną. Pozostały wielkie surowce, trochę zbrojeniówki i powszechne braki. Przestała być biegunem; jej siła przyciągająca nie ogarnia nawet całości byłego ZSRR.

Putin pręży wolę, by odwrócić „największą katastrofę geopolityczną Europy XX wieku" (znam, co najmniej, trzy większe). Wrócił na drogę tradycyjną, a zatem jedyną: zbierania utraconych ziem. Najważniejszą z nich jest Ukraina. Jej, oraz krajów bałtyckich zagarnięcie w XVIII wieku pozwoliło zbudować mocarstwowość rosyjską i wprowadzić ją do Europy. Bez Ukrainy niemożliwa jest powtórka. Tyle, tego Putina nauczono.

Przypomnijmy wydarzenia. Celem życia Janukowycza stało się wygranie przyszłych wyborów. Zależało to od Putina – i tak droga do imperium Eurazji została otwarta. Na chwilę, bo zaczęły się schody. Sprzeciwił się Euromajdan. Pierwsza nadzieja: mróz ich przepędzi. Druga: właściwe organa siłą przywrócą porządek. Ale gdy zaczęła lać się krew, 36 godzin wystarczyło na całkowitą zmianę władzy. Taki przewrót – Rosjanie znają to z własnych doświadczeń – powinien otworzyć długi okres kompletnego bezhołowia. Trzeba więc pobudzić konflikty wewnętrzne, Charków rzucić na Lwów, Zaporoże na Kijów, ukazać bezsiłę euromajdańskich uzurpatorów. „Zielone ludziki" na Krymie to nie odzyskiwanie utraconej prowincji, tylko sygnał do wzniecenia ukraińskiej – sorry, małorosyjskiej – wojny domowej. Więc leje się nowa krew w Odessie – i, niespodziewanie, potem nastaje spokój.

Bo Ukraina to europejski kraj, tylko dłużej uciemiężony. Ci sami ludzie, którzy przepędzili Janukowycza, potrafili utrzymać stabilizację państwową i uzyskać ogromne poparcie społeczne w dwu kolejnych wyborach. To Putin wpadł w kołowrót, rozpędzony aż tak bardzo, że musi się wraz z nim kręcić w kółko. Jest Donbas, próba otwarcia drogi do Dniepru i Dniestru, ale wydarzenia wymykają się spod kontroli. A dalej: zbrodnia z malezyjskim samolotem, eskalacja sankcji zachodnich, we wrześniu przesilenie – wymuszony rozejm, ofensywa z Donbasu zatrzymana. Potem następują: załamanie koniunktury naftowej, upadek rubla, zanik perspektyw. Ale nie można wyjść z kręciołka, bo to totalna klęska, zamknięcie drogi do imperium, koniec snu o potędze. Putin nie może, ale musi tańczyć w jego takt.

Nutki optymizmu

Ktoś w to wierzy? Chyba nie, bo dziedzictwo intelektualne PRL – że przesadnie nadużyję tego przymiotnika – przesądza inaczej. Swoje wiemy: Rosja potęgą jest, i basta! Jakżeby inaczej? Jeśli Putin stworzył plan, to go przecież zrealizuje. Jeśli ma nowy, obawy tylko rosną. Te ich czołgi, te rakiety – a samoloty Bundeswehry pordzewiały ze starości. Czy zresztą zechcą nas bronić? Przecież już w 1831 r. Horace Sébastiani (niejako poprzednik François Hollande'a) powiedział: L'Ordre regne a Varsowie. I tak dalej, tak dalej - mimo, że gołym okiem widać, jak to powiódł się putinowski plan przejęcia Ukrainy, i jaką cenę za to Rosja już zapłaciła.

No, rzeczywiście, Putinowi narastają kłopoty, temu nikt nie zaprzeczy. Lecz gdyby upadł, jego następca będzie jeszcze gorszy, bez kultury, bez skrupułów. Może doprowadzić do nieszczęścia... Pojawiają się nutki optymizmu. Gdyby tak, pod presją załamania standardu życia, Rosjanie wyszliby na ulicę... Gdyby udało się odbudować gospodarkę rosyjską, uczynić z niej wiarygodnego partnera...

Nie piszę o Polsce, ani o Polakach, ani o ludziach z mediów. Przedstawiam, wprawdzie nie wszystkie, ale dominujące, publicznie prowadzone i szeroko nagłaśniane dyskusje. A to nie to samo. I włączam się tylko do tych właśnie dyskusji.

Putin nie jest demiurgiem. Nie jest też Rosją – jedynie jej czasowym przywódcą. To silna osobowość, prawie całkowicie odlana na jeden wzorzec. Pochodna tradycji łączącej wielkoruski szowinizm ze światowym posłannictwem. Myśli prosto: drogą przez mękę dorobiliśmy się wszechświatowej pozycji – i za nic jej nie oddamy. Zwłaszcza teraz, gdy zewsząd otaczają nas wrogowie, działa kategoryczny imperatyw: albo będziemy globalnym supermocarstwem, albo zginiemy. Poniali?

W tej logice brak tylko jednej przesłanki: poczucia rzeczywistości. Rosja nie jest potęgą – i ktoś, kto nie dysponuje nadprzyrodzoną siłą, nie wykrzesze jej z porozrzucanych pośród tajgi głazów. A Putina nikt nie nauczył, jak ją racjonalnie budować.

Jego upadku nie warto się bać. Im gorszy przyjdzie następca, bardziej awanturniczy - tym szybciej rozleci się wizja eurazjatyckiego imperium. Groźniejszy byłby sukcesor, zdolny stworzyć społeczne i ekonomiczne podstawy potęgi. Gdyby udało się to Putinowi, o ile obecna sytuacja byłaby trudniejsza! Najpierw Rosja musi odejść od ducha Moskwy – a to wymaga wysiłku pokoleń, albo doznania tak straszliwej, podwójnej klęski, jaką przeżyły Niemcy w minionym stuleciu. Marzenia, zamiary i kolejne plany Putina nie mogą się spełnić, bo najzwyklej Rosji brakuje sił. Słabnie z miesiąca na miesiąc – a na przednówku, gdzieś w połowie roku czeka ją ostry kryzys.

Ponad rok temu, 5 grudnia 2013 r., na internetowym portalu pisałem: „Czynnikiem decydującym na Ukrainie są Ukraińcy. Podobnie, jak w 1989 r. okazało się, że o Polsce rozstrzygają Polacy. Tego faktu nie dostrzegli wówczas przywódcy ZSRR, a obecnie klucz do rozumienia sytuacji na Ukrainie pozostał poza wyobraźnią licznych analityków i komentatorów, w tym również – niestety – polskich... Niezależnie od kulawej gospodarki, przekupności władzy, podziałów i jaskrawych nieraz różnic, [Ukraińcy] nauczyli się już być niepodległym narodem... My chyba najlepiej powinniśmy rozumieć, że o przyszłości Ukrainy zadecyduje sam naród ukraiński".

Czegoś takiego nie mógłbym napisać o Rosjanach. Buntowali się już wielokrotnie – często przybierało to straszliwe formy, ale skutek był podobny: trafiali pod jeszcze większe samowładztwo. Rebelia dla rebelii, okazja, aby poszaleć. Czy teraz ruszą czy nie, zapewne w małym stopniu wpłynie to na kształt rozstrzygnięcia. Pogrążeni są w stagnacji, co typowe. Natomiast Ukraińcy okazali się najbardziej dynamicznym narodem w Europie początków XXI wieku. Dwie samo-kontrolujące się rewolucje, przejęcie władzy przy utrzymaniu stabilizacji wewnętrznej państwa, wytrzymanie straszliwej presji rozpoczynającej się od agresji potężnego sąsiada, społeczna gotowość do ofiar. Rosjanie przyglądali się tylko, co najwyżej klaszcząc własnemu szefowi. Nie byli nawet zdolni do organizacji społecznej, do pozarządowej pomocy dla swych rodaków z Donbasu.

Katastrofy potencjałowe

Są wielkie przemiany, w których najbardziej aktywnym podmiotem jest naród, ale są też ogromne transformacje, których narody pozostają biernym przedmiotem. Wówczas działają tylko zwykłe mechanizmy dziejów, a wśród ich skutków wyróżniają się katastrofy potencjałowe. Dochodzi do nich, gdy potencjał dyspozycyjny zaczyna zagarniać część potencjału ruchu – który zapewnia funkcjonowanie państwa i społeczeństwa, albo potencjału biernego – substancji obejmującej ogół walorów materialnych, intelektualnych i duchowych.

W pierwszym wypadku przestaje funkcjonować organizacja państwowa; tak zdarzyło się w Niemczech jesienią 1918 r., gdy bez klęski na froncie, wojna została niespodziewanie przegrana. Drugi wariant jest znacznie gorszy: przestaje funkcjonować wszystko. Rosja tylko w XX wieku przeżyła go dwukrotnie: w latach 1917-1921 oraz 1989-1993. Czy po raz ostatni?

Najpierw Janukowycz, teraz Putin; ciekawe, kto za rok będzie na tapecie?

Autor jest historykiem, dziennikarzem ?i politykiem. W okresie PRL działał w opozycji. Był współzałożycielem Ruchu Obrony ?Praw Człowieka i Obywatela oraz założycielem i wieloletnim liderem Konfederacji Polski Niepodległej

Przymus, a nie wybór

 

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL