Publicystyka

Grzegorz Kołodko: Sankcje, które szkodzą. Także Polsce

Dzięki nieobecności na krymskich plażach turystów z Unii Europejskiej, luźniej będzie tam przybyszom spoza niej – uważa autor
AFP
Zachodowi nie uda się zmusić Kremla do zmiany kursu. Jeśli nawet ucierpią rosyjscy konsumenci, to w Moskwie, jak mawiał w latach 80. Jerzy Urban, „rząd się wyżywi" – pisze były wicepremier.

Zdumiewać może, jak równocześnie możliwe są dwa przeciwstawne zjawiska: z jednej strony rozumne wycofywanie się z sankcji nałożonych na Kubę, z drugiej natomiast poszerzanie ich zakresu wobec Rosji. O ile to pierwsze posunięcie demokratycznego prezydenta USA należy przyjąć z zadowoleniem, gdyż jest rozsądną decyzją, o tyle to drugie należy potępić, ponieważ jest co najmniej nierozważne.

Sankcje nałożone na Kubę – ze swoją kompromitującą USA już ponadpięćdziesięcioletnią historią – okazały się nieskuteczne i szkoda, że zrozumienie tego faktu aż tyle czasu zajęło niektórym w Waszyngtonie (i nie tylko). Co gorsza, są tacy po stronie konserwatywnych, by nie rzec reakcyjnych republikanów, którzy od razu po oświadczeniu Białego Domu zareagowali buńczucznymi stwierdzeniami, że dążenia do przywrócenia stosunków dyplomatycznych i normalizacji relacji amerykańsko-kubańskich będą blokować w Senacie, gdzie Partia Republikańska ma większość.

Sankcje nałożone na Rosję są także nieskuteczne. Nie udało się Zachodowi zmusić do zmiany kursu małej, ubogiej oraz słabej Kuby, nie uda się także wielkiej, zasobnej w paletę surowców i kapitał ludzki o znacznym potencjale oraz silnej militarnie Rosji. Zachodnie sankcje wobec tego kraju – do których nader gorliwie nawołują również polscy prawicowi politycy – w jakimś stopniu pociągają za sobą pogarszanie sytuacji gospodarczej, ale bynajmniej nie powoduje to zmiany reżimu politycznego i polityki zagranicznej Kremla. Wręcz odwrotnie. I podobnie jak przez długie lata na Kubie.

Umożliwia to władzom zrzucanie odpowiedzialności za swoje błędy i nieudolność w polityce gospodarczej na zagranicznego „wroga", który przecież oficjalnie głosi, że sankcje sprzyjać mają pogarszaniu sytuacji ekonomicznej kraju, na które są nakładane. Jakże często słyszałem, również od światłych ludzi – nie tylko w Hawanie i Moskwie, lecz również w Teheranie i Caracas – że za to, że jest źle albo coraz gorzej odpowiada zagranica, a nie własne władze. Nie sprzyja to solidaryzowaniu się z wartościami przyświecającymi zachodnim liberalnym demokracjom, a raczej okopywaniu się we własnych, które z kolei pod wieloma względami nie podobają się na Zachodzie.

Kiedy ropa zacznie drożeć

Jedyne, co tak naprawdę i poważnie szkodzi Rosji – a przy okazji również innym znaczącym producentom i eksporterom ropy naftowej – od Meksyku i Wenezueli przez Nigerię i Libię do Iraku i Iranu – to radykalnie obniżone ceny ropy naftowej. To wszakże nie jest skutkiem sankcji, a spowodowane jest innymi czynnikami, co skądinąd stanowi coraz większy problem również dla producentów ropy z łupków w USA.

Ropa tanieje z kilku powodów. Dwa z nich mają zasadnicze, daleko większe niż niewielki spadek efektywnego popytu na ten nośnik energii, znaczenie. Pierwszy to wycofywanie się (przejściowe!) spekulacyjnych inwestorów z tego rynku przez sprzedaż ropy, którą kiedyś kupowali po niższych cenach jako opcje na przyszłość, a kilka miesięcy temu zaczęli intensywnie z zyskiem sprzedawać. Zanim ropa bardzo potaniała, musiała wpierw bardzo podrożeć, a stało się to przecież nie z powodu wzrostu popytu Chin, co próbowali wmawiać niektórzy „znani ekonomiści", ale ze względu na agresywne działania globalnych spekulantów.

Drugi powód to zablokowanie wielkości produkcji w ślad za umiarkowanym ograniczeniem popytu na rynkach światowych przez kartel manipulujący cenami przez wpływanie na wielkość podaży. Ten kartel to OPEC, czyli Organizacja Krajów Eksportujących Ropę (do której nie należy ani USA, ani Rosja), w którym najwięcej do powiedzenia mają kraje Półwyspu Arabskiego, przede wszystkim Arabia Saudyjska. W ten sposób zwłaszcza ta ostatnia – największy eksporter i największy oprócz Rosji producent ropy na świecie – chce osłabić lub wyeliminować z rynku konkurencję, w tym nafciarzy wytwarzających ropę z łupków w USA.

Arabia Saudyjska ma około ośmiokrotnie niższe koszty pozyskania baryłki ropy spod swych piasków niż USA ze swoich łupków. Przy obecnych cenach już pompowanie surowca z łupków w wielu wypadkach staje się nieopłacalne. Z tych zasadniczo względów jest tylko kwestią czasu, kiedy ceny ropy znowu zaczną rosnąć. I wtedy analitycy i „znani ekonomiści" będą mówić oczywiście coś odwrotnego, niż głoszą obecnie...

Tymczasem na jeszcze jednym spotkaniu przywódców Unii Europejskiej, na którym nowy szef tego gremium wygłosił kilka starych antyrosyjskich zdań, uchwalono kolejne sankcje wobec Rosji. Jakie? Otóż m.in. zakazano statkom z wycieczkowiczami zawijać do krymskich portów, a biurom podróży z państw UE – a więc także z Polski – organizowania wyjazdów na Krym... I to ma wystraszyć prezydenta Putina i jego reżim! Szkoda, że mniej rodaków tam pojedzie, bo kraina to piękna. Żal, że nie zobaczą tego, co warto, także turyści z innych krajów UE podróżujący w zorganizowanych grupach, natomiast taniej i luźniej będzie Turkom i Arabom, Hindusom i Chińczykom, Koreańczykom i Japończykom, a zwłaszcza ludziom z innych poradzieckich, ale nie antyrosyjskich republik. Takie sankcje nie szkodzą Rosji, tylko naszym biurom podróży i turystom.

Sankcje gospodarcze, które powodują zupełnie oczywisty odwet strony rosyjskiej w postaci zakazu importu produktów rolnych, szkodzą rosyjskim konsumentom. Jednakże w Moskwie „rząd się wyżywi", jak kiedyś powiedział rzecznik rządu polskiego Jerzy Urban, kiedy ponad 30 lat temu Amerykanie nałożyli sankcje na Polskę.

Obecne sankcje wszakże jeszcze bardziej szkodzą polskim producentom rolnym i naszym eksporterom. Straty z tego tytułu w skali rocznej sięgają 4 miliardów złotych. Przede wszystkim ze względu na rosyjskie retorsje sprowokowane polskimi sankcjami nasz eksport do Rosji w 2014 roku jest o około 1,3 miliarda dolarów mniejszy niż w roku 2013, kiedy to po raz pierwszy przekroczył 10 miliardów dolarów; dokładnie wyniósł 10,8 mld. W roku 2015 najprawdopodobniej spadnie poniżej 9 miliardów.

Błędem jest odwołanie przez nasz rząd obchodów Roku Polski w Rosji i konsekwentnie anulowanie przez władze rosyjskie Roku Rosji w Polsce. Jeśli politycy nie potrafią ze sobą po ludzku rozmawiać, to nie powinni tego zabraniać czy chociażby tylko utrudniać ludziom kultury i nauki. Szkodzi to obu stronom, ale przecież najmniej politykom, a najbardziej ludziom chłonącym dobra kultury, których tak Polacy, jak i Rosjanie nie muszą się wstydzić; wręcz odwrotnie. Szkodzi to nauce i krzewieniu wiedzy, na której w coraz większym stopniu ma się opierać nie tylko gospodarka, ale i polityka. Daleko do tego...

Może i ja powinienem cofnąć memu moskiewskiemu wydawcy prawo do publikacji moich książek po rosyjsku? Po co mają wiedzieć więcej o świecie i globalizacji? Może mam odrzucać zaproszenia na konferencje naukowe i wykłady dla studentów? Po co się mają od nas czegoś mądrego nauczyć?

Polityczna głupota

„Na złość babci odmrożę sobie uszy" – powiada mądrość ludowa. To znaczy nie mądrość, tylko głupota. A tu rozlewa się przed nami ta polityczna. Przecież w sposób oczywisty pogarszanie się sytuacji gospodarczej w Rosji, w tym w wymiarze powodowanym międzynarodowymi sankcjami, pogarsza sytuację gospodarczą świata, a krajów położonych bliżej i relatywnie bardziej powiązanych z nią w szczególności. Niektóre zachodnie firmy, które sporo zainwestowały w Rosji, mówią wręcz o czekającej ich czy już rozpoczętej krwawej łaźni. Dla nich, nie dla Kremla. Ani chybi, Polska na antyrosyjskich sankcjach niczego nie zyskuje, a niemało traci. A to, że na krótką metę zyskiwać na tym chcą i mogą niektórzy prawicowi politycy – kosztem polskich interesów – świadczy o tych politykach jak najgorzej. To ma więcej wspólnego z głupotą niż patriotyzmem, z krótkowzrocznością niż pryncypialnością, z niezrozumieniem istoty sprzeczności współczesnego świata niż z próbami jego zmiany na lepszy.

Zdumiewa, dlaczego tak trudno jest niektórym pojąć proste stwierdzenia, czego dowodzą liczne komentarze, także te niby fachowe. O ile ich ignorancja jest czasami porażająca, o tyle mniej muszą dziwić jej odpryski w postaci dyletanckich opinii internautów, jak chociażby ten zamieszczony na mojej stronie www.facebook.com/kolodko: „sankcje nie są idealnym rozwiązaniem, ale lepszym niż militarne wystąpienie Zachodu przeciw Rosji". Kreślenie takiej alternatywy jest zwodnicze, gdyż sugeruje wybór pomiędzy nieskutecznością a szaleństwem, podczas gdy wybór jest między nieskutecznymi sankcjami a dyplomacją i negocjacjami. W końcu i tak do nich dojdzie, jak tylko minie okres politycznego awanturnictwa. W międzyczasie, niestety, największe koszty poniosą sami Ukraińcy.

Takie naiwne, powtarzane w sieci opinie są wyraźnie inspirowane – często całkowicie bezkrytycznie i bez głębszej refleksji – przez marnych polityków i podkręcane przez dominujący w mediach nurt narracji. W istocie natomiast jest tak, że: po pierwsze, sankcje są bez sensu, bo nie przynoszą zakładanych skutków; po drugie, są szkodliwe, niekiedy (najczęściej) nie tylko dla tych, na których są nakładane, lecz również dla nakładających; po trzecie, ganić i potępiać to, co się nie podoba, można i należy na inne bardziej racjonalne sposoby niż strzelanie sobie w stopę przy okazji sankcji; po czwarte, w całym tym politycznym i propagandowym zgiełku jest mnóstwo hipokryzji, bo nie stosuje się sankcji wobec rozmaitych paskudnych reżimów tylko dlatego, że są prozachodnie czy proamerykańskie.

S...syny nasze i nie nasze

Jak rzekł kiedyś w 1939 roku prezydent USA Franklin D. Roosevelt o Anastasio Somozie, krwawym, wyjątkowo godnym potępienia dyktatorze Nikaragui: „Somoza may be a son of a bitch, but he's our son of a bitch" („Somoza może jest s...synem, ale to nasz s...syn"). Otóż ja jestem przeciwko wszelkim „sons of a bitch" oraz za skutecznym ich ideologii i praktyce przeciwdziałaniu. Skutecznym, a nie gazetowo-telewizyjnym podpuszczaniu jednych ludzi na drugich, skłócaniu społeczeństw i narodów, utrudnianiu tak potrzebnej w warunkach globalizacji współpracy międzynarodowej i wielokulturowości, szkodzeniu przy okazji własnej gospodarce.

Trzeba, bo warto, opowiadać się przeciwko hipokryzji i podwójnym standardom w międzynarodowej polityce i krajowej publicznej dyskusji, gdzie jakoś cicho o brakach demokracji i karygodnym  lekceważeniu praw ludzkich w niektórych krajach Bliskiego Wschodu czy środkowoazjatyckich republikach poradzieckich, ponieważ są „nasze". Czyżby?...

Autor jest ekonomistą, wykładowcą Akademii Leona Koźmińskiego. Był czterokrotnie wicepremierem i ministrem finansów w rządach: Waldemara Pawlaka, Józefa Oleksego, Włodzimierza Cimoszewicza i Leszka Millera

„Wybory i Kubuś Puchatek"

W artykule opublikowanym w wydaniu weekendowym „Rzeczpospolitej", „Plus Minus", 29–30 listopada 2014 r., autorka Irena Lasota zamieściła dotyczące mnie nieprawdziwe informacje.

Nieprawdą jest, że – jak pisze Irena Lasota – „obskubywałam" Fundację IDEE.

Prawomocnym postanowieniem z 30 stycznia 2013 r. Prokuratura Rejonowa Warszawa-Śródmieście umorzyła postępowanie w sprawie stawianych mi w tym zakresie przez Irenę Lasotę zarzutów.

Zarzut taki nie znajduje również potwierdzenia w wyroku sądu pracy orzekającego w kwestii zwolnienia mnie z pracy.

—Małgorzata Naimska

Źródło: Rzeczpospolita

WIDEO KOMENTARZ

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL